Czy apologeta nie może być wolnomyślicielem?

Artykuł ukazuje, że idea wolnomyślicielstwa może być z powodzeniem wykorzystana także w apologetyce teistycznej

 

Z różnych stron słyszy się postulat, że tylko racjonaliści, wolnomyśliciele i przedstawiciele różnej maści nieortodoksyjnych religii chrześcijańskich mogą przejawiać „swobodę w myśleniu”, czego nie można powiedzieć o apologetach religii instytucjonalnych. Nieco jakby wbrew tytułowi, w niniejszym dość luźnym eseju nie będę się jednak skupiał na nieustannym udowadnianiu, że można być apologetą i wolnomyślicielem zarazem. Nie sądzę, że należy tego jakoś specjalnie dowodzić, ponieważ wśród apologetów istnieje taka wielorakość rozwiązań i koncepcji, że jest to oczywiste. Jeśli ktoś twierdzi, że apologetyka teistyczna nie cechuje się wolnomyślicielskim podejściem do zagadnień, ponieważ za wszelką cenę chce bronić wiary i wszystkie wnioski podporządkowuje jej samej, to odpowiadam, że zarzut ten nie ma najmniejszego sensu, ponieważ każdy światopogląd z zasady broni swych założeń, uznaje je za słuszny punkt wyjścia i nie zwalcza ich. Inaczej się przecież nie da. Czy nawet tzw. racjonalizm nie czyni dokładnie tego samego, przypinając sobie zarazem tak hucznie do piersi wszelkie możliwe ordery wolnomyślicielstwa? Gdzie więc szturm tych „jedynych prawdziwych sceptyków”, dla których rzekomo nie ma żadnej autorytatywnej świętości, na choćby taki darwinizm, czy w ogóle scjentyzm, będący niemal zawsze podstawą ich materialistycznego światopoglądu? A jeśli ktoś uważa, że wolnomyślicielstwo polega na atakowaniu własnego poglądu, to czyż nie jest to już raczej anarchia a nie wolnomyślicielstwo? A poza tym czy racjonaliści atakują własne poglądy? Jeśli tak czasem nawet czynią, to nie w mniejszym stopniu niż sami apologeci teistyczni, którzy też czasem atakują i poddają krytycznemu ujęciu swe własne poglądy. Jakakolwiek licytacja w kwestii, kto jest bardziej krytyczny i tym samym wolnomyślicielski wobec własnych poglądów mogłaby w tym momencie dać tylko wynik remisowy.

 

W niniejszych rozważaniach zaproponuję moją własną wizję wolnomyślicielstwa, jaką można zaszczepić na obszarze apologetyki chrześcijańskiej. Uważam, że apologetyka chrześcijańska może się nawet cechować dużo bardziej wolnomyślicielskim podejściem do argumentów niż tzw. racjonalizm i wojujący ateizm, który w zasadzie jest ściśle ograniczony do nieustannego hurtowego procesu klonowania zaledwie kilku prostych metafizycznych koncepcji naturalistycznych, które cechują się skrajnym hermetyzmem. Zauważmy chociażby, że teologie a nawet apologie różnych wyznań zaakceptowały czy wręcz wchłonęły wszelakie modernistyczne wynalazki typu neodarwinizm, metoda historyczno krytyczna w biblistyce itp. W żadnym wypadku nie można tego natomiast powiedzieć o skrajnie doktrynerskim i nietolerancyjnym dla obcych sobie koncepcji podejściu laickim, dla którego wolnomyślicielstwo oznacza w zasadzie tylko „wolność od” wszystkiego co może być jakkolwiek nadprzyrodzone lub chrześcijańskie. Zamiast jednak wypunktowywać mity tyczące się rzekomego wolnomyślicielstwa wojujących antychrześcijan, skupię się na czymś bardziej twórczym, mianowicie ukażę jak jeszcze bardziej w moim odczuciu można uwolnić apologetykę chrześcijańską ku drodze do swobodnego myślenia.

 

Kreatywne myślenie

 

