Czy pojęcie ofiary jest jeszcze zrozumiałe?

W Kościele ciągle słyszy się słowo „ofiara”: że przez ofiarę złożoną na krzyżu Chrystus dokonał naszego odkupienia, że krew Chrystusa zmyła nasze grzechy, że msza święta uobecnia ofiarę krzyża itd. Ale proszę zauważyć, że w czasach, kiedy był pisany Nowy Testament, ludzie dobrze rozumieli, czym jest ofiara. W religii żydowskiej i we wszystkich chyba ówczesnych religiach codziennie zabijano na ołtarzach ofiarne zwierzęta. Kiedy apostołowie głosili, że Chrystus na krzyżu złożył ofiarę doskonałą, nie dającą się nawet porównać z ofiarami ze zwierząt, na ludziach czyniło to ogromne wrażenie. Nauka ta nawiązywała bowiem do czegoś, co było bardzo żywe w ich kulturze i zwyczajach. Dziś natomiast nawet wyraz „ofiara” znikł z mowy potocznej, pozostał tylko w języku kościelnym. Kiedy się słyszy z ambony, że Chrystus złożył na krzyżu ofiarę z samego siebie, aby przebłagać obrażonego Ojca, człowieka współczesnego ogarniają wątpliwości, czy tej największej tajemnicy naszej wiary nie opisuje się w zniekształcających ją kategoriach mitologicznych. Przepraszam, jeśli ostatnie zdanie Księdza uraziło. A pytanie moje jest następujące: Czy pojęcie ofiary jest jeszcze dla współczesnego człowieka zrozumiałe?

Mnie się wydaje, że jest dokładnie odwrotnie: że jesteśmy w lepszej sytuacji niż chrześcijanie starożytni i mamy szansę głębiej od nich zrozumieć sens ofiary Chrystusa Pana na krzyżu. Właśnie dlatego, że w naszym rozumieniu jesteśmy znacznie mniej niż oni zależni od wyobrażeń związanych z ofiarami zwierzęcymi. Po prostu od epoki początków naszej wiary upłynęło dość czasu, żeby nasza mentalność się przynajmniej trochę schrystianizowała.

Miarą schrystianizowania naszej mentalności jest właśnie mowa potoczna, do której się Pan odwołuje. Proszę zauważyć, jak często używamy w niej takich wyrazów, jak ofiarność, poświęcenie, oddanie, bezinteresowność, wielkoduszność, wyrzeczenie. Starożytna greka i łacina nie mają odpowiedników dla tych wyrazów, jeśli oczywiście nie liczyć odpowiedników pozornych, wyrażających treści raczej odbiegające od znaczenia współczesnego. Osobiście bardzo byłbym ciekaw, w jaki sposób języki Dalekiego Wschodu rejestrują istnienie postaw, nazywanych tymi słowami.

Wydaje się, że w Europie na ukształtowanie pojęć, jakie się kryją za wspomnianymi wyrazami, wpłynęła istotnie wiara chrześcijańska, a zwłaszcza wpatrywanie się w ten aspekt ofiary Chrystusa, że oddał On życie za nas. Naszą refleksję nad tajemnicą ofiary Chrystusa Pana zacznijmy zatem od tego aspektu.

Przypatrzmy się następującej wypowiedzi Pana Jezusa: Za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie” (J 17,19). Jest to dosłownie rewolucja w pojmowaniu ofiary. Oto okazuje się, że ofiara ze zwierząt czy z płodów rolnych, czy z innych wartości materialnych jest ofiarą jedynie w sensie symbolicznym, prawdziwą bowiem ofiarę składa się z samego siebie.

Żeby jednak moje oddawanie, poświęcanie samego siebie było naprawdę ofiarą, powinno w trojaki sposób upodabniać się do ofiary Chrystusa Pana. Po pierwsze, moje trudy czy znoszone prześladowania dopiero wówczas zasługują na nazwanie ich ofiarą, kiedy służą dobru innych. Dopóki służą one tylko mojemu dobru albo kiedy w gruncie rzeczy nie służą niczemu, można je nazwać rozmaicie, ale na pewno nie jest to ofiara. Chrystus Pan oddał bowiem swoje życie – całe, bez reszty – za nas, dla naszego dobra, żeby nas pojednać z Bogiem.

