Hybrydowa inwazja. Podmiana pobożności – katolickiej na zielonoświątkową – ks. Andrzej Kobyliński


Czy dzisiaj idąc do kościoła lub na spotkanie wspólnoty modlitewnej, możemy być spokojni, że to, co będzie się tam działo, i to, co zostanie tam podane, jest rzeczywiście nauką głoszoną przez Kościół? Czy możemy być pewni, że to, co zostanie nam zaproponowane na jakichś popularnych rekolekcjach lub nawet podczas spowiedzi, jest zawsze katolickie? Odpowiedź na te pytania nie jest zadowalająca. Nasze kościoły i duszpasterstwa są coraz częściej jak puste pola do zagospodarowania przez tego, kto zaproponuje jakiś atrakcyjny sce­nariusz i zagwarantuje organizuje. Czasami w to puste miejsce przychodzi wartościowa propozycja – ale równie dobrze może to być coś zupełnie niekatolickiego, byle zręcznie posługiwało się cytatami z Ewangelii i szokowało emocjonalnym przesłaniem. Z łatwością oddajemy swoje serca energicznym liderom, którzy obiecują duchowe odrodzenie i doczesną pomyślność, udział w czymś wielkim i wstrząsającym. To samo robią często nasi księża, zwłaszcza gdy brak im własnej energii i rozeznania. Od czasu do czasu pojawia się jeszcze ostrzeże­nie przed podstępnym działaniem sekt. Jednak prawdziwe pole zma­gania przeniosło się od dawna do wnętrza instytucji czy wspólnot kościelnych: albowiem dawna sekciarska agitaqa przeciw Kościołowi to obecnie margines (przynajmniej w Polsce) – a prawdziwym proble­mem jest obca katolicyzmowi duchowość, która bez otwartego atako­wania naszej tradycji zastępuje ją stopniowo zupełnie innym pojmo­waniem chrześcijaństwa. Aktywiści nowej religijności nie namawiają nas do opuszczenia Kościoła i nie atakują papieża – natomiast nama­wiają nas do tego, byśmy razem z nimi zmieniali Kościół. Aż zmieni­my go według ich planów. Krótko mówiąc: nikt nie ogłosił oficjalnie wojny, lecz od dawna toczy się ona jako ukryta, hybrydowa inwazja.
Kiedyś nazywano to protestantyzacją. Oddziaływanie głównych odłamów protestantyzmu na katolicyzm jest dziś jednak znikome. Problem, który nas dotyczy, przychodzi ze świata protestanckiego, ale jest to problem również dla samych protestantów z tradycyjnych wspólnot reformacyjnych.
Czym zatem jest ta nowa religijność, która wciska się w miejsce Ewangelii Kościoła i pobożności katolickiej? Nasz ekspert, Ksiądz Andrzej Kobyliński, etyk z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyń­skiego, zajmuje się tym zagadnieniem od lat, jest obecnie głównym autorytetem, który ostrzega przed „pentekostalizaj” chrześcijaństw i katolicyzmu. Sprawa wymaga wyjaśnienia.
Od kilku lat ostrzega Ksiądz przed wchodzeniem do Kościoła „nowej religijności”, która zastępuje tradycyjny katolicyzm formami należącymi do kultury protestanckiej (a dokładnie: zielonoświątkowej). Skąd zainte­resowanie tą kwestią?
Ks. Andrzej Kobyliński: Jestem przede wszystkim filozofem i ety­kiem, dlatego zajmuję się zawodowo trochę innymi sprawami – ale te nowe zagadnienia jakby same przyszły do mnie. W niektórych wspólnotach reli­gijnych, z którymi miałem kiedyś związek, już na początku lat 90. ubiegłego wieku zauważyłem dziwne zachowania wśród moich przyjaciół. Był to czas, gdy do Polski zaczęli przyjeżdżać różni pastorzy, kaznodzieje protestanccy. Zacząłem zwracać uwagę na to, że podczas niektórych spotkań modlitew­nych dzieją się dziwne rzeczy: ktoś traci świadomość i pada, ktoś ma drgawki, ktoś krzyczy, ktoś nagle zmienia się na twarzy nie do poznania i tym podob­ne. To były dla mnie zupełnie nowe rzeczy, których w ogóle nie rozumiałem. W ciągu następnych lat zgłębiałem te kwestie – w trakcie podróży po świecie, rozmawiając z wieloma ludźmi z Azji, Afryki czy Ameryki Południowej, czytając publikacje w różnych językach. Powoli wchodziłem w ten świat życia religijnego. Ale przez wiele lat niczego nie publikowałem, zdecydowałem się na to dopiero w roku 2014. Potem ukazało się wiele moich tekstów, wśród nich zarówno te, które drukowano w czasopismach naukowych, jak i teksty publicystyczne, w różnych językach. Poza tym wygłaszałem też konferencje i udzielałem wywiadów, które są dostępne w internecie.
We wszystkich tych wystąpieniach mówi Ksiądz o zagrożeniu pentekostalizacją. Co znaczy to trudne słowo „pentekostalizacja”?
Ks. A.K.: Słowo „pentekostalizacja” pochodzi od słowa pentecoste, czyli Pięćdziesiątnica, Zesłanie Ducha Świętego w pięćdziesiąty dzień po Zmar­twychwstaniu Pańskim. W języku polskim ten dzień określa się też jako Zielone Świątki – i dlatego przymiotnik „pentekostalny” tłumaczymy u nas zwykle jako „zielonoświątkowy“. Mamy też słowo „zielonoświątkowcy”, które oznacza pewien nurt w protestantyzmie. W 2014 roku stworzyłem wyrażenie „uzielonoświątkowienie” które jest synonimem pentekostalizacji. Pentekostalizacja to uzielonoświątkowienie.