Niewątpliwie jednym z najistotniejszych czynników, które powinny cechować nie tylko działalność apologetyczną, ale w ogóle jakąkolwiek działalność intelektualną, jest kreatywne myślenie. Osobiście uważam nawet, że jest to wręcz najistotniejszy czynnik, który powinien bezwzględnie towarzyszyć uprawianiu apologetyki. Najogólniej rzecz biorąc kreatywność wiąże się z pewnym osobistym wysiłkiem intelektualnym. Ostatnio kreatywność jest coraz częściej rozumiana w tym sensie, że ktoś jest w stanie rozwiązywać problemy, lub zespół problemów. W tym znaczeniu pojęcie to bardzo chętnie rozumieją zwłaszcza pracodawcy, wymieniający tę cechę wśród pożądanych cech u nowo zatrudnianych. Pojęcie kreatywności ma jednak co najmniej jeszcze jedno istotne znaczenie – jest nim umiejętność uciekania od schematycznego myślenia, czyli po prostu oryginalność w zakresie rozumowania. Dlaczego jest to tak istotne? Weźmy choćby wyżej wspomnianą kwestię rozwiązywania problemów. Jak wiadomo, każdy problem można rozwiązać na kilka sposobów. Niektóre problemy mają typowe dla siebie rozwiązanie, lub nawet kilka różnych wciąż typowych rozwiązań. Co jednak wtedy, gdy dane rozwiązanie, lub nawet zespół rozwiązań charakterystycznych dla danego problemu, nie dają się zastosować? Wtedy trzeba właśnie użyć kreatywnego myślenia. Oznacza to najczęściej również oderwanie się od schematu i zaproponowanie zupełnie nowego, nieznanego dotychczas rozwiązania danego problemu. To jednak nie jest wcale takie proste a dla wielu jest wręcz nieosiągalne. A jak to się ma do apologetyki? Poświęcę temu kolejny paragraf.

 

Plaga schematycznego myślenia

 

Żyjemy w czasach, w których działalność intelektualna, jakkolwiek rozumiana, nie jest w modzie. Nie jest to oczywiście wina tylko tych a nie innych czasów. Istotnym czynnikiem są tu również wszechogarniające i ogłupiające nas płytkimi stereotypami media, które stały się niestety gotowymi wzorcami rozumowania i pojmowania świata, powszechne mylenie wykształcenia z inteligencją, psychologia tłumu, czy wręcz nasze własne lenistwo i wygodnictwo skłaniające nas do chodzenia na skróty w interpretowaniu otaczającej nas rzeczywistości. Jak powiedział kiedyś Bertrand Russell – „Większość ludzi wolałaby umrzeć niż myśleć. Wielu tak zrobiło”. Poza tym dość duży odsetek ludzi po prostu nie posiada wystarczających zdolności umysłowych oraz na tyle dużej wiedzy, które połączone w całość umożliwiałyby ucieczkę od schematycznego myślenia ku myśleniu kreatywnemu. Stać ich więc tylko na bezrefleksyjne powielanie obiegowych stereotypów. Oto pewien znamienny przykład: pamiętam, gdy wchodziliśmy do Unii Europejskiej. Jako, że zawsze dużo bardziej od tego jakie ktoś ma poglądy ciekawiło mnie to, jak ktoś uzasadnia swe poglądy, tuż przed integracją lubiłem wysłuchiwać argumentów przeciwników i zwolenników integracji, samemu pozostając raczej poza kwestią opowiadania się za lub przeciw. Im więcej jednak pytałem, tym bardziej upewniałem się, że ludzie potrafią tylko bezmyślnie klonować gotowe rozwiązania innych (w tym wypadku mediów przeciwnych lub przychylnych integracji). I tak zwolennicy integracji niemal jednym chórem powtarzali, że wejście do UE może opłacić się naszym dzieciom, a już na pewno wnukom. Przeciwnicy zaś, że stracimy suwerenność i ceny żywności drastycznie wzrosną. Pamiętacie? Pomijając już fakt, że w tym wypadku ani zwolennicy nie opierali się na niczym zasadnym w tej kwestii, ponieważ argument odwołujący się do nadziei mającej się ziścić dopiero w dalekiej przyszłości to żaden argument, ani przeciwnicy, ponieważ ani ceny żywności wcale drastycznie nie wzrosły, ani też nie straciliśmy suwerenności, nikt ze spytanych nie powiedział w tej kwestii niczego, czego nie słyszałbym na okrągło w ogólnopolskich mediach. Czemu ktoś z tych ludzi nie pokusił się o samodzielną analizę zagadnienia i zaprezentowanie własnych w pełni oryginalnych wniosków? W sumie tak jest po dziś dzień, w niemal każdej tzw. kwestii medialnej. Zauważcie, że zwolennicy lub przeciwnicy aborcji wypowiadają dokładnie te same argumenty, zwolennicy lub przeciwnicy każdego kolejnego rządu, czy polityka – tak samo. I pewnie tylko dziwnym zbiegiem okoliczności opinie te są zawsze mniej lub bardziej (z reguły bardziej) zbieżne z tym, co akurat kreuje się w ogólnopolskich mediach. (To oczywiście ironia). Czy teraz już wiecie co to jest schematyczne myślenie?