Po wtóre, tylko w takim stopniu nasze trudy dla innych są rzeczywiście ofiarą, w jakim stopniu podejmujemy je dobrowolnie. Idealnie dobrowolna była jedynie ofiara Chrystusa: „Nikt Mi życia nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać” (J 10,18). Nawet na krzyżu Chrystus Pan nie przestał być w pełni suwerennym panem swojego losu. Dobrowolnie zezwolił na to, żeby skierowana przeciwko Niemu nienawiść zgniotła Go na śmierć i w każdym momencie swej męki był władny uwolnić się z trybów niszczącego Go mechanizmu. My, zwykli ludzie, nie mamy takiej władzy nad różnymi mechanizmami, które mogą nas w siebie wplątać. Dobrowolność nasza może się jednak wyrazić co najmniej w dwojaki sposób: w dobrowolnym podjęciu takiej postawy, która sprowadzić na nas może trudy, a nawet prześladowania, i – ponadto – w wewnętrznej zgodzie na owe trudy czy prześladowania, również wówczas, kiedy przestały już one podlegać naszemu wolnemu wyborowi. Nie chodzi tu, rzecz jasna, o żaden kult cierpienia, ale o zgodę na cierpienie, jeśli jest ono konsekwencją postawy, którą uważamy za słuszną.

Wreszcie po trzecie: Autentyczna ofiara może człowieka kosztować wiele, niekiedy nawet życie, ale nie może go zniszczyć duchowo. Wręcz przeciwnie, postawa ofiary buduje człowieka, choć nie po to się ją przecież podejmuje. Chrystus Pan przez krzyż wszedł do zmartwychwstania i stał się w ten sposób Żywą Obietnicą dla wszystkich, którzy nie wahają się żyć według zasad miłości, również wówczas, kiedy to trudne lub niebezpieczne.

Przeczytaj jeszcze  Kłopoty ze zrozumieniem moralności ewangelicznej

Język polski zaciemnia nieco sens przytoczonej wypowiedzi Pana Jezusa: „Za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie”. W greckim oryginale oba razy użyto tego samego czasownika hagiadzo – nawiasem mówiąc, jest to ten sam czasownik, który występuje w pierwszej prośbie Modlitwy Pańskiej: „Święć się imię Twoje!” Zatem sens pierwszej części tego zdania jest mniej więcej taki: „Składając za nich w ofierze samego siebie, Ja objawiam swoją świętość”. Kiedy zaś ja, zwykły i grzeszny człowiek, staram się prowadzić życie ofiary, można powiedzieć: „Ja uświęcam się, ilekroć składam w ofierze samego siebie dla dobra innych”. W języku polskim słowa „poświęcenie” i „uświęcenie” zanadto oddaliły się od siebie w znaczeniach. Nie jest w naszym języku czymś oczywistym, że poświęcenie człowieka uświęca.

Główny kierunek Pańskiego problemu jest jednak chyba inny. Co to znaczy – pyta Pan – że Chrystus ofiarą z samego siebie przebłagał obrażonego Ojca? Dlaczego ofiara ta ma tak wielką moc, że skutecznie leczy nas z grzechu? Żeby móc przypatrzeć się nieco temu aspektowi ofiary Chrystusa, trzeba przedtem zastanowić się nad pojęciem „obrazy Boga”.

W moim odczuciu jest to pojęcie mylące. Człowiek obraża się na drugiego człowieka wówczas, kiedy ten go poniży, zniesławi, skrzywdzi. Samo zaś obrażenie się polega na tym, że się odsuwam od tego, do kogo czuję żal z powodu wyrządzonej mi krzywdy, i nie chciałbym mieć z nim nic wspólnego. Jednak obrazić się mogę tylko na kogoś, od kogo czuję się już jakoś oddalony. Chyba że związany z nim byłem tylko egocentrycznie. Jest rzeczą nie do pomyślenia, żebym obraził się na krzywdziciela, którego dobro leży mi na sercu. Krzywda wyrządzona mi przez kogoś, kogo naprawdę kocham, zadaje mi ból szczególny, ale nie będę wówczas dążył do tego, żeby człowiek, który jest mi szczególnie bliski, przemienił się dla mnie w człowieka obcego. Kiedy obraża mnie przyjaciel lub rodzony syn, cierpię znacznie boleśniej, niż gdyby to uczynił człowiek obcy, ale zarazem ja nie jestem w stanie obrazić się na niego, nie potrafię zacząć go uważać za człowieka obcego.