Ruch zielonoświątkowy powstał w USA na przełomie XIX i XX wieku. Ofic­jalnie przyjmuje się, że jego początek to rok 1901 i że ruch zaczął się w Bib­lijnej Szkole Bethel (Bethel Bible College) w miejscowości Topeka w stanie Kansas. Podstawą jest przekonanie, że Duch Święty przychodzi dzisiaj do chrześcijan dokładnie tak jak do Apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy, czyli z wieloma nadzwyczajnymi znakami. Typowe przejawy religijności pentekostalnej czy zielonoświątkowej to modlitwa językami, prorokowanie, padanie pod mocą Bożą, ekstatyczny taniec, tak zwany święty śmiech oraz inne nowe formy pobożności przypisywane działaniu Ducha Świętego. Pentekostalizacja (ang. Pentecostalization, niem. die Pentekostalisierung, wł. pentecostalizzazione) oznacza równocześnie dwie rzeczy. Po pierwsze, nie­zwykle szybki wzrost liczebny różnego rodzaju wspólnot zielonoświątkowych jako odrębnego nurtu obok innych kościołów i wspólnot chrześcijańskich. Po drugie, proces stopniowego przekształcania wielu innych chrześcijań­skich kościołów i związków wyznaniowych w jedną uniwersalną odmianę chrześcijaństwa charyzmatycznego w wymiarze globalnym.
Zacznijmy od tego pierwszego. Ekspansja wspólnot zielonoświątkowych przez ostatnie sto lat to prawdziwy podbój…
Ks. A.K.: Pentekostalizm jako ruch społeczno-religijny odniósł niebywały sukces. W ciągu zaledwie 100 lat stał się drugim co do wielkości nurtem chrześcijańskim, a być może już nawet pierwszym. Obecnie różnego rodzaju wspólnoty charyzmatyczne i zielonoświątkowe stanowią najliczniejszy – obok Kościoła katolickiego – chrześcijański nurt religijny. Liczbę chrześci­jan należących formalnie do różnych odłamów kościołów, wspólnot i sekt zielonoświątkowych szacuje się dziś na około 600-700 milionów wyznaw­ców. Można powiedzieć, że zielonoświątkowcy stanowią dzisiaj około jedną trzecią wszystkich wyznawców Chrystusa oraz dwie trzecie chrześcijan należących do różnego rodzaju protestanckich grup religijnych, które oddzieliły się od macierzystej organizacji religijnej.
Zdumiewa tempo wzrostu wspólnot pentekostalnych. Jeszcze 100 lat temu prawie w całej Ameryce Łacińskiej nie było w ogóle wspólnot protestanc­kich. Pierwsi misjonarze protestanccy zaczęli przybywać z USA do Brazylii czy Peru na przełomie XIX i XX wieku. Dzisiaj w Ameryce Łacińskiej nowe wspólnoty bądź sekty o charakterze zielonoświątkowym zastępują w coraz większym stopniu kościoły tradycyjne bądź wpływają na zmianę katolickich form pobożności. Obecnie aż 52 procent katolików Ameryki Łacińskiej to charyzmatycy. Charyzmatycy podbijają Amerykę Łacińską, ale również te­reny misyjne, jak na przykład Azję, a w szczególności Chiny. W Europie, w nowych chrześcijańskich grupach religijnych o charakterze charyzmatycz­nym i zielonoświątkowym, mamy około 20 milionów wyznawców, szczegól­nie w Wielkiej Brytanii i Rosji.
Rocznie na całym świecie przybywa około 20 milionów wyznawców pente­kostalnych, którzy najczęściej opuszczają kościoły tradycyjne i przechodzą do nowych wspólnot. Przewiduje się, że w 2025 roku różnego rodzaju ko­ścioły, wspólnoty i sekty stricte zielonoświątkowe osiągną ponad 800 milio­nów członków. Są to liczby podawane od lat przez uznanych badaczy, jak statystyk David B. Barrett (wydawca World Christian Encyclopedia) czy ana­lizujący pentekostalizm Eugene Botha. Dzisiaj oficjalna liczna katolików wy­nosi 1,2 miliarda. Często są to jednak osoby jedynie ochrzczone, które w rze­czywistości nie mają związku z żadną religią. Jeśli zatem uwzględnić jedynie faktycznych wyznawców praktykujących autentycznie własną religię, to już dzisiaj chrześcijanie zielonoświątkowi są największym odłamem chrześcijaństwa, który z roku na rok umacnia swoją pozycję i zyskuje na znaczeniu.
Z perspektywy polskiej nie widzimy tej ekspansji.
Ks. A.K.: Ona się odbywa, ale inaczej, na innym poziomie. W takich kra­jach jak Polska, Słowacja czy Węgry mamy do czynienia przede wszystkim z przenikaniem duchowości i religijności charyzmatycznej do kościołów tradycyjnych, w sposób szczególny do Kościoła katolickiego. Czyli chodzi tu o pentekostalizację w drugim znaczeniu. Oczywiście promieniowanie stylu zielonoświątkowego na przykład wewnątrz Kościoła katolickiego jest możliwe dzięki istnieniu wielkiego ruchu pentekostalnego poza nim.
W obu znaczeniach pentekostalizacja ma obecnie wymiar globalny. Z jednej strony mamy masowe porzucanie kościołów i wspólnot tradycyjnych przez ich członków (katolików, baptystów, metodystów…) i zakładanie nowych zborów zielonoświątkowych. W ten sposób, zwłaszcza w Afryce czy Ameryce Południowej, na gruncie tradycyjnych wspólnot chrześcijańskich rodzą się nowe wspólnoty, związki wyznaniowe lub sekty o charakterze charyzma­tycznym i zielonoświątkowym. Z drugiej zaś strony obserwujemy, że katolicy, metodyści, baptyści i tym podobni co prawda zostają w swoich wspólnotach, ale zmieniają swoje myślenie i kształt swoich wspólnot w kierunku chrześci­jaństwa zielonoświątkowego. Proces ten mocno przyspieszył w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Tak rozumiana pentekostalizacja dotyczy obecnie Kościoła katolickiego na całym świecie – w tym także wielu wspólnot i środowisk 80 katolickich w Polsce.
Czy naprawdę można powiedzieć, że wielu? Jaki zasięg ma penteko­stalizacja w Polsce?
Ks. A.K.: Sprawy takie jak uzdrowienia, działania Ducha Świętego, złych duchów, opętania, egzorcyzmy – docierają już w zasadzie do nas wszystkich. To dotyczy naszych rodzin, naszych znajomych, nauczania religii w szkole, kazań w kościołach albo nawet spowiedzi.
Oceniam, że w Polsce jest już kilka milionów katolików, którzy są w różnym stopniu dotknięci procesem pentekostalizacji. Przypomnijmy sobie na przy­kład obecność księdza Johna Bashobory z Ugandy, jego oddziaływanie po­przez prawie 200 spotkań rekolekcyjnych zorganizowanych w całej Polsce czy wielkie spotkania na Stadionie Narodowym w Warszawie. Są i inni: James Manjackal i Rufus Pereira z Indii, Maria Vadia z USA, Myrna Nazzour z Syrii, włoscy duchowni Antonello Cadeddu i Enrico Porcu, którzy obecnie pracują w Brazylii, i tak dalej. Takich aktywnych kaznodziejów było w Polsce w ciągu ostatnich dziesięciu lat przynajmniej kilkunastu. Są to w sumie setki dużych zgromadzeń, z udziałem setek tysięcy katolików. Podawane tam treści są często bardzo synkretyczne, mieszające katolicyzm z tradycjami azjatyckimi czy afrykańskimi. Powstaje pytanie, czy chcemy takiego synkretyzmu w Polsce. Wiem, że w tej sprawie są ogromne różnice zdań, także wśród księży biskupów. Ale obecność różnych zagranicznych kaznodziejów to nie wszystko. Zwróćmy uwagę na to, co się dzieje ze sposobem prowadzenia rekolekcji adwentowych, wielkopostnych czy oazowych. Jakiś czas temu media ogólnopolskie nagłoś­niły przypadek, gdy w jednej diecezji w Polsce północnej odbyły się rekolekcje zorganizowane przez Szkołę Nowej Ewangelizacji. Adresatem były gimnazja, licea, szkoły podstawowe, a więc chodzi o w przeważającej liczbie osoby nie­letnie. Były to rekolekcje wielkopostne, podczas których obecne były całe klasy, razem ze swoimi nauczycielami. I widzieliśmy, jak w ich trakcie urządza się coś, przez co dzieci tracą przytomność, padają na ziemię. Tak się dzieje nie w jed­nym miejscu, lecz w setkach parafii i ośrodków rekolekcyjnych. Co więcej, gdy ktoś zgłasza zastrzeżenia, to kurie biskupie wydają uspokajające komunikaty, że to wszystko jest zgodne z tradycją Kościoła i jego nauczaniem. To za­myka dyskusję. Również tutaj należy po prostu spytać: czy my tego właśnie chcemy? To pytanie staje dziś głównie przed biskupami, którzy mają obok siebie zwolenników i przeciwników tych praktyk. Także wiele wspólnot (na przy­kład oazowych) jest podzielonych w tej sprawie.
Zobaczmy jeszcze jeden przykład: popularność publikacji dotyczących egzorcyzmów. Z nich przechodzi do codzienności katolików mówienie o opętaniach, zniewoleniach, dręczeniach demonicznych, egzorcyzmach i tym po­dobnych. Coraz częściej jest to banalne, infantylne, kompromitujące religię. Uznany egzorcysta, który w książce wydanej w wydawnictwie katolickim opowiada, jak wypędzał złe duchy (w tym wypadku „demony wegetariani­zmu”) za pomocą kiełbasy i salcesonu. Ksiądz, który twierdzi, że tatuaże po­wodują bezpłodność. Duchowny, który rozmawia z diabłem i dostaje od niego SMS-y. Jeszcze inny ksiądz katolicki, który twierdzi, że UFO jest sprawą de­monów. Tymczasem w Polsce jest już wielu ludzi, którzy reagują na to pełną akceptacją: zjawiska te uważają za normalne, w pełni uzasadnione. Coś się jednak zmieniło w ciągu ostatnich kilkunastu lat.
Można więc powiedzieć, że w naszym kraju nastąpiło, mniej więcej od roku 2007, bardzo poważne przyspieszenie procesu pentekostalizacji życia religijne­go i zastępowanie tradycyjnych form pobożności katolickiej nową religijnością zborów zielonoświątkowych. Przenikanie idei pentekostalnych do religijności katolickiej dotyczy dzisiaj większości sfer naszego życia kościelnego: semi­ nariów duchownych, zakonów męskich i żeńskich, duszpasterstwa akademickiego, nauczania religii w szkole, ruchu oazowego oraz innych ruchów reli­gijnych i wspólnot modlitewnych, Szkół Nowej Ewangelizacji, duszpasterstwa parafialnego i tym podobnych.
Czy pentekostalizacja jest problemem? Ktoś powie, że są to objawy entuzjazmu religijnego, gorliwej pobożności…
Ks. A.K.: Powinniśmy się zastanowić, czy to, co do nas dociera i co ewen­tualnie przyjmujemy, ma zawsze podstawę w nauczaniu katolickim. Albo jeszcze: czy potrafimy odróżnić katolickie rozumienie tych spraw od pojmo­wania ich w sposób niekatolicki? W sposób niekatolicki – to znaczy w jakiś sposób właściwy ogromnej liczbie różnych grup religijnych, zwłaszcza protestanckich. Są w rozumieniu tych rzeczy głębokie różnice. Gdy o tych róż­nicach nie wiemy – zaczyna się zamęt.
Także w Polsce skończył się czas, w którym wydawało się, że nie ma potrzeby prowadzić sporów w sprawach religijnych, że panuje tu jakaś ogólna zgoda i że tej zgody nie potrzeba burzyć dyskusjami. Jest już zupełnie inaczej. Czas tamtej atmosfery zgody się skończył, jest już czas sporów i dyskusji. I powin­niśmy być do tych dyskusji przygotowani poprzez rozwijanie wiedzy o spra­wach religijnych.
Na czym polegają zasadnicze różnice między duchowością pentekostalną, zielonoświątkową a tradycyjną pobożnością katolicką?