 

Niewątpliwie jednak dość znaczącym czynnikiem jest tu wspomniana psychologia tłumu. Nawet wybitnym i zdolnym jednostkom trudno osiągnąć całkowitą niezależność w myśleniu, ponieważ w każdym z nas tkwią instynktowne atawizmy stadne, wywołujące w nas psychologiczny niepokój w sytuacji, gdy decydujemy się na samodzielność wbrew stadu. ów niepokój powstaje niekoniecznie z tego powodu, że nie mamy racji, lecz dlatego, że kiedy myślimy inaczej niż bezmyślna większość to nie zastanawiamy się, czy jesteśmy w błędzie, ale czy wszystko jest z nami w porządku, skoro myślimy inaczej niż wszyscy. Każdy z nas słyszał porzekadło: „wejdź między wrony a zaczniesz krakać jak one”. Coś w tym jest. Kwestia wpływu tłumu na myślenie jednostki została w psychologii uznana za jedną z sześciu najpotężniejszych strategii oddziaływania na psychikę ludzką, otrzymując nazwę „społecznego dowodu słuszności”. Klasyfikacji tej dokonał Robert Cialdini w swej kultowej już dziś książce pt. Wywieranie wpływu na ludzi, w której wykazał, że „społeczny dowód słuszności” ma tak ogromną potęgę przekonywania, że może nawet doprowadzać do śmierci ludzi[1]. Tymczasem dobrze wiemy, że większość to z reguły bezmyślny tłum a prawda nie rządzi się demokratycznymi prawidłami wyboru. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że większość z reguły nie ma racji. Owa racjonalna wiedza jest jednak bardzo silnie zagłuszana przez wspomniany stadny i czysto emocjonalny atawizm.

 

Ponadto wyrastamy w świecie utartych pojęć, które kształtują i rozwijają nasze myślenie i inteligencję. Nie istnieją bowiem jak wiadomo tzw. czyste fakty, lecz tylko nic nie mówiące dane, które musimy dopiero upleść w jakąś organiczną w miarę spójną całość. Problem w tym, że możemy tego dokonać nie inaczej jak tylko pod dyktando i na kształt myślowych schematów jakie nabyliśmy od innych w procesie stopniowego rozumienia kultury, pojmowania świata i kształcenia się (analogicznie do języka, w który możemy ubrać nasze myśli tylko i wyłącznie wedle schematów gramatycznych i semantycznych nabytych od innych, którzy stworzyli przed nami dany język). Porzucenie owych utartych ścieżek niejednokrotnie musiałoby się równać zrezygnowaniu z myślenia w ogóle. Co więc zrobić? O ile nie da się odrzucić samych pojęć i tradycyjnych kanonicznych ścieżek rozumowania świata grecko rzymskiego, którymi wszyscy podążamy, o tyle niezależne i kreatywne myślenie jest jednak możliwe w pewnym zakresie, tzn. poprzez operowanie na nowo pomiędzy tymi już utartymi pojęciami. A to już coś. Jest to jednak droga przez mękę. Nawet wielu dobrych apologetów nie jest w stanie uwolnić się od pewnych zastanych schematów rozumowania, więc czemu jeszcze w ogóle dziwi nas to, że również nowożytni antychrześcijańscy Prometeusze zadowalają się często tylko beznamiętnym klonowaniem gotowców wymyślonych przez innych? Weźmy na przykład kwestię Boga zapchajdziury. Przytłaczająca większość nawet dobrych apologetów raczej bez zbytniego namysłu powiela popularny zarzut naturalistyczny, zgodnie z którym wyjaśnienie jakiegoś aspektu przez odwołanie się do Boga jest wpychaniem Boga w dziury naszej niewiedzy, których jeszcze nie wyjaśniła nauka[2]. Sprawa jest tu jednak co najmniej dyskusyjna i wcale nie taka oczywista. Co to bowiem jest owo wypełnianie Bogiem luk w naszej wiedzy? Przecież z filozoficznego punktu widzenia zawsze będą istniały jakieś luki w naszej wiedzy, które wypełnimy czymś innym, nawet jeśli nie będzie to Bóg. Powiedzmy, że będzie to coś co filozofowie nauki nazywają założeniem pomocniczym wprowadzonym ad hoc, w które obfituje nauka. Jeśli planety w jakiejś galaktyce nie krążą po orbitach zgodnych z naszym naukowym obrazem świata, to wprowadzamy założenie, że jest to spowodowane grawitacją nie odkrytej jeszcze planety. W tym wypadku to właśnie ta planeta jest zapchajdziurą w naszym wyjaśnieniu. Tak samo jak Boga nikt przecież jej nie widział, ani nie dowiódł jej istnienia. W neodarwinowskiej teorii ewolucji istnieje cała masa hipotetycznych słabo, gorzej lub w ogóle niepotwierdzonych w zapisie kopalnym ogniw pośrednich. Podręczniki szerzące darwinizm traktują te w rzeczywistości będące zapchajdziurami w naszej wiedzy ogniwa jako fakty, przedstawiając je na rysunkach o dużo bardziej artystycznym niż naukowym charakterze. W końcu ewolucja i tak „musiała” się jakoś odbyć a fakty w tym temacie znajdziemy z pewnością później.