Tym bardziej Bóg nie potrafi obrazić się na człowieka – nawet wówczas, kiedy człowiek obraża Go bardzo ciężko. Obrażam zaś Boga, ilekroć odrzucam Jego miłość, używam Jego darów wbrew intencjom Ofiarodawcy, nie chcę budować siebie ani świata zgodnie z Jego zamysłem miłości, ale czynię to, przedrzeźniając Jego zamysł wobec mnie i wobec innych ludzi, i rzeczy. Nawet wówczas Bóg się na nas nie obraża, ale zadajemy Mu przecież jakąś ranę w ten sposób. Bóg Wszechmocny, którego podmiotowość jest absolutna i który wobec tego jest ponad wszelkimi doznaniami (bo żadne stworzenie, nawet najpotężniejsze, nie jest w stanie potraktować Go przedmiotowo), oto staje się słaby i niejako cierpiący wskutek tego, że kocha. Być może jest jakaś racja w domysłach, że męka Chrystusa Pana na krzyżu objawiła między innymi wielkość bólu, jaki zadajemy naszymi grzechami Kochającemu Bogu.

Pisze o tym bólu Boga Jan Paweł II w encyklice o Duchu Świętym, komentując słowa J 16,8, że Duch Święty będzie przekonywał świat o grzechu: „Czyż więc „przekonywać o grzechu” – nie musi równocześnie znaczyć: objawiać cierpienie? Objawiać ból, niepojęty i niewyrażalny, jaki z powodu grzechu w jego antropomorficznej wizji Księga święta zda się dostrzegać w „głębokościach Bożych”, w samym niejako sercu nieogarnionej Trójcy? Kościół, czerpiąc natchnienie z Objawienia, wierzy i wyznaje, że grzech jest obrazą Boga. Co odpowiada tej „obrazie” w niezgłębionym życiu Ojca, Syna i Ducha Świętego, temu odrzuceniu Ducha, który jest Miłością oraz Darem? Pojęcie Boga, jako Bytu absolutnie doskonałego, wyłącza z pewnością wszelki ból pochodzący z braku czy zranienia; jednakże w „głębokościach Bożych” jest miłość ojcowska, która w języku biblijnym wobec grzechu człowieka posuwa się aż do słów „żal mi, żem stworzył człowieka”. „Kiedy… Pan widział, że wielka jest niegodziwość ludzi na ziemi… żałował, że stworzył ludzi na ziemi, i zasmucił się… Pan rzekł: …żal mi, że ich stworzyłem”. Najczęściej jednak Pismo Święte mówi nam o Ojcu, który współczuje człowiekowi, dzieląc jakby jego ból. Ostatecznie ów niezgłębiony i niewypowiedziany „ból” Ojca zrodzi nade wszystko całą przedziwną ekonomię miłości odkupieńczej w Jezusie Chrystusie, ażeby – poprzez mysterium pietatis – Miłość mogła się okazać potężniejsza od grzechu w dziejach człowieka. Ażeby zwyciężył „Dar”!” (nr 39)

Jak nieporadna – a przecież głęboko prawdziwa – okazuje się w świetle tych intuicji formuła, że Chrystus swoją ofiarą na krzyżu przebłagał obrażonego Ojca! Zastanówmy się, co robi kochający syn, kiedy jego rodzony brat stał się przez swoje postępowanie zgryzotą rodziców. Robi dwie rzeczy: stara się doprowadzić brata do opamiętania, rodziców zaś stara się kochać w dwójnasób, za siebie i za swojego zbłąkanego brata. Świadomość krzywdy, która spotyka rodziców ze strony własnego syna, pobudza go do pokonywania trudów, które muszą się pojawiać przy realizacji tak ambitnego programu.

Przeczytaj jeszcze  Czy dusza umiera?

Spójrzmy teraz na ukrzyżowanego Chrystusa. Przez swoją mękę uczynił On właśnie obie te rzeczy, z tym jednak, że uczynił to w sposób prawdziwie boski, przekraczający wszelką miarę ludzką. Najpierw jednak uczynił rzecz trzecią: będąc Jednorodzonym Synem Przedwiecznego Ojca, Bogiem Prawdziwym, oddzielonym od nas tą przepaścią ontyczną, która dzieli Boga od stworzenia, z miłości do nas – istot nie tylko stworzonych, ale w dodatku upadłych, grzesznych – stał się jednym z nas, stał się naszym Bratem. Przyjął na siebie wszystko, co ludzkie, z wyjątkiem grzechu, nie wahał się nawet wejść w nasze zatrute grzechem i krzywdą ludzkie układy. Zapłacił za to prześladowaniem, a w końcu niewinną i okrutną śmiercią. W ten sposób za jednym razem wypełnił braterską posługę na rzecz naszego opamiętania i prawdziwie po synowsku załagodził nie dający się wypowiedzieć ból Ojca z powodu naszych grzechów. Przypatrzmy się kolejno tym dwom skutkom ofiary Chrystusa na krzyżu.