Ks. A.K.: Podstawowym przekonaniem zielonoświątkowym jest to, że prawdziwa więź z Bogiem to bezpośrednie doświadczenie. Charyzmatycy głoszą, że doświadczają Boga bezpośrednio, a nie za pośrednictwem sakra­mentu czy posługi kapłana. Jest to w konflikcie z katolicką nauką, że do Boga i z Bogiem tu, na ziemi, idziemy wszyscy za pośrednictwem danych nam znaków i że w ten sposób się z Nim jednoczymy, pośrednio. Tymczasem zie­lonoświątkowcy chcą zawsze doświadczać i czuć – tak jakby zwykłą drogą chrześcijanina było doświadczenie mistyczne. Zielonoświątkowiec mówi:
„Wierzę, ponieważ doświadczam” Ważne jest doświadczanie, a rozum i na­wet sama wiara są dopiero na dalszym miejscu.
Zielonoświątkowcy mają bardzo silną potrzebę cudów i cudowności. W ich przekonaniu wszystkie nadzwyczajne zjawiska, jak na przykład cuda i uzdro­wienia opisane w Biblii, mogą występować z taką samą częstotliwością także dzisiaj, jeśli odpowiednio żywa będzie wiara członków kościołów czy grup modlitewnych. Jeśli tych cudowności nie ma, pojawia się podejrzenie, że czło­wiek nie jest prawdziwym chrześcijaninem, że nie ma silnej wiary i tak dalej. To też jest przeciwne katolicyzmowi, który nie uważa cudów i cudowności za konieczne atrybuty wiary czy nawet świętości. Cuda, które działy się w począt­kach Kościoła, były ważne dla umocnienia fundamentu wiary, ale nie są głów­nym znakiem spełniania woli Bożej. To już około II wieku chrześcijanie musieli sobie odpowiedzieć na pytanie, co ma być zwykłą drogą chrześcijaństwa – wte­dy gdy zamykała się już epoka Kościoła Apostołów i ich bezpośrednich uczniów. Obfitość różnych cudownych zjawisk pomagała w zauważeniu chrześcijaństwa przez pogan – ale już Święty Justyn Męczennik reprezentuje myśl, że chrze­ścijaństwo nawraca przez swoją prawdę,- która przemawia do rozumu. Tymczasem w ruchu pentekostalnym idzie się tu jeszcze dalej: rozum jest dla człowieka wierzącego mniej ważny niż emocje. Jeśli jednak pomniejsza się rolę rozumu, to prawdy religijne są nie tyle poznawane, ile przeżywane w sposób emocjonalny, czysto subiektywny. Tutaj też mamy różnicę z katolicyzmem, który w swej tradycyjnej formie wymaga pracy rozumu, połączenia wiary i ro­zumu, ostrzega zaś przed kierowaniem się emocjami.
Od tych podstaw teoretycznych przejdźmy do praktyki. Skoro wiara to do­świadczenie i przeżywanie, emocje – to i modlitwa musi być zupełnie inna. Od lat 90. XX wieku w ruchu charyzmatycznym rośnie tendencja do wpro­wadzania na szeroką skalę nowych technologii akustycznych i efektów mul­timedialnych. W pentekostalnym doświadczeniu religijnym to właśnie muzyka, dźwięk i światło zaczynają odgrywać zdecydowanie dominującą rolę. Wymownym potwierdzeniem tego typu pobożności i przeżywania religij­ności są bardzo popularne w wielu krajach nabożeństwa nazywane Wieczo­rami Chwały.
Tutaj już chyba zbliżamy się do tego, co najmocniej kojarzy się z pentekostalizmem – czyli do różnych niezwykłych stanów i zachowań w czasie nabożeństw?
Ks. A.K.: Tak, rozmaite nadzwyczajne zjawiska, typowe dla duchowości pentekostalnej, to różnego rodzaju objawy psychosomatyczne: drgawki ciała, spazmatyczny śmiech lub zjawiska tak zwanych upadków w duchu. Te spek­takularne zjawiska odgrywają we wspólnotach pentekostalnych ogromnie ważną rolę. Ale właśnie wprowadzanie ludzi w odmienne stany świadomo­ści budzi też największe sprzeciwy. Uczestnicy spotkań tracą świadomość, upadają na ziemię – jest to nazywane „spoczynkiem w Duchu” i podobnie. Równie dobrze może to być trans, hipnoza, autosugestia i tym podobne. Gdy spotykamy się z takimi niezwykłymi zjawiskami, mamy do wyboru trzy możliwości: że jest to zjawisko naturalne (na przykład chodzi o jakieś zakłó­cenie wytłumaczalne medycznie), że pochodzi z mocy Boga albo że jest wy­wołane przez złe duchy. Wszystkie te trzy możliwości wchodzą w grę. Pytamy: dlaczego? po co? Również ta trzecia ewentualność musi być brana pod uwagę. Przecież i szatan może zwodzić ludzi takimi sztuczkami.
Jeśli chodzi o wymiar naturalny, istnieje siła autosugestii czy transu, wywo­łanego dynamiką grupy. Osobiście uważam, że najczęściej chodzi o hipnozę magnetyczną, czyli tzw. mesmeryzm. Ta praktyka była i jest obecna w trady­cjach religii naturalnych – i czasami są stamtąd przenoszone nawet na spot­kania charyzmatyczne w kościołach katolickich.
Czy poza zjawiskami wytłumaczalnymi są tu takie, których nie sposób tak objaśnić przy obecnym stanie wiedzy?
Ks. A.K.: Jest to skromny margines tych przypadków – ale chociaż jest tego niewiele, są to zjawiska naprawdę niepojęte – i jednak mocno niepoko­jące. Zaliczam tu zwłaszcza Toronto Blessing. Chodzi tutaj o wywoływanie u uczestników dziwnych form histerycznego śmiechu lub wprowadzanie ich w różne rodzaje transu czy histerii.
Ruch Toronto Blessing narodził się w 1994 roku w kanadyjskim zborze Toronto Airport Christian Fellowship. Mimo tego, że w wielu środowiskach chary­zmatycznych uznano Toronto Blessing za przejaw oszustwa ze strony złych mocy i działalność demoniczną, także dzisiaj w wielu krajach na świecie li­derzy pentekostalni wywołują u swoich słuchaczy między innymi ataki hi­sterycznego, niepohamowanego śmiechu lub płaczu, stany „upojenia w duchu” polegające na utracie wszelkiej kontroli nad ciałem i mową, aż po wydawanie przez uczestników tego typu nabożeństw zwierzęcych odgłosów (na przykład świni, psa, lwa, koguta), które rzekomo są darem Boga i mają prorocze zna­czenie. Jest też zjawisko tak zwanego rodzenia w duchu. Chodzi tu o sytuację, w której ludzie, bez względu na płeć, przyjmują pozy rodzących i wydają odgłosy, jakby rzeczywiście przeżywali bóle porodowe. Zjawiska należące do Toronto Blessing, tak zwane rodzenie w duchu czy wprowadzanie ludzi w histeryczny śmiech, są dzisiaj praktykowane w Polsce i na świecie przez niektórych liderów pentekostalnych i księży katolickich.
Co stoi u podstawy Toronto Blessing? Dla mnie jest to zagadka. O ile nie znaj­dziemy wytłumaczeń naturalnych, jestem skłonny widzieć w tym działanie ciemnych mocy. W Nowym Testamencie są przecież także ostrzeżenia przed zwodzeniem szatańskim. Osobiście oddalam od siebie hipotezę, że są to fe­nomeny działania szatańskiego. Ale wtedy zostaję bez odpowiedzi. I to mnie wręcz przeraża – bo nie chciałbym przyjąć tej ewentualności, że przez te fe­nomeny nowej religijności diabeł działa bez przeszkód wewnątrz wspólnot kościelnych.
Pamiętajmy o tym, że w takim stanie – podobnie jak w hipnozie – jesteśmy bezbronni, nie chroni nas rozum, do naszej świadomości i podświadomości można wprowadzić wiele różnych treści, z pominięciem naszej woli. Jeśli przyj­mujemy, że rozum, wolność i świadomość są wielkimi darami Boga, które wy­różniają nas spośród wszystkich innych stworzeń na ziemi, to czemu miałyby służyć sytuacje, w których Bóg nam te dary chwilowo odbiera?
Niestety, nawet coś tak kontrowersyjnego, jak Toronto Blessing, wchodzi dziś do Polski. Chodzi o łączenie go – podczas katolickich nabożeństw – między innymi z adoracją Najświętszego Sakramentu. Sądzę, że wprowadzanie ludzi w histeryczny śmiech w trakcie modlitwy przed Najświętszym Sakramentem jest profanacją największego skarbu naszej wiary. Niestety, moja negatywna opinia w tej sprawie jest odosobniona. Wyrażam mój stanowczy sprzeciw od kilkunastu lat. Niestety, w Polsce panuje duża akceptacja dla takich nowych praktyk modlitewnych. Właściwie nie spotykam duchownych katolickich, którym takie nowe formy przeszkadzają.
Jeśli pozostaniemy jeszcze przy pentekostalnej skłonności do zjawisk nad­zwyczajnych, należy wspomnieć, że do tego ruchu przyciąga wielu ludzi obietnica uzdrowień.
Ks. A.K.: Owszem, na pewno. I poważnym problemem etycznym są tu różnego rodzaju nadużycia związane z bardzo mocnym zaakcentowaniem pro­blematyki uzdrowienia fizycznego i duchowego. Oczywiście spotkania chary­zmatyczne mogą pomóc niektórym ludziom chorym i cierpiącym, ale niestety liderzy charyzmatyczni stawiają zbyt łatwo i za szybko diagnozy dotyczące stanu zdrowia innych ludzi. Czasami może to być tak sugestywne, że osoby autentycznie chore rezygnują z koniecznego leczenia medycznego. Są sytu­acje, w których ktoś przestaje przyjmować niezbędne lekarstwa, ponieważ chwilowo poczuł się lepiej podczas mszy świętej z modlitwą o uzdrowienie lub podczas innego spotkania charyzmatycznego.
Jednak wydaje się, że to właśnie nabożeństwa uzdrowieniowe przyciąga­ją do zielonoświątkowców największe tłumy, bez względu na zdarzające się szkody. Czy duchowość pentekostalna w jakiś sposób wchodzi tu w miej­sce pobożności ludowej, która też była mocno związana z modlitwami o cuda, o uzdrowienia?
Ks. A.K.: Stosunek do pobożności ludowej bardzo się zmienił w samym pentekostalizmie. W pierwszej fazie wspólnoty zielonoświątkowe podcho­dziły do pobożności ludowej bardzo krytycznie, uznawano ją za coś szkodli­wego. Natomiast obecnie to się zmieniło i we wspólnotach zielonoświątko­wych można spotkać wiele elementów zaczerpniętych z religii afrykańskich, na przykład rozumienie obecności złych duchów i ich wpływu na życie ludzi oraz różnego rodzaju metody uwalniania człowieka od wszelkich form zła. W konsekwencji to właśnie pod wpływem religijności pentekostalnej popu­larne stały się tak zwane nowe sakramentalia (woda egzorcyzmowana, sól egzorcyzmowana i olej egzorcyzmowany). Mają one pomagać w przepędza­ niu mocy złych duchów i chronić ludzi przed wpływem sił demonicznych.
Są dzisiaj stosowane bardzo często w Polsce przez setki tysięcy katolików.