Przeczytaj jeszcze  Ateistyczny naturalizm - polemika

 

Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że skoro tak jest to możemy od dziś traktować Boga zapchajdziurę jako regularnie i powszechnie stosowane antidotum na wszystkie luki w naszej wiedzy o świecie. Chcę natomiast powiedzieć, że choćby tylko te dwa przykłady (a można ich znaleźć dużo więcej) nakazują nam traktować zagadnienie wyjaśnień-zapchajdziur jako dużo bardziej dyskusyjny problem niż coś, co nawet dobrym apologetom wydaje się sprawą oczywistą i już dawno rozstrzygniętą. W tym wypadku taki brak kreatywnego i nieschematycznego podejścia do tego zagadnienia, będący w zasadzie jedynie bezrefleksyjnym sklonowaniem pewnego obiegowego ujęcia, ogranicza myślenie i dalszą dyskusję nad tym ciekawym problemem. W wyniku tego nie pojawia się nawet cień dalszych rozważań nad tą kwestią, gdzie byłyby obecne jakieś nowe nietypowe uwagi na ten temat. Po prostu uważa się, że sprawa jest oczywista, dawno rozstrzygnięta i zamyka się przemyślenia nad nią zanim jeszcze na dobre się je rozpocznie.

 

Jednak i tu nie miejsce na dyskusję nad owym zagadnieniem. Odwołanie się do tej kwestii jest mi potrzebne tylko do zilustrowania innej ważnej kwestii, mianowicie w tym momencie nie trudno zauważyć, że takie raczej bezrefleksyjne klonowanie rozwiązań uznanych za zadowalające rozstrzygnięcia hamuje samodzielne myślenie. Kiedy bowiem tak naprawdę ćwiczymy samodzielne myślenie w stosunku do danego zagadnienia lub problemu? Wtedy gdy samodzielnie tworzymy szereg alternatywnych rozwiązań lub podejść do tegoż. Czasem może to być piekielnie trudne i nieosiągalne dla większości śmiertelników, ponieważ kreatywność domagająca się oryginalnego zaproponowania wielu nowych koncepcji może niekiedy wręcz wymagać pokładów geniuszu, nieprzeciętnej pomysłowości, lub co najmniej ogromnej wszechstronnej wiedzy. A na pewno wymaga to wyjścia poza ograniczenia myślowe, w których funkcjonuje nasza kultura kształtująca właśnie nasze horyzonty intelektualne. I właśnie dlatego jest to tak trudne. Należy jednak pamiętać, że to właśnie najbardziej kreatywne i nieschematycznie myślące jednostki popychały naukę i myślenie ludzkości na nowe tory, podczas gdy reszta była zajęta bezmyślnym utrzymywaniem podupadającego status quo gdzieś w okopach świętej nienaruszalnej tradycji myśli ludzkiej.

 

Jeśli nie jesteśmy w stanie tworzyć wszystkiego od nowa, bo brakuje nam tej charakterystycznej zdolności do wznoszenia się ponad utarte granice schematu myślowego, to twórzmy więc chociażby syntezy albo hybrydy oparte na łączeniu lub rekombinacji dotychczasowych rozwiązań, które czasem są świetne i nie ma sensu z góry pogardzać tym dorobkiem (niezależnie od tego, czy chodzi o dobrą koncepcję naukową, czy o dogmat religijny, który bardzo przemawia do naszej wizji światopoglądowej). To daje nam także szereg innych korzyści, widzimy wszystko z szerszej perspektywy, walczymy z własnym subiektywizmem i monizmem rozwiązań. Korzyści jest tu w rzeczywistości dużo więcej. Ucząc się myśleć twórczo rozwijamy inteligencję a przede wszystkim pokonujemy własne ograniczenia umysłowe. Ludzie bardzo często mówią, że czegoś nie da się zrobić, ale wcale nie jest tak, że tego nie da się zrobić, lecz oni po prostu nie wiedzą jak coś zrobić. Czyjeś ograniczenie umysłowe staje się zarazem horyzontem świata jego możliwości. Problem polega na tym, że ów horyzont świata jego możliwości jest przez niego błędnie utożsamiany ze światem możliwości w ogóle. Ucząc się myśleć kreatywnie poszerzamy świat naszych możliwości intelektualnych. Im więcej myślimy, tym więcej możemy. Im więcej myślimy, tym więksi duchem jesteśmy.