Jego Ofiara polegała na tym, że, nie zważając na koszty, postanowił przejść przez naszą ziemię, zamieszkaną przez grzeszników i uwikłaną w nie dającą się rozplątać siatkę nieludzkich struktur, jako prawdziwy Człowiek, przepełniony bez reszty miłością do Przedwiecznego Ojca i do ludzi. Jego przykład otworzył w naszej wyobraźni zablokowaną dotychczas możliwość: oto z całej potęgi zła, jaka zapanowała nad naszą ziemią, naprawdę nie wynika żadna konieczność, żeby ktokolwiek, kto nie chce wchodzić w układy ze złem, paktować z nim musiał. W krzyżu Chrystusa okazała się ostateczna słabość zła: potrafi ono krzywdzić, niszczyć, zabijać, ale możliwe jest postawienie tamy, żeby nie czyniło już niczego więcej. Mówiąc inaczej: złu można zabronić dostępu do duszy człowieka, czyli można odnieść nad nim zwycięstwo ostateczne.

To prawda, grzeszny człowiek nie jest zdolny do takiego zwycięstwa sam z siebie, albowiem zło zdobyło już w naszych duszach swoje przyczółki. Jednakże absolutna wierność dobru, jaką Chrystus wypełnił na krzyżu, ma wartość nieskończoną – była bowiem wiernością Człowieka, który jest prawdziwym Bogiem. Każda wierność dobru, realizowana przez zwyczajnego człowieka, chociaż jest ułomna, pomaga innym w zwyciężaniu zła. Wierność dobru, która się zrealizowała w męce Syna Bożego, ma moc przemienić każdego grzesznika, który nie zamknie się na jej uzdrawiające promieniowanie. Jeśli powiadamy więc, że krew Chrystusa zmywa nasze grzechy, że Chrystus Pan złożył na krzyżu ofiarę za nas – to w tym przede wszystkim sensie, że nie tylko pokazał On nam drogę wyzwolenia ze zła, ale że w dzieje zmagania się dobra ze złem wniósł wkład nieskończony. Odtąd każdy, kto prawdziwie (a nie tylko w swoich deklaracjach) trzyma się Chrystusa, z całą pewnością dostąpi zbawienia oraz stanie się dzieckiem i przyjacielem Bożym.

Jednak śmierć Chrystusa na krzyżu to również ofiara złożona Przedwiecznemu Ojcu. Oto z tej samej ziemi, na której zadano tyle bólu Kochającemu Ojcu, wzniósł się do tegoż Ojca czyn miłości nieskończonej, przewyższający cały ogrom zła, jaki przytłoczył naszą ziemię. Rodzice, zranieni postawą niegodziwego dziecka, doznają jakiejś pociechy, kiedy drugie ich dziecko stara się niejako zdwoić swoją miłość do rodziców. Przez krzyż Chrystusa stało się coś nieskończenie więcej: czyn miłości, jaki wzniósł Ukrzyżowany do swojego Ojca, jest nie tylko większy niż suma całej niegodziwości wszystkich ludzi, ale ma moc leczyć nas z naszej niegodziwości. Męka Chrystusa ma moc przywracać nas Bogu, zatem łagodzi – a w ostatecznym wymiarze usuwa „ból” Boga z powodu naszego zbłąkania.

I nie jest oczywiście tak, żeby Przedwiecznemu Ojcu była potrzebna śmierć Umiłowanego Syna albo żeby znajdował On upodobanie w Jego męce, w tym, że została przelana Jego krew. Ojciec Przedwieczny znajduje upodobanie nie w męce Umiłowanego Syna, ale w nieskończonej miłości, jaką Ten zachował dla Niego nawet na krzyżu. Męka zaś Jego, krew i śmierć są świadectwem i znakiem tej miłości.

Można powiedzieć tak: Syna Bożego zabiliśmy naszymi grzechami. Tym jednak, co się istotnie dokonało na krzyżu, jest nieskończona miłość, z jaką Chrystus przeszedł przez swoją mękę. To właśnie miłość sprawiła, że męka Chrystusa stała się ofiarą, mającą moc przemienić nas w przyjaciół Bożych, i że zyskała wartość ofiary ponadczasowej, równoważącej ponadobficie ból Przedwiecznego Ojca z powodu naszych grzechów. Więcej: ta Ofiara usuwa ból Przedwiecznego Ojca, bo dzięki niej my naprawdę do Niego wracamy.

O. Jacek Salij – „Poszukiwania w wierze”

Print Friendly, PDF & Email

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *