Czy przykazania Boże wszystkich obowiązują jednakowo?

 

Mówi się, że wszyscy ludzie powinni zachować Boże przykazania, a przecież nasze szanse są tak różne. Być może jest prawdą, że swoje pierwsze małżeństwo zawarłem lekkomyślnie. Ale przecież tylu innym, którzy równie lekkomyślnie wstępowali w związki małżeńskie, jednak udało się. Mnie nie. Teraz mnie nieskończenie trudniej niż tamtym żyć w zgodzie z Bogiem. Albo co winien syn pijaka, że odziedziczył skłonność do alkoholu? Co winien mój ojciec, że na skutek ciężkich przeżyć i starości stał się strasznie nerwowy? Co winien człowiek z wrodzoną skłonnością homoseksualną? Wobec tego: Czy naprawdę przykazania Boże wszystkich obowiązują jednakowo?

 

Istnieją dwie zupełnie różne perspektywy w ocenie zagadnień moralnych, mianowicie perspektywa obserwatora oraz zaangażowanego. Obie ważne, obie wzajemnie się dopełniają. Perspektywa obserwatora to odczytywanie i ocena prawd moralnych „w ogóle”, z czystej potrzeby poznawczej. Tylko z tego punktu widzenia może nas zajmować moralność „tych trzecich”, z którymi nie mam możności nawiązać głębszego kontaktu osobowego. Otóż na tej perspektywie nie można poprzestać ani w stosunku do siebie, ani w stosunku do tych, którzy są moimi bliźnimi aktualnie, to znaczy tych, z którymi znalazłem się w relacji „ja — ty”. Tutaj obowiązuje postawa zaangażowanego, która polega na tym, że zawsze i we wszystkich okolicznościach powinniśmy starać się czynić dobro raczej niż zło.
Pan przedstawia problem z perspektywy pierwszej. Bo rzeczywiście, jednemu dobro czynić łatwiej, drugiemu trudniej, a niekiedy wymaga to już praktycznie bohaterstwa. Zwyczajna ludzka wrażliwość każe nam to widzieć. Jeśli zaś ktoś nie umie tego współczująco dostrzegać, można słusznie podejrzewać go o bezduszność, doktrynerstwo, brak poczucia rzeczywistości. Chrześcijanin zaś, jeśli się zastanawia nad złożonością różnych ludzkich układów, przypomina sobie zwykle Chrystusowe: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”, i lepiej zaczyna rozumieć, dlaczego sąd o ludziach należy zostawić Bogu.
Jednak jest jeszcze perspektywa druga, bardziej konkretna, perspektywa mojego i twojego stosunku do dobra. W tej perspektywie ważne jest przede wszystkim to, żeby dobro czynić, niezależnie od tego, czy to łatwe czy trudne. Weźmy przykład skrajny, a zarazem oklepany. Ktoś jest torturowany, aby wydał przyjaciół. Jeśli się załamie i ludzie będą go potępiać, ja w każdym razie się do nich nie przyłączę. Niemniej jeśli to — nie daj Boże — ja albo ty znajdziemy się w takiej sytuacji, wiem z całą pewnością, że powinniśmy wytrwać. Nie wiem, czy wytrwam, ale wiem, że powinienem wytrwać. Na ten temat nie mam żadnej wątpliwości.
Powiem wprost: Jeśli ktoś usprawiedliwia swoje złe czyny, dlatego że czynić dobro jest mu trudniej niż innym, jest faryzeuszem. Bo istota faryzeizmu polega nie na tym, że ktoś się uważa za lepszego od innych, ale na tym, że się porównuje z innymi. To jest kompletne wypaczenie moralności. Owszem, moralność domaga się porównań, ale zupełnie innego rodzaju. Powinienem ustawicznie porównywać siebie z sobą. Tego człowieka, jakim jestem, z tym, jakim powinienem być. (A ponieważ chrześcijanin powinien stać się drugim Chrystusem, więc porównuję siebie, jakim jestem, z Chrystusem).
Każdy człowiek ma swój los do wygrania. Każdy może — i powinien — wygrać, ale zarazem każdemu wydaje się, że warunki gry mogłyby być dla niego korzystniejsze. Jeden narzeka, że miał fatalny start życiowy: miał rodziców analfabetów, a środowisko nie rozbudziło w nim aspiracji odpowiednich do jego zdolności. Drugi miał rodziców wprawdzie wykształconych, ale za to analfabetów moralnych. Inny miał idealne dzieciństwo, ale natura poskąpiła mu zdolności albo daru zdobywania sobie ludzkiej sympatii. Jeszcze inny miał jedno i drugie, cóż jednak, skoro zapada na zdrowiu. U innego wszystko byłoby idealnie, gdyby się urodził dwadzieścia lat później. I tak można wyliczać bez końca: skaza psychiczna albo nie ten temperament, fatalny zbieg okoliczności, jakiś fałszywy wybór, który potem się ciągnie za człowiekiem przez całe życie itd., itd.
Oczywiście żadna w tym pociecha, że nie tylko ja, ale każdy — dosłownie każdy — ma swój własny krzyż do dźwigania, że każdy również ma swoje własne trudności z czynieniem dobra. Nam z innego powodu nie wolno porównywać się z innymi — wierzymy bowiem, że z każdego miejsca jednakowo blisko do Pana Boga. Naprawdę każdy — bez względu na takie czy inne uwarunkowania — może i powinien zachować Boże przykazania.