To bardzo smutne, że pewne praktyki wzięte z szamanizmu i antropologii religii afrykańskich przenoszą się do Polski za pośrednictwem synkretycznej religijności pentekostalnej. Na przykład tak zwane spowiedzi furtkowe. Zosta­ły one zakazane przez Episkopat Polski w roku 2015. W tle tej praktyki jest antropologia tradycji afrykańskiej. Jest tam założenie, że powodzenie i niepowodzenie życiowe człowieka są konsekwencją walki duchów. Złe duchy wchodzą do życia człowieka przez „furtki”, czyli złe zachowania moje lub moich przodków. Uważa się też, że winy naszych praojców spadają na nas i trze­ba się z nich wyzwolić przez specjalne obrzędy. Podczas przygotowania do spowiedzi furtkowej wierni skupiają się na tym, by znaleźć w swoim życiu wszystkie sytuacje, poprzez które złe duchy zamieszkują w ich życiu. Szuka się także takich furtek w życiorysach swoich przodków – pojawia się przeko­nanie, że złe duchy mogą się dostać do naszego życia z powodu słuchania muzyki rockowej, posiadania tatuaży czy lektury Harry ego Pottera.
Zjawiska te są już obecne w Polsce. Czy polski pentekostalizm ma jakąś specyfikę – czy po prostu powtarza się w nim to, co w innych krajach?
Ks. A.K.: Armia nowych mówców, kaznodziejów, liderów o nastawieniu pentekostalnym zdominowała atmosferę Kościoła w Polsce. Specyficzną cechą ruchu charyzmatycznego nad Wisłą jest wzajemne przenikanie się, często większe niż w innych krajach, zborów stricte zielonoświątkowych i katolic­kich wspólnot charyzmatycznych. Właściwie nie powinno się mówić w Polsce o zielonoświątkowcach i charyzmatykach jako o dwóch oddzielnych ruchach, gdyż wielu pastorów zielonoświątkowych oraz członków ich zborów ma za sobą formację w katolickich grupach Odnowy w Duchu Świętym. W Polsce Odnowa w Duchu Świętym jest jednym z wielu ruchów zatwierdzonych przez odpowiednie władze kościelne. Chodzi jednak o to, żeby katolickie wspól­noty charyzmatyczne zachowały swoją tożsamość.
W Polsce pentekostalizm ma też specyfikę ruchu chętnie nawiązującego do naszego mesjanizmu narodowego. Nawiązuje do przekonania, że chrześci­jaństwo w Polsce ma do odegrania jakąś potężną dziejową misję w stosunku do całego świata. To od Polski ma się zacząć reewangelizacja Europy. Ale żeby podjąć tę misję, Polska musi „powrócić do gorącej wiary naszych ojców”. Ten powrót ma się jednak dokonać nie tyle przez zaczerpnięcie z własnej tra­dycji wiary, lecz przez przyjęcie „proroczego” przepowiadania kaznodziejów charyzmatycznych przybywających ze świata, z Ugandy, z Indii, z Brazylii. Dzięki temu dojdzie do przebudzenia charyzmatycznego.
Ten ideowy zapał ma zastąpić namysł i formację intelektualną – gdyż polska religijność katolicko-zielonoświątkowa pozostaje mocno antyintelektualna. Motywacja mesjanistyczna przyciąga wielu patriotów. Ale poza tym mamy także w Polsce typową dla światowego pentekostalizmu teologię materialne­go sukcesu i dobrobytu. Powodzenie materialne jest bowiem ważnym zna­kiem błogosławieństwa Bożego, a niepowodzenie w tej dziedzinie ma być sygnałem, że twoja wiara jest za słaba, za mało angażujesz się we wspólnotę, jeszcze nie w pełni zaufałeś proroctwu.
Chyba jednak w Polsce to zorientowanie na doczesność i sukces mate­rialny nie jest tak mocne jak na przykład w sektach zielonoświątkowych w Ameryce Południowej?
Ks. A.K.: Na pewno w Ameryce Południowej ten rys organizacyjno-finan­sowy jest o wiele mocniejszy. Wspólnoty pentekostalne są tam zorganizowane jak duże przedsiębiorstwa czy koncerny międzynarodowe. W Brazylii potęga finansowa, medialna i rynkowa takiego na przykład Uniwersalnego Kościo ła Królestwa Bożego jest obecnie porównywana z największymi koncernami działającymi w tym kraju. Ma on około 2 milionów wyznawców w samej Brazylii oraz około 10 milionów wiernych na całym świecie. Jest obecny pra­wie w 100 krajach, szczególnie w krajach języka portugalskiego. Dysponuje olbrzymimi środkami finansowymi, pochodzącymi z dziesięciny, dzięki czemu stał się potęgą medialną. Dysponuje między innymi ogólnokrajowym dzien­nikiem „Folha Universal” o nakładzie 2,5 miliona egzemplarzy, zarządza siecią rozgłośni radiowych, a przede wszystkim wielką stacją telewizyjną Rede Re­cord, drugą co do wielkości w Brazylii. Członkowie tego rodzaju kościołów, na wzór wielkich korporacji, są zobowiązani do szczególnego posłuszeństwa w stosunku do swoich liderów, którzy często podejmują decyzje dotyczące życia osobistego członków swoich wspólnot. Ma to również przełożenie na życie polityczne niektórych krajów.
To pytanie musi paść, ponieważ wisi nad nami od samego początku rozmowy: czy po stronie katolickiej, po stronie Kościoła jest reakcja na to, co w pentekostalizacji jest groźne dla naszej wiary?
Ks. A.K.: W Polsce treści zielonoświątkowe bardzo łatwo przenikają do wnętrza Kościoła katolickiego, ponieważ dość często katolicy po prostu nie wiedzą, czym teologia katolicka różni się od zielonoświątkowej. Dzisiaj nie­stety wielu księży, kleryków, wielu wiernych twierdzi, że nie ma różnicy, waż­nej różnicy między teologią katolicką i teologiami pentekostalnymi. To prowa­dzi do zaniku pojmowania katolicyzmu jako odrębnej i specyficznej formy chrześcijaństwa. To, co mnie dziwi i przeraża, to milczenie teologów polskich wobec takich nadużyć. Teolodzy powinni wypracowywać rzetelne zasady, tłu­maczyć wiernym, co jest prawdą, a co jest fałszem, co jest dozwolone, co jest zakazane, co jest katolickie, a co katolickie nie jest.
Tymczasem pentekostalizacja to jakby hybrydowa wojna religijna: zamiast krwawej wojny religijnej – jak w czasach po reformacji – mamy dziś jakiś rozpad chrześcijaństwa na mnóstwo „denominacji”. Chrześcijaństwo podlega więc fragmentacji – istnieje obecnie na świecie kilkadziesiąt tysięcy odmien­nych związków, denominacji. Oczywiście nie ma możliwości, żeby ten podział – istnienie mnóstwa sekt o sprzecznych doktrynach – nie mógł być przypisywany Duchowi Świętemu. Jest to natomiast pole wielu oszustw i zwo­dzeń. W tym kontekście zadaję sobie pytanie o „owoce Ducha” – te, o których pisze Święty Paweł w liście do Galatów. Powinny być mocno obecne i widoczne w życiu zwłaszcza tych wspólnot, które szczycą się dynamicznym działaniem Ducha Świętego w nich. To nie jest jednak pewne. Widzę często, że w kon­sekwencji wprowadzenia nowych form modlitwy pojawia się – zamiast owo­ców miłości i pokoju – coś w rodzaju przeciwieństwa tych darów: rozłam, rozbicie emocjonalne.
Po stronie pentekostalnej mówi się o chrześcijaństwie ponaddenominacyjnym czy „zdekonfesjonalizowanym” – czyli podobno skoncentrowanym na „tym, co istotne”, a pozbywającym się rzeczy drugorzędnych. Wydaje mi się, że jest to źródłowo obecne już w zmianie, którą wprowadził Marcin Luter i re­formacja. Dzisiaj jest to wyraźnie widoczne w pentekostalizacji. Chodzi o od­rzucenie pośrednictwa, wymaganie, by to jednostka stawała bezpośrednio przed Bogiem, w swej subiektywności. W każdym razie na etapie penteko­stalizacji chodzi już o likwidację struktury właściwej katolicyzmowi.
I w takiej sytuacji kryzysowej jakoś brak reakcji.
Ks. A.K.: Brak nawet stawiania pytań. Jak zachować rozumienie działa­nia Ducha Świętego wierne nauczaniu Kościoła? Jak nie dać się rozwodnić i rozmyć w galaktyce tysięcy wspólnot zielonoświątkowych? Jak wychować w tym pokolenia nasze dzieci, naszych wnuków? Nie ma tu prostych odpo­wiedzi, ale pytania trzeba stawiać głośno i jest na to ostatni moment. Dalej: czy słyszymy o takich sprawach, jak na przykład masowy przepływ katolików w Ameryce Południowej do różnych sekt i wspólnot zielonoświątkowych? Czy tym się martwimy? Czy rozmawiamy o tym, jakie są tego powody?
W jednej diecezji upadki w trakcie nabożeństw (spoczynek w duchu, hipnoza magnetyczna, trans, autosugestia) są zakazane, w innej dozwolone, a nawet promowane przez biskupów. Mamy diecezje, które organizują rekolekcje z księ­dzem Johnem Bashoborą z Ugandy, ale są też inne diecezje, w których obo­wiązuje zakaz takich spotkań. Bywa tak, że to, za co w jednej diecezji księża mogą być nagradzani przez swoich przełożonych, w innej będzie przed­miotem różnego rodzaju krytyki i kar kościelnych. Niestety, ogromny ba­łagan doktrynalny dotyczy rozumienia podstawowych prawd wiary i mo­ralności.
Które kwestie są, zdaniem Księdza, najważniejsze, by zatrzymać to samo­zniszczenie?
Ks. A.K.: W moich artykułach, wywiadach czy wykładach wskazuję naj­częściej sześć problemów, które wymagają szybkiej i zdecydowanej reakcji. Po pierwsze – konieczna jest przede wszystkim świadomość tych spraw, czyli potrzeba analizy filozoficznej i teologicznej. W tym obszarze jesteśmy mocno spóźnieni. Trzeba, żeby dobre rozeznanie tych problemów najpierw powstało na poziomie uniwersyteckim i zaraz zeszło na poziom popularyzacji. Na razie pojawiły się pewne dobre ruchy w obrębie Episkopatu Polski. Efektem był na przykład zakaz tak zwanej spowiedzi furtkowej w 2015 roku. Te zakazy nie miały jednak konsekwencji w postaci jakiejś dokładniejszej analizy teolo­gicznej.
Po drugie – niezbędne jest ostrzeżenie przed niebezpieczną ingerencją w psy­chikę dzieci, które uczestniczą w rekolekcjach typu pentekostalnego. W przy­padku osób poniżej 18 lat trzeba być wyjątkowo ostrożnym.
Po trzecie – delikatna sprawa: potrzebna jest większa kontrola nad tym, co spowiednicy mówią penitentom podczas spowiedzi. Na przykład wtedy, gdy spowiednik narzuca penitentowi pogląd, że źródłem jego grzechów jest opętanie, błędy przodków czy dręczenie złego ducha.
Po czwarte – trzeba pytać, kim są ci znani zagraniczni kaznodzieje, których się zaprasza do naszych diecezji. Przecież mają oni jakże wielki wpływ na rzesze ludzi. Może w niektórych przypadkach są to postaci, które w przeszłości były przyczyną wielu różnych problemów w swoich diecezjach czy zakonach?
Po piąte – konieczny jest sprzeciw wobec tak zwanego egzorcyzmu terapeu­tycznego. Czyli takiego egzorcyzmu, który się praktykuje „na wszelki wypa­dek”, nie wiedząc, czy egzorcyzm jest w ogóle potrzebny. Takie praktykowanie egzorcyzmu może być formą szkodliwego wmawiania opętania tym oso­bom, które są po prostu chore i potrzebują właściwej pomocy medycznej, psychiatrycznej czy terapeutycznej.
Po szóste – trzeba powstrzymać wlewanie się tych nowinek, bez żadnej kon­troli, do klasztorów męskich i żeńskich, seminariów duchownych diecezjalnych i zakonnych, ruchów katolickich, duszpasterstwa akademickiego, duszpaster­stwa młodzieży, grup modlitewnych i tym podobnych.
Wygląda na to, że jesteśmy na polu trudnego zmagania, a tymczasem autorytety katolickie udają, że problemu nie ma.
Ks. A.K.: Na pewno jesteśmy świadkami głębokiej rewolucji w naszym Kościele. Mieszanie się katolicyzmu z religijnością zielonoświątkową jest czymś bardzo zaawansowanym w niektórych regionach świata. Nie wiadomo, w któych krajach katolicyzm przetrwa jako odrębna forma religijna. W związku z tym latem 2018 roku. w wywiadzie dla Katolickiej Agencji Informacyjnej przypomniałem dramatyczne słowa, które Papież Paweł VI wypowiedział na kilka miesięcy przed śmiercią, w rozmowie z francuskim myślicielem kato­lickim Jeanem Guittonem: „Wewnątrz katolicyzmu zdaje się czasami dominować rodzaj myślenia niekatolickiego i może się stać, że to myślenie nieka­tolickie w obrębie katolicyzmu stanie się w przyszłości najsilniejsze. Ale ono nie będzie nigdy wyrażać myślenia Kościoła. Potrzeba, aby trwała mała trzódka, niezależnie od tego, jak mała ona będzie”
 
Mamy więc trudną wojnę hybrydową w dziedzinie ducha. Z roz­poznań Księdza Kobylińskiego wynika, że pierwszym zwycięstwem byłoby dokonanie poprawnych odróżnień – między tym, co katolic­kie, i tym, co niekatolickie. Wraz z upowszechnieniem tych odróż­nień niezbędne będzie także powstrzymanie praktycznego miesza­nia się jednego z drugim, a więc i roztropny nadzór nad obszarami, w których obecnie mamy dużo pentekostalnej samowolki. Tylko czy władza kościelna jest zdeterminowana, by podjąć te działania?
Czy istnieje przy tym ryzyko wylania dziecka z kąpielą? Owszem, trzeba uważać, by nie gasić gorliwości (czasami rozbudzonej wła­śnie przez pentekostalnych charyzmatyków), lecz nakierować ją na właściwe tory. Jednym z motywów popularności obecnego pentekostalizmu jest poważne traktowanie takich problemów, jak działanie diabła czy nadzwyczajne przejawy łaski, cuda – traktowanie poważ­ne, lecz przesadne, czasami skrajne. Lekarstwem na to nie może być zwykłe przyłożenie do tych nadzwyczajności miernika psychologii. Nie pomoże też krytyka żywiołowej pobożności za pomocą takich argumentów, jakimi współcześnie krytykuje się każdą pobożność ludową.
Sednem problemu jest szukanie wiary żywej. Czy jednak wiara żywa to po prostu atmosfera, emocje, krzyk, nabożeństwa przypominające spektakle i dramy? Czy tego potrzeba, żeby naprawdę stać się człowiekiem Ducha? Ludzi szukających żywej wiary prowadzi w tę stronę pentekostalizm. Ale tradycja katolicka ma lepsze rozwią­zanie: zamiast emocjonalnego rozbujania – liczne drogi pogłębienia. Wydaje się, że pentekostalizm wchodzi dziś często w miejsce, w któ­rym Kościół może dzielić się ze swoimi wiernymi czymś znacznie więcej – prawdziwą mistyką, wraz z jej skarbami „drogi duszy do Boga”. Czy dzieli się tym wystarczająco?
Trzeba więc pamiętać, że wiele zjawisk, które w pentekostalizmie przyjmują rozmiary karykaturalne, jest normalnymi składnikami pobożności – tyle że we właściwej mierze.
Gdzie jest ta miara? Oczywiście w Piśmie Świętym i Tradycji jako formie przekazu objawienia Bożego. Kościół uczy korzystać z tego kryterium źródeł – i w tym celu zaleca rozwijanie inteligencji wiary, czyli posługiwania się rozumem w służbie wiary. Niewątpliwie tam, gdzie metodycznie neguje się znaczenie rozumu dla wiary, chrześci­janie pozostają potem bezbronni wobec inwazji nowych duchowo­ści: są skazani na kierowanie się jedynie subiektywnymi odczuciami i gustami. I często idą raczej tam, gdzie się gra na emocjach, niż tam, gdzie podaje się prawdy wiary do zrozumienia.
Zjawiska, o których opowiada wyżej Ksiądz Kobyliński, są sy­gnałem ostrego kryzysu duchowości. Jeszcze niedawno wydawało się, że głównym niepokojącym zjawiskiem jest New Age i zainteresowanie duchowościami azjatyckimi. Dzisiaj jednak prawdziwym wyzwaniem jest dla katolicyzmu religijność zielonoświątkowa, która powstała w środowisku chrześcijaństwa protestanckiego. Jej szerokie wejście do naszych kościołów było możliwe dzięki nadużywaniu ekumenizmu. Lekceważono zdrową naukę wiary i jej dogmaty twierdząc, że przeszkadzają spontaniczności wiary i jedności chrze­ścijan. Tymczasem po zlekceważeniu tych fundamentów rozeznania trudno znaleźć obiektywne kryteria. Nie ma zdrowej duchowości bez fundamentu zdrowej doktryny.
Jeśli więc kwestia pentekostalizmu ma być rozwiązana naprawdę, dla dobra dusz – niezbędne jest porzucenie nadużyć ekumenizmu.
Obrona odrębności tego, co katolickie, nie może się natomiast od­bywać jedynie pod hasłem obrony „tego, co nasze”, czyli jakiejś na­szej „specyfiki”. Obrona tego, co katolickie, jest obroną pełnej praw­dy i duchowości, wielkiej tradycji duchowej – dla każdego z nas. Także dla tych, którym chwilowo wystarczą strzępy prawdy i du­chowości.
Alarm dla Kościoła, Nowa reformacja? Paweł Milcarek,  Tomasz Rowiński, 77-97

Print Friendly, PDF & Email
Przeczytaj jeszcze:   Armia Dzieci - Szkoła nowych liderów Kościoła - Vadia , Zieliński , Stayne , Wilk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CAPTCHA ImageChange Image