 

Ponadto kreatywne myślenie uwalnia nas od jednego wybranego autorytetu, któremu być może nawet nieświadomie służymy, broniąc jego własnego status quo. Nie wspomnę już o tym, że zaciekłe i bezrefleksyjne bronienie czyjegoś konkretnego rozwiązania jest nie tylko antytwórcze, nieoryginalne, ale najzwyczajniej w świecie nudne. Przy takim podejściu wcześniej czy później skończymy co najwyżej na bezmyślnym przepisywaniu rozwiązań autorytetów, zdań z ich książek, lub po prostu haseł z encyklopedii. Oczywiście nie chodzi mi o przepisywanie dosłowne, ale raczej o kopiowanie cudzych pomysłów i myśli. Biorąc pod uwagę fakt, że tak robi większość ludzi, czy nie przyprawi nas to w końcu o mdłości, a w najlepszym przypadku o grymas ziewania? No chyba, że czyjeś rozwiązanie tak bardzo koresponduje z naszym poczuciem prawdy, że po wielu wnikliwych przemyśleniach i starannym rozważeniu innych alternatyw, włącznie z tymi jakie sami jesteśmy w stanie wymyślić, nie widzimy już innego wyjścia jak zgodzić się z przedmówcą. Jego pogląd może być bowiem na przykład dobrze uzasadniony. Wtedy przynajmniej jesteśmy moralnie i intelektualnie uczciwi wobec samych siebie. Jesteśmy też kreatywni. Nie bójmy się więc nawet i autorytetów. Rzecz w tym, żeby nie służyć im bezmyślnie, lecz naśladować ich kreatywne myślenie w sposób wolny, gdy koresponduje z naszym myśleniem. Nie sądzę jednak, że wielu ludzi byłoby w stanie uzasadnić, dlaczego uważa za słuszny przejęty przez nich akurat ten czy inny punkt widzenia danego autorytetu. Większość z nas stać bowiem tylko na tyle samo zaciekłe co bezrefleksyjne bronienie czyjegoś status quo. Swego czasu redakcja jednego z ośrodków apologetycznych po prostu odmówiła publikacji jednego z moich tekstów, który postrzegał jedną z kwestii bardziej niepopularnie niż współczesna teologia katolicka (mimo niepopularności tegoż poglądu uważałem i uważam go za lepiej uzasadniony). W rzeczywistości teologia katolicka przyjęła tylko ten punkt widzenia jako jeden z modnych ostatnio w jej łonie trendów. I nic więcej. Pomijając już zupełne niezrozumienie specyfiki teologii katolickiej, która w tej kwestii dopuszcza raczej pluralizm ujęć, niż opowiadanie się za konkretnym rozwiązaniem, jest to kolejny dobry przykład na brak kreatywności i zawieszenie całej ewentualnej dyskusji o tym na szubienicy rozstrzygnięć dokonanych przez kogoś innego. Mówiąc wprost – jest to zatracenie własnej tożsamości intelektualnej na rzecz roztopienia się w anonimowym tłumie broniących przyjętego status quo. A mówiąc jeszcze bardziej dosadnie – jest to samobójstwo intelektualne dokonane na ołtarzu poświęcenia się siłom stadnego atawizmu, który mówi, że należy myśleć tak jak jakaś grupa ludzi. Gdzie tu miejsce na twórcze posunięcie się do przodu w rozważaniach? Gdzie miejsce na przemyślenie alternatywnych rozwiązań lub wręcz głowienie się nad stworzeniem nowych ciekawych interpretacji starych danych? Co z pasjonującym atakowaniem skostniałych wręcz aż do bólu wzorców myślenia?

 

Potrzeba nieustannego kształcenia się

 

Pominąwszy wszystkie powyższe czynniki niezbędne do wyrabiania w sobie wręcz bezcennej cechy zwanej kreatywnością, ważny jest jeszcze jeden czynnik w procesie zwalczania w sobie plagi schematycznego myślenia: wykształcenie. Albo raczej: kształcenie się (proces ten uważam za nieskończony, o czym dalej, stąd forma czasownika niedokonanego, który odpowiada mi bardziej w tym przypadku). W zasadzie czym jest wykształcenie? Większość ludzi bez namysłu odpowie, że ukończenie studiów wyższych równa się zdobyciu dobrego wykształcenia. Niewątpliwie ukończenie jakichkolwiek studiów wyższych oznacza, że zdobywamy niezłe wykształcenie. Studiując na jakiejkolwiek uczelni wyższej nabywamy nawyki w poruszaniu się po świecie prawdziwej i często wręcz wymagającej wiedzy. Uczymy się metod jej zdobywania, profesjonalnych sposobów jej analizowania, przekształcania w zasadne wnioski i syntezowania w sprawdzalne konkluzje. Ale wykształcenie jest tak naprawdę czymś więcej niż tylko studiowaniem lub nawet ukończeniem jakiejś wyższej uczelni. Studia wyższe pomagają jedynie dopiero rozpocząć proces prawdziwego kształcenia się. Wielu ludzi uważa, że sam dyplom wyższej uczelni daje im jakby patent na zjedzenie wszelkich możliwych rozumów. Inni, ci skromniejsi uważają, że nawet jeśli nie zjedli jeszcze wszystkich rozumów, to nie muszą się już dalej kształcić ponieważ wiedzą już wystarczająco dużo po studiach i dzięki nim. Ich zdaniem proces ich własnej edukacji zakończył się. Tymczasem często nie zdają sobie sprawy z tego, że tak naprawdę są dopiero na początku drogi do uczynienia siebie w pełni wykształconymi. Kiedy następuje koniec procesu kształcenia się? Odpowiedź brzmi: nigdy. Musimy się kształcić przez resztę życia i traktować ten proces nie jak zdobywanie kolejnych wieńców laurowych wiedzy, ale jak bolesne i mozolne łatanie dziur w naszym bardzo ograniczonym pojęciu o świecie. Dopiero wtedy możemy się w pełni rozwijać. Nie oznacza to oczywiście, że całe życie musimy siedzieć w ławkach kolejnych uczelni. Proces dalszego post-akademickiego kształcenia się bazuje już na samodzielnym zdobywaniu wiedzy w oparciu o nawyki i umiejętności zdobyte na naszej pierwszej, drugiej, czy jeszcze kolejnej uczelni. Wiedzę tę najlepiej zdobywać z książek, choć oczywiście nie należy się tu ograniczać i gardzić innymi źródłami, takimi jak Internet, który w ostatnich latach wciąż wzbogaca i ulepsza swe zasoby pod względem coraz bardziej profesjonalnych baz danych. Istnieje dziś cała masa sposobów na zdobywanie wiedzy w naszym współczesnym społeczeństwie informacyjnym i dla kreatywnej jednostki nie powinno być większych problemów w odnalezieniu ich.

 

Co to wszystko ma jednak wspólnego ze zwalczaniem w sobie plagi schematycznego myślenia? Bardzo wiele. Potraktujmy przez chwilę nasze umysły jak twardy dysk komputera. Jak wiadomo, można na takim dysku zgromadzić różne dane, czy programy. Im więcej danych czy programów posiada twardy dysk komputera, tym więcej komputer może zdziałać. Powiedzmy, że na twardym dysku naszego komputera nie posiadamy na przykład żadnego programu do obrabiania dźwięku, jednakże chcemy ów dźwięk obrobić właśnie na nim. Włączamy więc nasz komputer a do komputera podłączamy gitarę lub instrumenty klawiszowe. Kiedy już wszystko jest podłączone zaczynamy po prostu grać. I co się wtedy dzieje? Nasz komputer nie rozpoznaje żadnego z instrumentów jakie podłączyliśmy! W ogóle „nie wie” co robimy! Dlaczego? Ponieważ wcześniej nie wyposażyliśmy go w odpowiednią „wiedzę cyfrową” w postaci odpowiedniego programu do obróbki dźwięku. Inny przykład: załóżmy, że ktoś chce znaleźć w swoim komputerze telefon do starego znajomego z czasów szkolnych. Szuka, szuka, w końcu nie znajduje. Dlaczego? Ponieważ nigdy go tam nie było! Albo dlatego, że po sformatowaniu dysku twardego plik z tym numerem został skasowany. Nie ma! Komputer po zadaniu komendy „szukaj” nic takiego nie znajduje. Tym samym im mniej dany komputer posiada w sobie zasobów informacji cyfrowej, tym mniej może. Antropomorfizując nieco całą tę sytuację moglibyśmy rzec, że im mniej „nauczymy” nasz komputer, czy wręcz „wykształcimy” go za pomocą odpowiedniej wiedzy cyfrowej (dane, pliki, skrypty, aplikacje, programy itd), tym mniej będzie on umiał „wymyślać” różnych rzeczy dla nas.

Przeczytaj jeszcze  Bóg zapchajdziura?

 