Przypomina mi się tu zupełnie skrajna sytuacja, opisana przez Viktora Frankla w jego Homo patiens. „Przed laty pewien schizoidalny psychopata dokonał zamachu na jednego z wybitnych akademików. Zamach ten spowodował śmierć uczonego. Stanowisko, jakie zajął w tej sprawie biegły psychiatra, prof. dr O. Pätzl, trafiło, jak się zdaje, w sedno sprawy. Wskazał on bowiem na to, że nawet w przypadku tak wyraźnego chorobliwego kwerulanctwa (pieniactwa) czy zgoła obłędu, na jakie cierpiał zamachowiec, nie może być mowy o jego niepoczytalności. Albowiem nie chodzi wcale o to, czy idee, w związku z którymi popełniono jakiś mord, należy uważać za idee obłędne, a więc powstałe na podłożu chorobliwym i wobec tego niesłuszne, czy też sądzić, że jako <idee nadwartościowe> jedynie wywodzą się z chorobliwego podłoża, ale same w sobie są słuszne, lub też dojść do wniosku, że w ogóle nie wywodzą się z chorobliwego podłoża, lecz są tylko przejawem fanatyzmu — wszystko to ostatecznie, pod względem moralnym, jest zupełnie nieważne. Albowiem nie ze względu na swoją psychopatię kwerulant jako osoba decyduje się na morderstwo. Mordercą staje się człowiek nie wskutek psychofizycznej degeneracji, lecz w rezultacie duchowo-moralnej decyzji. W danym wypadku decyzja ta brzmi: wolno zabić swego wroga. Wobec tej decyzji jednak jest zupełnie nieważne, czy jest to rzekomy, czy faktyczny wróg, czy to przypuszczenie jest rezultatem obłędu, czy też jest rzeczowo uzasadnione i czy odnosi się ono do osobistego wroga, czy do politycznego przeciwnika. Gdyby to wszystko nie było obojętne, to również każdy podburzony fanatyk polityczny miałby takie samo prawo moralne jak psychopata do zabicia swego przeciwnika”.
Trafia mi do przekonania powyższy sposób myślenia. Synowi pijaka, który jest obarczony jakimiś niedobrymi skłonnościami, albo człowiekowi o wynaturzonych skłonnościach seksualnych mogę serdecznie współczuć. Nie będę jednak usprawiedliwiał jego złego postępowania i nie powiem mu nigdy: „Mam cię za wymówionego od zachowania Bożych przykazań!” Będę go raczej zachęcał do przekraczania swoich fatalnych skłonności.
Podobnie, jeśli chory psychicznie uległ w końcu myślom samobójczym i rzeczywiście targnął się na swoje życie, nie będę przecież go potępiał, bo tego ciężaru, jaki musiał dźwigać, nie jestem w stanie nawet sobie wyobrazić. Zarazem jednak w swoich rozmowach z ludźmi, których trapią obsesyjne myśli samobójcze, zawsze cierpliwie staram się tłumaczyć, że to zależy od ich osobowej decyzji, czy pójdą za tymi myślami, czy też im się przeciwstawią. I nie mam wątpliwości, że powinni im się przeciwstawiać.
Streśćmy to wszystko, co dotychczas sobie powiedzieliśmy: W zło człowiek może być wplątany bardzo głęboko. Do zła może nas skłaniać atmosfera środowiska, własna biografia, rozmaite układy życiowe, ba, skłonność do zła może być wmontowana nawet w nasz genotyp. Niemniej żaden człowiek do zła nie jest zdeterminowany.
Bóg zezwala na to wszystko, dlatego że jest miłośnikiem dobra i kocha ludzi. Zło powinno być przecież przezwyciężone siłą ducha, a nie cudowną ingerencją w garnitur genetyczny. Jeśli ktoś mi zarzuci, że nakreśliłem obraz piękny może, ale zbyt jaskrawie optymistyczny, a więc urągający naszemu zmysłowi rzeczywistości, odpowiem mu, że ma oczywiście rację. Gdyby bowiem ten obraz mógł być prawdziwy bez Chrystusa, oczywiście Syn Boży nie przychodziłby na ten świat. Nie musiałby przychodzić. Ja kreśliłem powyższy obraz dla wierzących w Chrystusa, a więc dla tych, którzy ubiegają się o Jego moc. Którzy wierzą i doświadczają (a chcą doświadczać coraz więcej) tego, że „wszystko mogę w tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13). My, chrześcijanie, wierzymy — i prosimy Chrystusa, żeby wzmocnił naszą wiarę — że „miłujących Boga wszystko prowadzi ku dobremu” (Rz 8,28). Przepraszam, że piszę z takim patosem, ale to przecież prawda! Tak samo jak prawdziwa — bo Boża! — jest ta oto obietnica: „Pokusa nie nawiedza was większa od tej, która zwykła nawiedzać ludzi. Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać” (1 Kor 10,13).
Przeczytaj jeszcze:   Fenomen monoteizmu Żydów na tle powszechnego politeizmu.

 

o. Jacek Salij OP, Szukającym drogi

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CAPTCHA ImageChange Image