Dokładnie tak samo jest z nami. Powiedzmy, że jakiś racjonalista czyta Biblię Tysiąclecia pod kątem wynalezienia w niej jakiejś sprzeczności i w końcu znajduje coś co jawi mu się jako takowa. W triumfalnym nastroju chwyta więc do ręki klawiaturę i potem ogłasza gdzieś publicznie swoje odkrycie. Załóżmy jednak, że po jakimś czasie ktoś inny zapoznaje się z owym odkryciem naszego przykładowego racjonalisty. Następnie bierze do ręki ten sam tekst Biblii, tylko na przykład w innym przekładzie, lub wręcz sprawdza go w oryginale i stwierdza: nie ma tu sprzeczności, ponieważ zachodzi ona tylko pomiędzy słowami jakich nie ma nie tylko w oryginale, ale i nawet w innych przekładach. Co tu się właściwie stało? Dokładnie to samo co z naszym wspomnianym w przykładzie komputerem. Dlaczego ów komputer „nie wpadł” na to jak może zrobić coś czego od niego oczekujemy? Ponieważ nie wyposażyliśmy go w odpowiednią wiedzę cyfrową, spomiędzy zasobów której mógł korzystać aby wykreować dla nas to co od niego chcieliśmy. Dokładnie tak samo jak nasz racjonalista z wspomnianego przykładu. Dlaczego do jego głowy nawet na chwilę nie wpadła myśl, że słowa w jego przekładzie, pomiędzy którymi wychwycił on sprzeczność, mogły tak naprawdę nigdy nie istnieć w Biblii? Bo nikt nie włożył do tej głowy takiej myśli. On sam też nie włożył do swej głowy takiej myśli. Nie ma tam więc żadnej takiej myśli. Jednakże kiedy jego umysł analizował wspomniane zagadnienie, powinien się odwołać również lub nawet przede wszystkim do tej myśli, aby obszar jego analizy był pełniejszy, szerszy, a przez to bliższy prawdy i właściwego rozwiązania tego problemu. Mniej więcej na tej samej zasadzie jak w przypadku komputera, który aby wykonać poprawnie jakąś operację musi odwołać się do jednej z wirtualnych bibliotek czy aplikacji w swej pamięci operacyjnej. Niemniej jednak tak się nie stało i przez to wniosek naszego przykładowego racjonalisty był błędny. Jemu samemu zapewne wydawało się, że wie już wszystko o przeczytanym tekście, który jawił mu się jako sprzeczny. W jego głowie nie istniała jednak jakakolwiek świadomość faktu, że świat jego rozważań w tym temacie był ograniczony i zniekształcony i przez to właśnie prowadził go do błędnych wniosków. Ponownie dlatego, że nikt wcześniej po prostu nie włożył tam takiej myśli. Taka ewentualność nie istniała więc nawet przez chwilę w jego umyśle. Prezentował więc innym swe wnioski jako oczywiste i bezsporne, jak to często zresztą czynią racjonaliści w świecie rzeczywistym. Nie trzeba dodawać, że wtedy zwłaszcza musimy być świadomi tych ograniczeń myślowych o jakich wspomniałem przed chwilą i o których mogą oni w ogóle nie mieć zielonego pojęcia. W takich momentach zawsze pytajmy się siebie kontrolnie: tym razem jakiej myśli nie włożono do jego głowy? Brak czego tym razem rzutuje na poprawność tych wniosków? Ścigajmy się po prostu z nimi pod względem kreatywnego myślenia.

 

Na tej samej zasadzie wspomniani wyżej zwolennicy i przeciwnicy wejścia do Unii Europejskiej potrafili podawać tylko medialne i oklepywane codziennie wręcz do znudzenia powody za lub przeciw integracji. Dlaczego? Ponownie znów nikt nie włożył do ich głów innych myśli. Dlatego nie odwoływali się do nich. Proste. Zwyczajnie ich tam nie było! To samo można powiedzieć o zwolennikach niemal każdej innej tzw. kwestii medialnej. Warto obserwować czasem dyskusje oscylujące wokół takich spraw i zadawać sobie pytanie: czy oni wszyscy nie mówią już czegoś czego gdzieś wcześniej nie słyszałem? W takich konkursach na kreatywność najczęściej nie ma żadnych bohaterów ani zwycięzców. Nic lepiej nie ilustruje ograniczeń w ludzkiej wiedzy potocznej niż takie obserwacje. Same takie obserwacje nie dają nam jednak nic więcej poza uświadomieniem sobie faktu istnienia takich ograniczeń. Kreatywność w myśleniu może rozwijać się już tylko poza tym obszarem. Pamiętajmy wciąż bowiem o tym, że świat naszych pojęć jest nie większy niż obszar naszej własnej obserwacji i interpretacji świata będącego na zewnątrz nas. Parafrazując słynne porzekadło „Jesteś tym co jesz” można by rzec: twoja świadomość jest tym czym się żywi.

 

Myślę, że te przykłady dobrze pokazują, że nigdy nie możemy poprzestawać na kształceniu się, zwłaszcza w kwestiach, co do których chcemy mówić innym jak myśleć i odczuwać. Nie tyczy się to tylko racjonalistów, ci są tu przywołani jedynie jako przykład, tyczy się to właściwie każdego z nas. W tym przede wszystkim każdego apologety. Kreatywne myślenie jest bardzo ważne. Inteligencja, którą kształcimy i rozwijamy za pomocą takiego myślenia jest równie ważna. Ale kreatywne myślenie i inteligencja muszą mieć paliwo dla swego rozwoju. Tym paliwem jest wiedza zdobywana w niekończącym procesie kształcenia się. Kształcąc się i ucząc od innych zdobywamy nie tylko wiedzę, ale przy okazji widzimy jak inni kreatywnie pokonywali ograniczenia w swym myśleniu. Uczymy się od nich wzorców takiego myślenia, inspirujemy się nim i fascynujemy, rozwijając je jeszcze bardziej w ten sposób.

 

Tak zwani wolnomyśliciele

 

Skoro nawet apologeci mają problemy w zrywaniu ze schematami to nikogo nie powinno już dziwić, że po drugiej stronie barykady jest nie lepiej. Większość prometejskich wojowników atakujących chrześcijaństwo, lub choćby jego ortodoksyjne formy, ulega słodkiemu złudzeniu, że są oni „wolni” i „samodzielni” w myśleniu. W rzeczywistości co najwyżej bezrefleksyjnie klonują oni laickie lub sekciarskie dogmaty. Świadkowie Jehowy dla przykładu głoszą toczka w toczkę to co powie im Towarzystwo Strażnica. Samo Towarzystwo Strażnica skopiowało swe koncepcje polemiczne (a nawet religijne) praktycznie w całości od innych[3]. Również tzw. racjonaliści i wojujący ateiści niemal w niczym nie odbiegają w swej argumentacji od kanonów myślowych wytyczonych im przez takich jak Bertrand Russell, Renan, Strauss, Paulus czy Kosidowski (ten ostatni też kopiował). Ile to razy słyszałeś pytanie „jeśli Bóg stworzył świat to kto stworzył Boga?”. Myślisz, że na to pytanie wpadli ci, którzy dziś je nam zadają? Nie, wymyślił je Bertrand Russell. To samo tyczy się takich niewzruszalnych laickich dogmatów jak idea tzw. światopoglądu naukowego, która żyje po dziś dzień, a nawet nabiera sił do nowego życia. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z kreatywnością i wszystkimi jej wyżej wspomnianymi i omówionymi konsekwencjami. Dobrą ilustracją tej tezy jest choćby milczenie św. Pawła w kwestii niektórych zagadnień omówionych w Ewangeliach. Racjonalistyczny brak kreatywności i zarazem skostniałe przywiązanie do opartego na stereotypie schematyzmu objawia się wyjątkowo wyraźnie w tym właśnie miejscu, ponieważ z obsesyjną wprost konsekwencją proponuje tylko oparty na ex silentio argument niewiedzy Pawła o tych zagadnieniach, jako rzekome wyjaśnienie jego milczenia w kwestii większości wydarzeń ewangelicznych. A tymczasem milczenie Pawła można z powodzeniem wyjaśnić na wiele innych sposobów: brak miejsca w jego listach na zagadnienia opisane w Ewangeliach, ponieważ tematyka jego listów tyczyła się konkretnych problemów gmin, które to problemy wykraczały poza i tak już znane jego czytelnikom nauczanie z Ewangelii (po co więc było powtarzać to co już było im znane) itd.

 

Zakończenie

 

Niewątpliwie prawdziwe wolnomyślicielstwo wymaga ogromnego wysiłku intelektualnego zwanego kreatywnością i potrzeby ucieczki od schematów, bez względu na to czy bawimy się w uprawianie apologetyki chrześcijańskiej, czy w wojujący ateizm. W niczym nie pomoże tu nawet zaangażowanie na drodze do zdobywania wiedzy, jeśli będziemy wciąż powielać tylko zastane rozwiązania. Co wtedy gdy kiedyś okażą się one błędne? Kiedy jednak będziemy szukać jakichś nowych rozwiązań myślowych to przynajmniej co nieco ograniczymy pole, na którym możemy szerzyć błędy innych. W tym wypadku będziemy co najwyżej szerzyć swoje błędy. Gorycz tej porażki zostanie osłodzona przez oryginalność naszych własnych nowych pomysłów, które możemy skutecznie zastosować w dyskusjach, rozważaniach lub polemikach.

Jan Lewandowski, wrzesień 2007

[1] Zagadnienie „społecznego dowodu słuszności” Cialdini omawia w rozdziale czwartym swej wspomnianej książki – por. Robert B. Cialdini, Wywieranie wpływu na ludzi, Gdańsk 2004, s. 110n.

[2] Tak np. A. i J. C. Mc Grath, Bóg nie jest urojeniem, Kraków 2007, s. 31n; por. M. Heller, Kosmiczna przygoda Człowieka Mądrego, Kraków 1994, s. 249.

[3] Tezę tę wykazałem w oparciu o dane historyczne w: Nauki Świadków Jehowy przejęte z teologii Babilonu Wielkiego, „Sekty i Fakty” rok 6 (2005) nr 24-25, s. 46. Artykuł ten został również opublikowany w słowackim „Rozmer” rok 8 (2005) nr 3, s. 20.

 

Print Friendly, PDF & Email

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *