Jak Leszek Jańczuk obala 27 zarzutów ateisty R. Dawkinsa? – Bóg urojony czy Dawkins zagubiony?

Recenzja książki R. Dawkins, Bóg urojony, przeł. P.J. Szwajcer, Wydawnictwo
CIS, Warszawa 2007.

Spis zarzutów

1. Głęboko religijny niewierzący (ss. 33-56)
2. Hipoteza Boga (ss. 57-115)
3. Politeizm
4. Monoteizm
5. Nędza agnostycyzmu
6. Eksperymenty modlitewne
7. Dowody na istnienie Boga (ss. 117-160)
8. Dowody Tomasza z Akwinu
9. Dowód ontologiczny i inne dowody a priori.
10. Dowód z piękna
11. Dowód z osobistego doświadczenia (ss. 130-137)
12. Dowód z Pisma
13. Dowód z uczonego (144-152)
14.Zakład Pascala (ss. 152-154)
15. Dowód z twierdzenia Bayesa (154-160)
16. Znaczenie dowodów
17. Dlaczego Dawkins się myli (ss. 161-224)
18. Nieredukowalna złożoność (170-179)
19. Kult luk (179-192)
20. Korzenie religii (ss. 225-286)
21. Korzenie moralności (ss. 287-319)
22. Dlaczego być dobrym, jeśli nie ma Boga (ss. 309-319)
24. „Dobra Księga” i zmieniający się duch czasów (ss. 321-376)
25. Co jest złego w religii? (ss. 377-414)
26. Dzieciństwo, molestowanie i ucieczka od religii (ss. 415-459)
27. Niezbędna luka? (461-502)

Wstęp

 

Zanim przystąpiłem do czytania Dawkinsa, spotkałem się z opinią, że przytacza bardzo
mocne argumenty przeciwko wierze. Wkrótce potem przeczytałem takie oto oceny jego
książki:
„Magazyn „Discover” nazwał niedawno Richarda Dawkinsa „rottweilerem Darwina”, w
uznaniu jego bezpardonowej, a przy tym przekonującej obrony teorii ewolucji. Dla

„Prospect” Dawkins jest jednym z trzech najwybitniejszych współczesnych intelektuali-
stów znanych szerokiej publiczności (pozostali dwaj to Umberto Eco i Noam Chom-
sky)”.

Gdzieś przeczytałem:
„Dawkins nie zastanawia się nad tym, która religia jest dobra, która zła, religia już z
samego założenia jest zła, „jest korzeniem wszelkiego zła”.
S. Obirek napisał:

„Dla mnie linia podziału nie przebiega pomiędzy wierzącymi a niewierzącymi, ale po-
między spójnością bądź jej brakiem w wywodzie każdej ze stron. W chwili obecnej to
właśnie ateiści są w stanie skonstruować spójny model światopoglądowy, w którym ani
„Bóg”, ani „mit” nie są potrzebne”.

Gdzieś przeczytałem (cytuję z pamięci):
„Dawkins pokazuje nam, że ateizm jest taką samą wiarą jak każda religia, ale
tylko ateizm jest spójnym systemem”.

A co sam Dawkins o swojej książce napisał? (s. 11).

Może wydaje ci się, że agnostycyzm to wybór najbardziej godny człowieka rozum-
nego, bo ateizm jest podstawą równie dogmatyczną jak wiara. Jeśli tak, mam na-
dzieję, że zmienisz zdanie po przeczytaniu Rozdziału 2., gdzie wykazuję, że „hipoteza Boga” jest niczym innym, jak pewną naukową hipotezą dotyczącą Wszechświata, a zatem należy do niej podchodzić równie sceptycznie, jak do każdej innej
naukowej hipotezy. Być może wmawiano Ci, że filozofowie i teolodzy dawno już
przedstawili istotne powody („dowody”), by wierzyć w Boga. W takim przypadku
przeczytasz z zapartym tchem Rozdział 3. Dowody na rzecz istnienia Boga i prze-
konasz się, że są to argumenty bardzo wątpliwej jakości. A może uznajesz istnienie
Boga za oczywiste, gdyż jakże inaczej mógłby powstać świat? Skąd wzięłoby się życie w całym swym bogactwie i różnorodności, z mnogością gatunków, z których każdy sprawia wrażenie, jakby został celowo „zaprojektowany”? Jeżeli tak uważasz, niechże oświeci Cię Rozdział 4. Dlaczego niemal na pewno nie ma Boga?

Po przeczytaniu takich i innych opinii myślałem, że Dawkins rzeczywiście podaje jakieś
mocne argumenty, zmuszające do zastanowienia i przemyślenia spraw wiary. Z takim nasta-
wieniem przystąpiłem do lektury. Najpierw przeczytałem rozdział 3, niestety zostałem roz-
czarowany. Wymienia tylko te dowody, które łatwo zbić i nawet się nie sili, by dociec, co
twórca tego dowodu miał na myśli. To był poziom La Mettrie’go. Pomyślałem sobie jednak, a może inne rozdziały pisane są na wyższym poziomie, bo przecież Dawkins nie musi być eks-
pertem od wszystkiego. Jednak z każdym kolejnym rozdziałem powiększało się moje rozcza-
rowanie. To poziom Celsusa, który powierzchownie zapoznał się z chrześcijaństwem, który niejednokrotnie przypisuje poglądy całkowicie mu obce. Dawkins, podobnie jak niegdyś Celsus, chce zmusić wierzących do myślenia takimi kategoriami, które ułatwiałyby mu ich atakowanie i ośmieszanie.

Dawkinsa nie interesuje punkt widzenia człowieka wierzącego, nie interesują go też
jego argumenty, zaznaczył to już we wstępie:
(…) niemal cała literatura teologiczna po prostu przyjmuje założenie, że On jest.

Dla moich celów wystarczyło więc, że zająłem się tylko tymi teologami, którzy po-
ważnie analizowali możliwość Jego nieistnienia i do niej za pomocą dowodów się odnosili (s. 23).
Inaczej mówiąc Dawkins deklaruje: „Nie interesuje mnie, co myślą bądź mówią moi
przeciwnicy, mnie interesuje tylko to, co ja sobie o nich myślę”.

Celem jego książki jest, by każdy religijny czytelnik, po przeczytaniu jej od deski
do deski, stał się ateistą (s. 17). Jednak już w następnym zdaniu dodaje, że to chyba
przesadny z jego strony optymizm, bo do zatwardziałych teistów nie przemówią przecież
żadne argumenty.
Innym jego celem, o którym marzy od lat, jest zbudowanie ateistycznego lobby w USA.

Martwi się tym, że siła przebicia ateistów i agnostyków, „nietworzących żadnej zwartej gru-
py, jest praktycznie zerowa”. Chce zorganizować ateistów, chce by byli prężną i wpływową grupą. Chce, by ateiści nie wstydzili się lecz byli dumni ze swego ateizmu, by z dumą podkreślali: „Tak, jestem ateistą!” i dawali innym przykład (s. 15).
Postawił też mocną deklarację:
Gdyby wszystkie dowody świata przemawiały za kreacjonizmem, przyznałbym to
jako pierwszy i natychmiast zmieniłbym poglądy. Tak jak dziś rzeczy się mają, wszystkie świadectwa (a jest ich nieprzebrana ilość) przemawiają jednak za ewolucją (s. 28).

Gdyby tak było nie byłoby już ani wiary, ani religii. Mielibyśmy tylko wiedzę i wszy-
scy, wszyscy bez żadnych wyjątków, czy tego chcemy czy nie chcemy, musielibyśmy wie-
rzyć w Boga. Sądzę, że tak jak jest teraz jest o wiele ciekawiej.

* * *

Przy okazji, kilka słów o przekładzie. Tłumacz – Piotr J. Szwajcer – nie stanął na wyso-
kości zadania. God of gaps tłumaczy: „Bóg zapchajdziura”, evangelical christians tłumaczy
przez: „ewangeliczni chrześcijanie” (powinno być ewangelikalni chrześcijanie), Atheists for
Jesus tłumaczy przez: „ateiści za Jezusem”, zamiast „Allach” pisze „Allah”, zamiast „dowody na istnienie Boga” – „dowody istnienia Boga”, zamiast Carl Sagan – Cal Sagan. Nie wie kie-
dy należy używać wielkich, a kiedy małych liter. Jest autorem licznych przypisów, które wy-
korzystuje jako okazję, by powiedzieć coś od siebie. Czasem nie wie, co tłumaczy. Tłumaczytylko po to, żeby wydrwić? Jeżeli tak, to niech sobie zmieni zawód. Wielokrotnie zastanawia-
łem się czy tłumacz w czymś nie zawinił, bo czy to możliwe, że Dawkins mógł tak napisać.

Najwyraźniej ateiści nie potrafili w swoich szeregach znaleźć sobie lepszego tłumacza.
Wyrazy współczucia.

1. Głęboko religijny niewierzący (ss. 33-56)

Dawkins rozpoczyna od wyjaśnień, że zachwyt nad przyrodą i mistyczny stosunek do
Wszechświata wcale nie musi prowadzić, jak to nieraz bywa, do wiary. Zachwyt nad – cytat z
Darwina – „śpiewającym ptactwem w gąszczach, z krążącymi w powietrzu owadami i drążą-
cymi mokrą glebę robakami” prowadzić jego zdaniem winien ku darwinowskiej wizji. Na samym już początku widzimy z czym ma problem Dawkins. Nie wie i nie rozumie, co czło-
wieka religijnego zachwyca w przyrodzie i na co tak naprawdę patrzy podziwiający przyrodę homo religiosus. Każdy, kto czytał Rudolfa Otto albo Mirce Eliade’go dobrze wie, co mam na myśli. Przyroda jest dla nas jak koniec palca, wskazujący na tego, kto poza nią stoi. Dawkins widzi wyłącznie koniec palca i jest przekonany, że poza nim nic więcej już nie ma.
Zacytowany tekst Darwina (s. 34), jest siermiężny, wykuty z kiepsko ociosanej bryły,
nie wygładzony, nie należy ani do wzniosłych, ani do pięknych. W literaturze można znaleźć
tysiące piękniejszych i bardziej wzniosłych opisów. Sposób w jaki Darwin opisuje przyrodę,
razi mechanicyzmem. Przyroda funkcjonuje jak bezduszna maszyna. Jeżeli Dawkins tego nie
zauważa, to znaczy, że zatracił już poczucie piękna i estetyki. Upodobnił się do maszyny.
Inaczej mówiąc w wizję Darwina najłatwiej jest uwierzyć wtedy, gdy nie dostrzega się piękna
przyrody. Jednak to nie o piękno przyrody – jak sądzi Dawkins – tak naprawdę chodzi. O co
więc tak naprawdę chodzi?

„(…) pewne symbole jak ogrom pustyni, głębia nocy, wywołują oddźwięki specyficznie religij-
ne (odczucie numinosum), które nie mogą być sprowadzone do żadnych innych kategorii świa-
domości”.

Jean Danielou

Już na samym wstępie widzimy jak wielkie kłopoty ma Dawkins ze zrozumieniem reli-
gii. A swoją drogą, gdyby uważniej czytał Darwina, zauważyłby jaką zbożną czcią jego men-
tor darzy dobór naturalny. „U żywych organizmów zmienność będzie powodowała drobne odchylenia, które w pokoleniach będą mnożyły się w nieskończoność, a dobór naturalny będzie wyławiał z nieomylną sprawnością każde ulepszenie” (K. Darwin, O powstawaniu gatunków, przeł. Sz. Dickstein, J. Nusbaum, Jirafa Roja, Warszawa 2006, s. 165.)

To już jest bałwochwalstwo.

Następnie przytacza cytat z Błękitnej kropki Carla Sagana:
„Dlaczego żadna z wielkich religii, patrząc na naukę, nie doszła do wniosku: „Jest
lepiej, niż moglibyśmy przypuszczać. Wszechświat okazał się znacznie większy, niż
przewidywali nasi prorocy, wspanialszy, bardziej skomplikowany, bardziej elegancki.
Zatem Bóg musi być wiele potężniejszy, niż nam się wydawało”?
Zamiast tego wołają: „Nie, nie, nie! Nasz Bóg jest malutkim Bogiem i chcemy, by tak już na zawsze zostało”. Religia, stara lub nowa, doceniająca wspaniałość Wszechświata ukazywaną przez współczesną naukę, potrafiłaby wzbudzić uczucia czci i wiary, których nie poruszają tradycyjne religie” (Carl Sagan, Błękitna kropka, Prószyński i S-ka, Warszawa 1996, s. 78, cyt. za: R. Dawkins, Bóg urojony, s. 35.)
.

Fałsz tej wypowiedzi jest aż nadto oczywisty. Nie ma tu ani słowa prawdy. Jeżeli ja wierzę, że Bóg jest wszechpotężny i nieograniczony w swojej mocy, to po każdym nauko-
wym odkryciu poznaję tylko kolejne dzieła Boże. Nie mogę zacząć myśleć, że jest potężniej-
szy niż myślałem, bo już na samym początku założyłem, że jest nieograniczony w swojej mo-
cy. Każde kolejne odkrycie jest dowodem, że miałem rację uznając Boga za nieograniczone-
go. Sagan nie wie o czym pisze. Gdyby Dawkins był inteligentniejszy nie cytowałby tak in-
fantylnych tekstów. On jednak nie tylko cytuje, on się zgadza z Saganem.

Nikt nie woła: „Nasz Bóg jest malutkim Bogiem i chcemy, by tak już na zawsze zosta-
ło”. Nigdy nie spotkałem wyznawcy jakiejkolwiek religii, by tak wołał. Nikt też tak nie myśli.
Sagan i Dawkins chcą nas zmusić do myślenia całkowicie dla nas obcego, dla nich jednak tak charakterystycznego. Oni nie potrafią zrozumieć, że to nie materia i nie świat materialny jest przedmiotem kultu religijnego. Czy to aż tak trudno zrozumieć? Chcą namówić nas do tego, abyśmy zaczęli czcić martwą materię. Zaiste, materializm ogranicza wyobraźnię, a Dawkins jest tego dowodem. Celem religii nie jest podziwianie dzieł Stwórcy, lecz samego Stwórcę.
Chrystus powiedział: „Królestwo moje nie jest z tego świata”. Religię atakują ludzie, którzy
jej nie rozumieją.
Czy rzeczywiście nie zauważamy, że znany nam świat się rozszerza? W swojej pracy
magisterskiej – rok 1995 – pisałem:
„Powiększające się rozmiary znanego człowiekowi świata i historii, są w dalszym ciągu
objęte bliskością Boga, gotowego w każdej chwili wkroczyć w ich obręb, więc nieza-
leżnie od tego jakim zmianom ulega otaczająca rzeczywistość (tj. raczej nasz sposób
wyobrażania tejże rzeczywistości), a także związany z nimi sposób postrzegania Paru-
zji, chrześcijanie wszystkich epok i wszystkich kultur winni nieustannie i niezmiennie
oczekiwać Paruzji”.

Bynajmniej nie jestem w tym odosobniony. Ale już Biblia oddała to w sposób znakomi-
ty: „Choćbyś wzbił się wysoko jak orzeł choćbyś założył swoje gniazdo wśród gwiazd,
sprowadzę cię stamtąd – mówi Pan” (Abd 1, 4).

Ateista jest przekonany, że nie istnieje dusza trwająca dłużej niż ciało i nie
ma żadnych cudów – są jedynie zjawiska naturalne, których na razie nie
potrafimy wyjaśnić. Jeżeli natykamy się na zjawisko, które wydaje się wykraczać
poza świat naturalny w jego obecnym, dalece niedoskonałym rozumieniu, mamy
nadzieję, że pewnego dnia, gdy tylko je lepiej poznamy, zaliczymy je do sfery natu-
ralnej.

A więc żadne argumenty doń nie dotrą i żadnego nie przyjmie, bo zakłada, że być może
w przyszłości można będzie jakoś go wytłumaczyć. Tymczasem od wierzących domaga się,
by rzucali swą wiarę za każdym razem gdy tylko natrafią na coś, co wiarę tę podważa. Tej
zasady nie potrafi zastosować w odniesieniu do siebie.

Na stronach 39-46 autor dowodzi swemu czytelnikowi, że Einstein był tak naprawdę
ateistą. Nie ma żadnego znaczenia, czy Einstein był ateistą czy nie. Niby czego miałoby to
dowodzić. Jednak Einstein był panteistą, ktoś, kto nie odróżnia panteizmu od ateizmu nie od-
różnia kolorów. Świat, w którym żyjemy składa się z wielu kolorów. A może Dawkins po prostu potrzebuje sojuszników?

Przeskoczmy kilka nas nie dotyczących stron.
s. 44
Panteizm to w gruncie rzeczy taki nieco podrasowany ateizm, podczas gdy deizm
to rozwodniony teizm.

Nie wiem czy każdy panteista zgodziłby się z takim stwierdzeniem. Raczej w to wątpię.
Trzeba jednak nadmienić, że jest jeszcze panenteizm, niesłusznie utożsamiany z panteizmem.
O ile od panteizmu bliżej zapewne jest do ateizmu niż teizmu, to z panenteizmem sprawa ma
się odwrotnie. Jeżeli zaś chodzi o deistów… Deista to taki wierzący, który nie należy do żad-
nej zorganizowanej religii, żywi niechęć do instytucji kościelnych (wyżej sobie ceni instytu-
cje naukowe), do obrządków religijnych (naiwne), do kapłanów (sądzi, że jest od nich mą-drzejszy), nie uznaje też ksiąg świętych (jest mądrzejszy od ich autorów), a całą swą religij-
ność sprowadza do moralności. Deista nie nazwałby tego rozwodnieniem, wyciągnął przecież
z religii to, co uważa za jej esencję. Jednak ateiści i teiści mogą to nazwać w taki właśnie spo-
sób.

Dawkins prawidłowo określa Einsteina jako panteistę, ale popełnia błąd stwierdzając:
Bóg Einsteina to swoista poetycka metafora.
Najwyraźniej nie wie czym jest panteizm.
s. 45

„(…) jeśli pod pojęciem „Boga” rozumieć zestaw praw fizycznych, które
rządzą Wszechświatem, to taki Bóg bez wątpienia istnieje, ale trudno uznać
go za emocjonalnie satysfakcjonującego (…) Przecież nie ma sensu modlić się do
prawa grawitacji”.

Takie myślenie to panteizm. Sagan utożsamia teizm z panteizmem, a Dawkins nie chce
tego zauważyć. Teista myśli o Bogu jako o Stwórcy wszelkich praw (także fizycznych), a nie jako o zestawie tych praw.
Dawkins deklaruje, że nie atakuje panteistów, deistów itp., atakuje natomiast koncepcję
Boga osobowego, Boga który ingeruje w historię (s. 46). Nie może to dziwić, wszak panteistą
był Einstein, deistą był Wolter, Jefferson, a Dawkins lubi ich cytować. A może nie chce też
siebie zrażać współczesnych naukowców i intelektualistów – większość z nich, to albo deiści,albo panteiści (albo agnostycy). Prawdziwych ateistów jest niewiele. Jest to więc raczej posu-
nięcie taktyczne, które ma na celu pozyskanie sobie potencjalnych zwolenników po tej stro-
nie. Na wszelki wypadek nie chce wypowiadać wojny wszystkim.

Na stronach 51-56 Dawkins opisuje nieproporcjonalnie histeryczną reakcję świata mu-
zułmańskiego na błahy fakt opublikowania dwunastu karykatur Mahometa przez duńską

gazetę „Jyllands-Posten”. Przyznajemy Dawkinsowi rację i winszujemy mu tej odrobiny
odwagi, jaką się wykazał. Szkoda tylko, że nie zauważył, że ci którzy poparli duńską gazetę,
wcześniej, nie wiedzieć dlaczego, zwalczali Orianę Fallaci.
Dawkins nie potrafi zrozumieć, że mamy tu do czynienia z pseudoreligią. Są religie
wzywające do miłości i zgody, są religie wzywające do nienawiści. Do tej drugiej kategorii
doliczyć również należy satanistów, faszystów, komunistów…

Dawkins atakując religię, atakuje jej wynaturzenia, atakuje pseudoreligię.
s. 50
Gdyby rzecznicy apartheidu mieli dość oleju w głowie, powinni stwierdzić – o ile
mi wiadomo, byłoby to stwierdzenie prawdziwe – że zgoda na mieszanie się ras jest
sprzeczna z ich religią.
Jaką religią? Dawkins tego nie wie, ale Pismo wielokrotnie stwierdza: Nie ma różnicy
między Żydem a Grekiem (Rz 10, 12); Bo w jednym Duchu wszyscy zostaliśmy ochrzczeni w jedno ciało – czy to Żydzi, czy to Grecy (1 Kor 12, 13); Nie ma Żyda ani Greka, nie ma nie-
wolnika ani wolnego, nie ma mężczyzny ani kobiety (Ga 3, 28).

Dla kogoś, kto rzeczywiście wierzy, że wszyscy ludzie pochodzą od Adama i Ewy apartheid nie może mieć jakiegokolwiek sensu, inaczej jest się w sprzeczności ze swą własną wiarą. Natomiast dla kogoś, kto wierzy w ewolucję apartheid ma głęboki sens – nie zaprzeczajcie temu – nie wszystkie organizmy ewoluują z jednakową szybkością i promować należy te rasy i te odmiany, które ewoluują szybciej. Wielokrotnie, aż do znudzenia, stykałem się z argumentacją ewolucjonistów bądź „pseudowierzących”, że Niemcy mają lepsze geny od Polaków, że Polacy mają lepsze geny od Ukraińców. Tak myślą ludzie wierzący w ewolucję. Ich przedstawiciele nie przyznają się do tego oficjalnie i oficjalnie żaden tak nawet nie myśli – a jeżeli coś często się powtarza można zacząć w to wierzyć – niemniej ich zwolennicy w ten sposób właśnie myślą. Zróbcie coś z tym.

Zauważyłem że geniuszom i ludziom bardzo inteligentnym aż nadto często trafiają nie-
dorozwinięte dzieci?

Hipoteza Boga (ss. 57-115)
s. 57

Bóg Starego Testamentu to chyba jeden z najmniej sympatycznych bohaterów lite-
rackich: zawistny (i dumny z tego), małostkowy i niesprawiedliwy typ, z manią na punkcie kontrolowania innych i niezdolny do wybaczania, mściwy i żądny krwi
zwolennik czystek etnicznych, mizogin, homofob i rasista, dzieciobójca o skłonnościach ludobójczych (oraz morderca własnych dzieci przy okazji), nieznośny mega-
loman, kapryśny i złośliwy tyran.

Czy Dawkins ma rację? Przejrzyjmy punkt po punkcie.

zawistny

Oto jeden z tekstów, który przy tej okazji można zacytować: „Jestem Bogiem zazdro-
snym, który karze winę ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia tych, którzy
mnie nienawidzą, a okazuję łaskę aż do tysięcznego pokolenia tym, którzy mnie miłują” (Pwt
5, 9-10).

Egipt karany był dotąd dopóki nie wypuścił Izraela. Ziemię filistyńską nękał Bóg dotąd,
dopóki Filistyni nie zwrócili Izraelitom skrzyni przymierza (1 Sm 5-6). Bóg karał Samarytan
dopóki czcili wyłącznie pogańskich bogów. Gdy natomiast do swego kultu wprowadzili rów-
nież kult Boga Jahwe, Bóg przestał ich karać (2 Krl 17, 25-41). Po uzdrowieniu Naamana, Syryjczyka, ten poprosił proroka Elizeusza: „W jednej sprawie niech tylko Pan będzie pobłażliwy dla twego sługi, mianowicie: gdy władca mój wstępuje do świątyni Rimmona, aby tam
oddać pokłon, a wspiera się na moim ramieniu, to i ja muszę oddawać pokłon w świątyni
Rimmona, niech Pan będzie pobłażliwy dla twego sługi w tej jednej sprawie” (2 Krl 5, 18).
Jaka była odpowiedź? – „Idź w pokoju!” (2 Krl 5, 19).

Ujawnia się w tym zasada, objawiona w pełni dopiero na kartach Nowego
Testamentu: „komu wiele dano, od tego wiele będzie się żądać, a komu wiele
powierzono, od tego więcej będzie się wymagać” (Łk 12, 48). Od Izraela Bóg więcej wyma-
gał, od sąsiadów Izraela mniej.

małostkowy

Czy chodzi o to, że za błahy fakt nieposłuszeństwa wypędził człowieka z raju? Ale w
końcu końców człowiek otrzyma więcej niż miał na początku. „Jeżeli będziesz chodził moimi drogami i będziesz pilnował mojego porządku (…), dam ci dostęp do tych, którzy tu [w nie-
bie] stoją” (Za 3, 7). Bóg daje człowiekowi prawo wyboru. To ma być małostkowość?

niesprawiedliwy

Wobec kogo Bóg postąpił niesprawiedliwie? Wobec Izraela? Wobec sąsiadów Izraela?

Zacytujmy Sdz 1, 7: „Wtedy rzekł Adonibezek: Siedemdziesięciu królów z obciętymi kciu-
kami u rąk i nóg zbierało okruszyny pod moim stołem; jak ja uczyniłem, tak odpłacił mi Bóg”.
niezdolny do wybaczania

Pierwszemu człowiekowi, mimo iż wypędził z Edenu, przyobiecał odmianę losu i przy-
szłe zbawienie (Rdz 3, 15. 22). Kainowi wybaczył zamordowanie Abla (Rdz 4, 15). Na prośbę Mojżesza wybaczył Izraelowi, gdy ten sporządził posąg cielca dla celów kultowych (Wj
34). Nie zniszczył miasta Soar tylko dlatego, że wszedł tam Lot (Rdz 19, 20-23). Wybaczyłby
również dla Sodomy, gdyby się w niej znalazło dziesięciu sprawiedliwych (Rdz 18, 32).

mściwy

Czy chodzi o tekst: „Pomsta do mnie należy, Ja odpłacę” (Pwt 32, 35). Bóg jest kimś,
kto pilnuje porządku we wszechświecie, wymierza sprawiedliwość, karze. Jest rzeczą słuszną,
by tylko On decydował o zemście.

żądny krwi zwolennik czystek etnicznych

Pozwolił zachować przy życiu Gibeonitów (Jz 9, 1-27). W Sdz 1, 27-33 czytamy:
„Manasses […] nie wypędził mieszkańców Dor, […] Efraim nie wypędził, […] Zebulon nie
wypędził, Aszer nie wypędził […], Naftali…” Narody te z czasem wymieszały się z Izraelem.

mizogin

Czy tylko dlatego, że kobieta jako pierwsza wyciągnęła rękę po owoc zakazany? (Rdz
3, 6). Ale to był początek ludzkiej wynalazczości. Potomek kobiety pokona węża (Rdz 3, 15).
Czy może dlatego, że ma podlegać mężowi? (Rdz 3, 16). To i tak lepsze niż w mozole i pocie
czoła uprawiać ziemię (Rdz 3, 17-19).
To Rebekę, nie Izaaka, Bóg poinformował, że od Jakuba pochodzić będzie naród wy-
brany (Rdz 25, 23). Matkę Samsona, Manoach, a nie ojca, anioł poinformował, że
narodzi syna, który zacznie wybawiać Izraela (Sdz 13, 3 nn). Debora rządziła Izraelem
(Sdz 4-5), Jael zabiła Syserę (Sdz 4, 22), pewna kobieta uratowała Sychem (Sdz 9, 53), a inna
Abel podczas oblężenia (2 Sm 20, 16-22), Estera uratowała cały naród (Księga Estery). Dom,
w którym często gościł Elizeusz, to dom Szunamitki (2 Krl 4, 8 nn). Do niej zawsze zwracał
się prorok, ją pytał co chce otrzymać i ją informował o ważnych rzeczach. Mąż Szunamitki
nie jest nawet wymieniony z imienia.
W Księdze Rut bohaterkami są trzy kobiety i symbolizują one trzy postawy ludzkie.
Mężczyźni w te księdze są postaciami drugoplanowymi. W Księdze Estery i Pieśni nad pie-
śniami pierwszoplanową postacią jest właśnie kobieta. I był to jeden z powodów, dla których
ksiąg tych nie chciano uznać za kanoniczne.
Dawkins jest w wielkim błędzie. Powinien ponadto pamiętać w jakiej epoce powstawała
Biblia. W przeciwieństwie do muzułmanów nie twierdzimy, że Biblia zstąpiła do nas z nieba,

Biblia powstała w wyniku współpracy Boga z człowiekiem, a to czyni różnicę. Ponadto gdy-
by Biblia wciąż podkreślała, że nie ma różnicy między kobietą a mężczyzną, jakaż byłaby na to reakcja w starożytności. „Wasi synowie i wasze córki prorokować będą” (Jl 3, 1) – nie ma
więc różnicy.

homofob

Gdyby Bóg na początku zalecił człowiekowi zakładanie związków homoseksualnych
ród ludzki mógłby zaginąć, a do wielu kultur Biblia miałaby wstęp wzbroniony. Mężczyzna,
który walczy w obronie kobiety jest zawsze odważniejszy i dzielniejszy od mężczyzny, który
broni innego mężczyznę. To samo dotyczy kobiet.
A swoją drogą, nie brak przecież homoseksualistów, którzy dowodzą, że Bóg nie jest homofobem i że cecha ta błędnie jest przypisywana Bogu. Skoro tak, zarzut ten należy stosować z pewnym zastrzeżeniem. Nie możemy przecież tak całkowicie lekceważyć tych głosów.

rasista

„Czy nie wyprowadziłem Izraela z ziemi egipskiej, Filistyńczyków z Kaftoru, a Ara-
mejczyków z Kiru?” (Am 9, 7).

dzieciobójca

Co ma na myśli Dawkins? Czy to, że Bóg zażądał od Abrahama syna w ofierze? Prze-
cież nie dopuścił by Izaak zginął. To była jedynie próba wiary Abrahama.

morderca własnych dzieci

Jakich własnych dzieci? W Starym Testamencie spotykamy się wprawdzie z określe-
niami „syn Boży”, „synowie Boży”, ale jest to synostwo adoptowane. „Synem moim jesteś,
dzisiaj cię zrodziłem” (Ps 2, 7). Dawkins jest w tak wielkim zacietrzewieniu, że najwyraźniej
coś mu się poplątało w głowie.

megaloman

Chodzi zapewne o jeden z takich tekstów: „Ja jestem, a oprócz mnie nie ma Boga” (Pwt 32, 39). Dawkins najwyraźniej uważa, że Stwórca powinien skromniej zachowywać się wo-
bec swego stworzenia. Przypuszczam, że Dawkins nawet wobec pieska skromnie by się nie zachowywał, pomimo że go nie stworzył.

kapryśny i złośliwy tyran

Wobec kogo? Wobec patriarchów? Wobec proroków? A może wobec Hioba? Hiobowi
Bóg wynagrodził w dwójnasób.
Problem Dawkinsa bierze się stąd, że nie potrafi odróżniać pomiędzy tym, co święte, a
tym, co grzeszne. Nie ma duchowego czucia. Święte – grzeszne nie zawsze pokrywa się z
naszym dobre – złe. Nasze pojęcie dobra i zła zawsze ewoluowało, w każdej epoce było inne.
Biblia jest adresowana do wszystkich ludzi wszystkich kultur i wszystkich czasów, musi więc zawierać uniwersalne wartości, a nie partykularne. Co by to było, gdyby Biblia została napisana specjalnie pod kątem człowieka kultury zachodniej początku XXI wieku. Ja w takiej Biblii niewiele bym dla siebie znalazł.
Bóg jest święty i dlatego w jego pobliżu nie może znaleźć się nic nieświętego, nic
grzesznego. A jeżeli się znajdzie, natychmiast zostanie strawione. To tak jak mieć pretensje do rozgrzanego pieca, że za jego przyczyną topnieje lód i śnieg, który znajdzie się w zasięgu wysyłanego przezeń ciepła. Paralela jest ścisła.

Ci z nas, którzy od najwcześniejszego dzieciństwa się z nim stykają, nie dostrzega-
ją tego horroru.

Odnoszę wrażenie, że odnosi się to do ludzi wychowanych w tzw. „kościołach histo-
rycznych”. W „wolnych kościołach” można spotkać wielu wiernych, którzy za młodu niewie-
le mieli wspólnego z jakąkolwiek religią, a słowo Bóg rzadko kiedy pojawiało się w ich do-
mu. Tacy ludzie, po „nawróceniu”, wszystkiego muszą dowiadywać się od podstaw i jakoś
nie dostrzegają owego „horroru”.

s. 58
Thomas Jefferson miał podobne odczucia: „Bóg Mojżesza to istota o strasznym
charakterze – okrutna, mściwa, kapryśna i niesprawiedliwa”.
I w taki oto sposób dowiadujemy się kto jest nauczycielem i przewodnikiem duchowym
Dawkinsa, oraz od kogo uczył się teologii. Jefferson stworzył sobie swój własny wizerunek
Boga i ten wizerunek stale atakował. Ten właśnie wizerunek szczególnie upodobał sobie
Dawkins. Człowiek ma wolną wolę, może dokonywać wyboru. Dawkins dokonał wyboru.
Hipotezy Boga nie powinno się podpierać (ani obalać) za pomocą najpaskudniej-
szej chyba inkarnacji tej istoty, czyli Jahwe, ani też jego dość mdłego
przeciwieństwa, czyli chrześcijańskiego dobrego Jezusa, potulnego i
łagodnego. Zresztą ta ciapowata persona…
Inaczej mówiąc, każde rozwiązanie jest złe i nie do zaakceptowania przez Dawkinsa.
Nie zapominajmy jednak, że to nie są rzeczywiste wizerunki Boga Ojca i Boga Syna, to są jedynie wyobrażenia Dawkinsa, które sam sobie i na własne potrzeby, z powodów które zapewne tylko on sam wie (albo nie wie), stworzył. Gdyby przeczytał Apokalipsę dowiedziałby się, jaki będzie Chrystus w dniu swojej Paruzji. Odnosimy tu wrażenie, że Dawkins nie jest w stanie zaakceptować takiego Chrystusa.

Jednak na s. 339 pisze coś innego – „ateiści dla Chrystusa”. Wygląda więc na to, że tutaj ocenę Chrystusa dokonał w oparciu o jedną książkę, a tam o zupełnie inną.

Ale skoro dokonał już oceny dwóch osób Trójcy Świętej, wypadałoby by również oce-
nił i trzecią – Ducha Świętego. Dlaczego się powstrzymał? Czyżby przeczytał A jeśliby ktoś
powiedział słowo przeciwko Synowi Człowieczemu, będzie mu odpuszczone, ale temu, kto by
mówił przeciwko Duchowi Świętemu, nie będzie odpuszczone ani w tym wieku, ani w przy-
szłym (Mt 12, 32; por. Łk 12, 10) i się wystraszył? Są sytuacje, w których należy zdobyć się
na odwagę, bądź przyznać do jej braku.
Zaraz potem dokonuje sobie właściwego zamieszania:

Nie będę tu zajmował się jakimikolwiek szczególnymi kwalifikacjami Jahwe, Jezu-
sa, Allacha, ani żadnego innego konkretnego boga, choćby Baala, Zeusa, czy Wo-
tana.

Miesza więc Jahwe, Jezusa i Allacha z jednej strony, z Baalem, Zeusem i Wotanem z
drugiej strony (Baal i Zeus nie są stworzycielami świata, a władzę nad światem uzyskali w
wyniku uzurpacji). Bóg politeistyczny zawsze pozostanie bogiem ograniczonym. Jedynie Bóg monoteistyczny może być Bogiem nieograniczonym i wszechogarniającym.
„Co się tyczy bogów greckich, to nie potrzebujemy ustanawiać naszego do nich poglą-
du. Cały szereg poprzednich przesłanek prowadzi do wniosku dającego się mniej więcej tak wyrazić: jest tak, jak gdyby w świadomości ludzkiej było czucie rzeczywistości, po-
czucie obecności obiektywnej, jakaś percepcja czegoś bardziej ogólnego i głębszego niż
wszystkie uczucia poszczególne, które psychologia zwykła przyjmować za przejawy
istniejącej dla nas rzeczywistości” (W. James, Doświadczenia religijne, przeł. J. Hempla, Warszawa 1958, s. 56.)
.

Po czym formułuje własną definicję (nie hipotezę – jak sam to stwierdza):
Sformułuję hipotezę Boga znacznie ostrożniej: Istnieje nadludzka, nadnaturalna
inteligencja, która w zamierzony sposób zaprojektowała i stworzyła Wszechświat i
wszystko, co w nim istnieje, w tym również nas. Celem mojej książki jest obrona
przeciwstawnej opinii: Jakakolwiek twórcza inteligencja, wystarczająco
złożona, by cokolwiek zaprojektować, może powstać wyłącznie jako produkt
końcowy rozbudowanego procesu stopniowej ewolucji.

Po raz któryś z kolei Dawkins wyraża przekonanie, że Bóg musiałby być istotą (inteli-
gencją) bardzo złożoną. Powtórzy to jeszcze kilkakrotnie. Później powiem, co sobie o tym myślę.

Politeizm

Na stronach 59-65 rozpisuje się na temat politeizmu. Wyraża przy tym wątpliwość, by
przejście od politeizmu do monoteizmu oznaczało jakikolwiek postęp. Jednocześnie próbuje
przekonać czytelnika, że chrześcijaństwo zachowało w sobie wiele politeistycznych cech.

Atakuje przy tym głównie katolicyzm i polskiego papieża (ss. 63-64). Politeizm to ewolucjo-
nizm w religijnym przebraniu. Wiele mitologii politeistycznych utrzymuje, że na początku
było niebo i ziemia (według Biblii Bóg stworzył niebo i ziemię), z ich związku rodziły się
dzieci, najpierw nieudane, później coraz doskonalsze, walczyli ze sobą o władzę. Religie mo-
noteistyczne oparte są natomiast na kreacjonistycznej koncepcji.

s. 62
Thomas Jefferson miał rację, gdy stwierdził: „Wydrwienie to jedyna broń, jaką
przeciwstawić możemy niezrozumiałym, mętnym poglądom. Dowolna idea musi
mieć nadany wyraźny kształt, by rozum mógł się z nią zmierzyć, a żaden człowiek
nigdy nie sformułował jasno idei Trójce Świętej. To jakaś abrakadabra, stworzona
przez szarlatanów mieniących się kapłanami Jezusa”.

Według Hegla, współczesny Jeffersonowi, doktryna Trójcy jest dowodem na prawdzi-
wość chrześcijaństwa. W Trójcy nie chodzi o trzy identyczne osoby. To są „formy”, „sposo-
by”, „hipostazy” – żadne z tych słów nie jest właściwe, może poza ostatnim – przejawiania
obecności Bożej w różnych światach, różnych wymiarach rzeczywistości. Dlaczego w biblij-
nych – także wielu pozabiblijnych – wizjonerskich opisach nieba, nie znajdujemy tam nigdy
Ducha Świętego. Biblia stwierdza, że stwarzanie naszego świata Bóg rozpoczął od Syna
(pierworodny wszelkiego stworzenia – Kol 1, 15; Ap 3, 14). Ponieważ stworzył Go przed
czasem jest odwieczny. Istnienie Chrystusa jest konieczne dla istnienia naszego świata. Jest to
podstawa naszej rzeczywistości, tej rzeczywistości w której żyjemy.
Jefferson drwił sobie z doktryny, jak to określił, „trzech bogów”.

Jest taka metoda, jeżeli nie możemy zwalczyć poglądów przeciwnika, ani odeprzeć jego
argumentów, to przypisujemy mu głoszenie takich poglądów, z którymi możemy sobie poradzić. Taką metodę stosował Jefferson. W doktrynie Trójcy nie chodzi o żadnych trzech bogów, co próbuje nam uczeń Jeffersona wmówić. Powinno się raczej mówić o trzech
hipostazach, trzy hipostazy w jednym bycie, to jest prawidłowe sformułowanie,
uprawomocnione przez sobory I tysiąclecia. Trzy osoby, to potoczne przedstawienie Trójcy
Świętej. Dawkins, jako naukowiec powinien być trochę dokładniejszy.

Serafiny, Cherubiny, Trony, Panowania, Cnoty, Potęgi, Księstwa, dalej Archanio-
łowie (to szarża najwyższa) i wreszcie zwykli Aniołowie.
Nikt nie twierdzi, że to są bogowie, ale Dawkins chce abyśmy tak myśleli. Ciekawe, że
argumenty jego przeciwko Trójcy zdają się pochodzić ze „Strażnicy”.

Atakuję Boga, wszystkich bogów, wszystko i cokolwiek nadnaturalnego, gdziekol-
wiek i kiedykolwiek zostało (lub jeszcze zostanie) wynalezione.

Przemawia jak Nietzsche i wbrew swoim wszystkim deklaracjom, przynajmniej tutaj,
staje się kimś więcej niż ateistą.

Monoteizm
s. 66

[…] chrześcijaństwo rozprzestrzeniane było za pomocą miecza, dzierżonego naj-
pierw przez rzymskie dłonie […], potem przez krzyżowców, a wreszcie konkwista-
dorów oraz innych europejskich najeźdźców i kolonizatorów z misjonarskim za-
cięciem.

Nie taka jest historia chrześcijaństwa. Najpierw było prześladowane, praktycznie biorąc
aż do czasów Konstantyna. Wprawdzie mówiąc o prześladowaniach mamy na myśli głównie
lokalne prześladowanie Nerona, prześladowanie z czasów Domicjana, prześladowanie decju-
szowsko-waleriańskie (250-260) i prześladowanie Dioklecjana (303-313). Praktycznie jednak
biorąc prześladowanie w różnym stopniu natężenia trwało cały czas, jakkolwiek zasadniczo
biorąc ograniczało się do prześladowania misjonarzy, kaznodziei i przywódców gmin chrze-ścijańskich. Zwykły wierny był mniej narażony. I oto w warunkach prześladowań chrześci-
jaństwo tak wzrosło liczebnie, że Konstantym postanowił uczynić zeń religię państwową.

Prześladowania odegrały niemałą rolę w rozprzestrzenieniu się chrześcijaństwa. Powo-
dowały one, że chrześcijanie przenosili się do miejsc bardziej bezpiecznych. Początkowo, gdy było zaledwie jedną ze sekt żydowskich i ograniczało się niemal wyłącznie do Palestyny,
część chrześcijan przeniosła się do Samarii, następnie Antiochii, a to oznaczało nie tylko roz-
wój przestrzenny, także liczebny ze względu na liczne nawrócenia wszędzie tam, gdzie dotarli
chrześcijanie. Oznaczało to też zmiany doktrynalne. W Palestynie dużo mieli do
powiedzenia judaiści. Z chwilą gdy chrześcijaństwo pozyskiwało sobie coraz więcej
pogan traciło na judaistycznym charakterze.
Prześladowania cesarskie spowodowały ucieczkę chrześcijan do krajów ościennych, np.
do Nubii i Arabii (po roku 303). Późniejsze prześladowania chrześcijan przeciwko chrześcija-
nom, spowodowały ucieczkę „nieortodoksyjnych” chrześcijan do Persji (po roku 430), do
Etiopii (po roku 541) i innych krajów. Tam pod ich wpływem szerzyło się chrześcijaństwo,
ale już w innym wydaniu: monofizyckim, nestoriańskim, ariańskim. Najbardziej oryginalnym
jest kościół etiopski, jako rezultat najróżniejszych nieortodoksyjnych sekt chrześcijańskich.
Możemy teraz zastanawiać się czy było to dobre, czy złe.
Prześladowania w Anglii w wieku XVII spowodowały, że kwakrzy, purytanie, baptyści
i inni uciekali do Ameryki i tam zakładali swoje kolonie. W efekcie tego chrześcijaństwo
amerykańskie jest tak odmienne od europejskiego.

Prześladowania w nieistniejącym ZSRR spowodowały, że zmieniła się struktura wy-
znaniowa w Rosji. Niemal zupełnie zniknęli staroobrzędowcy i wiele innych sekt prawosław-
nych, kościół prawosławny stracił na liczbie i znaczeniu, pojawił się natomiast nowy czynnik– chrześcijaństwo ewangelikalne i wszystko wskazuje na to, że zdominuje ono w niedalekiej
przyszłości Rosję, Ukrainę, Białoruś
To swoisty paradoks, że Stany Zjednoczone, założone jako świeckie państwo, dziś
są najbardziej religijnym krajem w całym chrześcijańskim świecie, podczas gdy
Anglia, z oficjalnym Kościołem, którego przywódcą jest panujący monarcha, zna-
lazła się na przeciwnym biegunie.

W Ameryce religia nie była wspierana przez państwo, w Anglii natomiast, tak jak i w
innych krajach europejskich państwo ingerowało w tę dziedzinę i w mniejszym lub większym
stopniu dyktowało społeczeństwu w co ma wierzyć. Wolny rynek i konkurencja powinny do-
tyczyć również i religijnej płaszczyzny. Ameryka jest dowodem na to, że to się sprawdza.

Zauważmy, że Unia Europejska została założona na tych samych co Stany Zjednoczone zasadach – świeckich. Powinna więc pójść tą samą drogą, którą niegdyś poszły Stany Zjedno-
czone. Sekularyzacja oczyściła pole dla „wolnych kościołów”.

s. 73
Cytat z Jeffersona:
„[…] chrześcijaństwo jest najbardziej zdeprawowanym systemem, w jakim kiedykolwiek przyszło żyć człowiekowi”

.
Widocznie do Jeffersona nie dotarły potworności i nonsensy rewolucji
francuskiej, ale do Dawkinsa powinny były dotrzeć, wraz z okrucieństwami rewolucji październikowej i zbrodniami hitleryzmu. On o tym wszystkim nie słyszał.
Nędza agnostycyzmu

Dawkins przytacza kilka przykładów i cytatów, że ludzie wierzący darzą pogardą agno-
styków. Chce wmówić czytelnikowi, że jest to postawa właściwa dla ludzi religijnych.
Chce w ten sposób wszystkich potencjalnych agnostyków ściągnąć pod swoich skrzydła. Prawdąj est, że przedstawiciele kościołów historycznych darzą pogardą agnostyków, nie wiem dlaczego i nie jestem zainteresowany wyjaśnieniem tego nieistotnego przecież szczegółu. Inaczej ma się sprawa z nastawieniem ludzi z tzw. „wolnych kościołów”. Nie przypominam sobie,
abym kiedykolwiek spotkał się z lekceważeniem agnostyków. Przecież nie każdemu dana jest
łaska wiary. Czy można gardzić człowiekiem, który nie znalazł wiary? Co innego ateiści, oni
wiedzą w co wierzą (choć nie wiedzą w co nie wierzą).
s. 80

Część naukowców i intelektualistów jest przekonana – zbyt pochopnie moim zda-
niem – że pytanie o istnienie Boga należy właśnie do tej kategorii na zawsze niedo-
stępnych kwestii GAP5.

Dawkins myśli, że jest wszechwiedzący. A jeżeli jest tak, że jesteśmy po drugiej stronie
„fenickiego lustra” to przecież nie mamy najmniejszych szans, by dostrzec to, co jest po nie-
dostępnej dla nas stronie. Czy aż tak trudno jest to zrozumieć.

Bóg oczywiście mógłby stworzyć świat w ten sposób, że każdy nie miałby najmniejszej
wątpliwości co do Jego istnienia. Ale wówczas nie byłoby czegoś takiego jak fenomen wiary.

Eksperymenty modlitewne

Na stronach 98-104 rozpisuje się nad nieudanymi eksperymentami modlitewnymi. Po-
nieważ poniosły fiasko jest to wystarczającym dla Dawkinsa dowodem, że modlitwy są nie-
skuteczne. Gdyby czytał Nowy Testament wiedziałby, że jest napisane: Nie dawajcie psom tego, co święte i nie rzucajcie pereł swoich przed wieprze… (Mt 7, 6)

To, co opisał Dawkins

to jakieś igrzyska. I jak można modlić się o osobę, z którą nie ma się, ani nigdy nie miało du-
chowego kontaktu. Imię i pierwsza litera nazwiska? To nie działa na zasadzie mechanizmu.

To tak, jakby modlić się o jakąś abstrakcję.

Jezus uzdrawiał wtedy, gdy widział wiarę u osoby chorej (Mk 2, 5). Nie bez
znaczenia była też wiara osób towarzyszących. Dlatego dokonał wielu cudów w
Kafarnaum, a niewielu w Nazarecie (Mk 6, 5). Wszystko jest możliwe wierzącemu (Mk 9, 23).
Wszystko, o cokolwiek modlicie się i prosicie, wierzcie że otrzymacie, a stanie się wam (Mk
11, 24). Wiele może usilna modlitwa sprawiedliwego (Jk 5, 16).

Modlitwy jednak nie powinny polegać na samych tylko prośbach, bardziej błogosła-
wioną rzeczą jest dawać niż brać (Dz 20, 35), a modlitwy to najlepszy sposób na oddawanie

Bogu czci i chwały.

Rozdział trzeci
Dowody na istnienie Boga (ss. 117-160)

Dowody na rzecz istnienia Boga od stuleci kodyfikowali teologowie, a wspierały
argumenty rzeczników źle pojętego „zdrowego rozsądku”.

Zaledwie Dawkins zaczął mówić o dowodach na rzecz istnienia Boga, a od razu ujaw-
nia się jego ignorancja i brak przygotowania do prowadzenia dyskusji na ten temat. Dowoda-
mi zajmowali się filozofowie, nie teologowie. Pierwszy dowód skonstruował Arystoteles

(Dawkins prawdopodobnie go nie czytał). W wiekach X-XII dowodami zajęli się arystotelicy

arabscy, ich dorobek przechwycili chrześcijańscy filozofowie i aż do wieku XIX była to kwe-
stia, którą zajmował się niemal każdy filozof.

Dowody Tomasza z Akwinu
s. 117

Pięć „dowodów” przedstawionych w XIII wieku przez Tomasza z Akwinu nie do-
wodzi niczego i bardzo łatwo wykazać (…) ich absurdalność.

Zacznijmy od tego, że to nie Tomasz jest rzeczywistym twórcą tych dowodów. Dwa
pierwsze dowody pochodzą od Awicenny, trzeci – to nowa wersja dowodu Al-Farabiego,
czwarty jest nową wersją anzelmiańskiego kosmologicznego, a piąty Jana Damasceńskiego.

Ale niby skąd Dawkins miałby o tym wiedzieć.

Nigdy nie przemawiał do mnie żaden z tych tzw. dowodów, ani nie zachwycały intelek-
tualnie, to tylko taka średniowieczna zabawa intelektualna.

Nie mylić z anzelmiańskim dowodem ontologicznym. To są dwa różne dowody.

1.Dowód z istnienia ruchu
2.Dowód z pojęcia przyczyny sprawczej
3.Dowód z konieczności rzeczy
s. 118
Trzy pierwsze twierdzenia opierają się na idei regresu i wywołują Boga, bowiem
tylko on może go przerwać. Co z kolei wymaga nieuzasadnionego założenia, iż sam
Bóg jest odporny na analogiczną procedurę.
Błąd Dawkinsa polega na tym, że chciałby, by Bóg podlegał tym samym prawom, co
świat przezeń stworzony. Skoro więc, jak chce Dawkins, te same prawa obowiązują Stwórcę,
jak i świat przezeń stworzony, wówczas nie Stwórca byłby Bogiem, lecz zespół owych praw
ograniczających zarówno wszechświat, jak Stwórcę. Dawkins nie umie myśleć, albo nie chce
wyciągnąć pełnych wniosków do jakich prowadzi jego rozumowanie.

Nawet jeśli już zaakceptujemy taki luksus, jakim jest wyciągnięcie, niczym z kape-
lusza, pewnego bytu zdolnego do przerwania regressus ad infinitum, to i tak nie ma
najmniejszego powodu, by byt ów wyposażać w przymioty, jakie zwykle przypisu-
jemy Bogu: wszechmoc, wszechwiedzę, dobroć, stwórczość, (…) wysłuchiwanie
modlitw, wybaczanie grzechów i czytanie w najgłębszych myślach.
Czy Dawkins ma rację? Powołanie bytu z niebytu, a więc czegoś, co w 100% nie istnia-
ło, do tego, co w 100% istnieje, wymaga właśnie wszechmocy i wszechwiedzy, ponieważ s
to nieskończone względem siebie i nawzajem wykluczające się przeciwieństwa. Byt od nieby-
tu dzieli nieskończona przepaść.

Dobroć? Skoro stworzył świat i podtrzymuje go przy istnieniu, musi być dobry. Wysłu-
chiwanie modlitw? Czytanie w najgłębszych myślach? To również wynika z nieograniczoności. Wybaczanie? Dawkins chciałby, żeby z jednego dowodu wynikało absolutnie wszystko,
co wiemy o Bogu. Zadaniem dowodów Akwinaty nie było udowodnienie potrzeby czczenia
Boga. Nie w tym celu zostały przecież skonstruowane. Potrzeba kultu Boga nie może przecież
wynikać z filozoficznych przesłanek. A może Dawkins częściowo został tymi dowodami
przekonany i dlatego tak się asekuruje.
Uwagi logików umknęło, że wszechmoc i wszechwiedza to atrybuty wzajemnie się
wykluczające.
Rzecz ma się inaczej. Wszechmoc bez wszechwiedzy jest bezużyteczna, bo nie można
w pełni wykorzystać jej możliwości. Mając zaś wszechwiedzę można zdobyć wszystko, także wszechmoc. Wszechwiedza i wszechmoc to w istocie dwa różne aspekty tego samego nie-
skończonego atrybutu. Albo się nie ma żadnego z nich, albo oba. One się przecież uzupełnia-
ją. Ale autor wyjaśnia skąd biorą się jego wątpliwości (pomoc logików w tym przypadku cał-kowicie zbędna):
Jeśli bowiem Bóg jest wszechwiedzący, to z góry wie, że zamierza,
korzystając ze swej wszechmocy, w jakimś momencie zmienić bieg zdarzeń. To zaś
oznacza, iż nie może już zmienić zdania i powstrzymać się od działania, co z kolei
przeczy jego wszechmocy.
Czego chce przez to dowieść? Biblia w wielu miejscach stwierdza, że Bóg daną decyzję
– a chodzi o ważne decyzje – podjął jeszcze przed założeniem świata (J 17, 24; Ef 1, 4; 1 P 1,
20; Ap 13, 8; 17, 8). W Dz 2, 47 czytamy, że „Pan codziennie pomnażał liczbę tych, którzy
byli przeznaczeni do zbawienia”. To, że jakiś z zamysłów Bożych dokonał się, bądź zaczął się
realizować w roku 30, 367, czy 1517 nie oznacza wcale, że nie przewidział tego już od same-
go początku. Od początku taka właśnie była Jego wola. Czyżby Dawkins tego nie rozumiał?

Przemawia przezeń zła wola? A może jego nienawiść do chrześcijaństwa jest tak wielka, że
utrudnia logiczne myślenie.
s. 119
Niektóre regresy mają swoją naturalną granicę. (…) co się stanie, jeśli podzielimy,
dajmy na to, złoto na najmniejsze możliwe kawałeczki. (…) Otóż w tym wypadku
nieprzekraczalną granicę regresu wyznacza atom.
A więc każdy regres ma swoją granicę. Dawkins się z tym zgadza. Znakomicie.
W żadnym wypadku nie jest natomiast oczywiste, że dla regresu Akwinaty takim
naturalnym ogranicznikiem jest Bóg.
Bóg Akwinaty, to naturalny ogranicznik wszelkich regresów. Tymczasem Dawkins
twierdzi:

Przeczytaj jeszcze  Jak ateistyczna teoria ewolucji wpłynęła na eksterminację dziesiątek tysięcy osób?

Znacznie oszczędniej byłoby w tym miejscu przywołać jakąś „osobliwość Wielkie-
go Wybuchu” czy inny nieznany na razie fizyce czynnik.

Julien Offray de La Mettrie (1709-1751) – ktoś, kogo Dawkins powinien cytować –
powiedział:
Odrzucając istnienie przypadku, nie dowodzi się Istoty Najwyższej, może bowiem
istnieć coś jeszcze innego, nie będącego ani przypadkiem, ani Bogiem – mam na
myśli przyrodę; badania nad nią mogą skłonić do niedowiarstwa, jak tego dowodzi
sposób myślenia wszystkich badaczy, którzy osiągnęli bardzo dobre wyniki(J.O. de La Mettrie, Człowiek – maszyna, przeł. S. Rudmiański, PWN, Warszawa 1953, ss. 60.)
.
Spór więc dotyczy tylko terminologii. Każdy termin jest dobry, byle nie wzięty z języka
religijnego. „Przyroda”, „Wielki Wybuch”. A czym jest „Wielki Wybuch”? Coś, od czego
wziął początek wszechświat. Coś, co się więcej nie powtarza. Coś, co znosiło opozycję
pomiędzy nieistnieniem, a istnieniem, niebytem a bytem. Czas go nie dotyczył, ani nie
ograniczał. Przed nim była nicość, po nim powstała wszelka rzeczywistość. Jak widać mó-

wiąc o „Wielkim Wybuchu” chcąc nie chcąc zaczynamy rozumować w kategoriach filozo-
ficznych i teologicznych.

Dowód ontologiczny i inne dowody a priori
s. 122

Możemy zatem, twierdzi Anzelm, wyobrazić sobie istotę tak doskonałą, że nic do-
skonalszego od niej w naszym umyśle zaistnieć już nie może. Nawet ateista może

wyobrazić sobie takie najdoskonalsze ze wszystkich stworzeń (choć zaprzeczy jego

istnieniu w realnym świecie). Ale istota nieistniejąca w prawdziwym świecie nieja-
ko ex definitione nie jest doskonała. Zatem mamy sprzeczność i – Eureka, Bóg ist-
nieje!

Dowód jest łatwy do zbicia, ale niechby to Dawkins robił uczciwie, tymczasem używa
sformułowania „istota nieistniejąca w prawdziwym świecie” (więc w ogóle nie istniejąca),
jakby Bóg istniał tylko w świecie nieprawdziwym. Nie takie jest brzmienie tego dowodu. A

skąd takie założenie, żałosne zresztą, że realnym jest tylko ten świat który znam. Jedną z za-
sadniczych tez chrześcijaństwa jest ta, że najbardziej realnym, o ile nie jedynie realnym, jest

„tamten” świat. Ten świat jest tylko odbiciem „tamtego” świata.
Nie sądzę też, by dało się wyobrazić istotę absolutnie doskonałą. Możemy to rozumieć,
albo może nam się tylko wydawać, że rozumiemy co to jest istota absolutnie doskonała, ale
wyobrazić jej nie możemy.
s. 124

Russel miał kwalifikacje równie dobre, jak każdy, by zrozumieć, dlaczego nie war-
to ciskać w niebo puszkami z tytoniem dla uczczenia nieuchronnej ucieczki żółwia

przed ścigającym go Achillesem. Dlaczego więc z taką samą ostrożnością nie pod-
szedł do św. Anzelma? Osobiście podejrzewam, że był po prostu ateistą tak nad-
gorliwie starającym się zachować obiektywizm, że wolał nawet rozczarowanie, o ile

tylko prowadziła do niego logika.
Dawkins mówiąc o dowodzie ontologicznym cały czas mówi tylko o Anzelmie i obala
go w anzelmiańskiej wersji. Jak gdyby poza Anzelmem nikt nigdy za tym dowodem się nie
opowiadał. Anzelm dokonał jedynie pierwszej próby sformułowania tego dowodu. Jest jego

odkrywcą, ale nie umiał go właściwie sformułować. Po Anzelmie przyszli Bonaventura, Kar-
tezjusz, Spinoza, Crusius, Leibniz, Wolff. Nie wspomina o nich Dawkins, nadmienia jedynie,

że dowód ten został obalony przez Hume’a i Kanta, pomija natomiast milczeniem fakt,
że opowiedział się za nim największy filozof wszechczasów, Hegel. Hegel był

pierwszym, który dowód ten właściwie sformułował, a zrobił to w taki sposób, że prawdopo-
dobnie nikt nigdy już go nie obali. Można go co najwyżej ignorować. Cały system Hegla to w istocie jeden wielki dowód ontologiczny.

Czyżby Dawkins nigdy nie czytał Hegla? Na tym
przykładzie widzimy niekompetencję Dawkinsa. Przeczytał gdzieś, że Kant obalił dowód
ontologiczny i myśli, że już nikt nim się nie zajmował.
Wątpię, by Russel mówiąc o dowodzie ontologicznym, miał na myśli jego anzelmiań-
ską wersję. Z pewnością myślał o czymś poważniejszym. Ale Dawkinsa nie interesuje tak
naprawdę, co myślał Russel, bo jak napisał: „jestem naukowcem, nie zaś filozofem” (s. 125).
Russel nie był ateistą, był agnostykiem. Czyżby Dawkins nie potrafił odróżnić ateizmu
od agnostycyzmu? Przecież przytacza w bibliografii sześć książek Russela. Czyżby ich nie
przeczytał? Może nie zrozumiał? A może po raz kolejny przemawia przezeń zła wola. On
przecież lubi wprowadzać swego czytelnika w błąd.
s. 127
myślenie życzeniowe
A myślenie „nie ma żadnego Boga” nie jest myśleniem życzeniowym?
s. 128
Poszukującym „ciekawych dowodów na rzecz istnienia Boga”, Dawkins polecił listę
ponad trzystu zabawnych dowodów, na stronie
http://www.godlessgeeks.com/LINKS/GodProof.htm. Strona jest głupkowata i zaadresowana
do ludzi o niskim IQ. Poważny człowiek nie poleciłby jej nikomu, ale Dawkins może zniżać
się do dowolnego poziomu i jak widać uchodzi mu to bezkarnie. Gdyby ktoś broniący Boga

zniżył się do takiego poziomu, od razu wytknięto by mu to. Jest to jeden znaków czasu w ja-
kim żyjemy.

Dowód z piękna
Rozprawiając się z „dowodem z piękna” (ss. 128-130) twierdzi, że nie zachodzi żaden

związek pomiędzy pięknem największych pomników światowej literatury, arcydzieł muzycz-
nych, jak i dzieł sztuki, a wiarą ich twórców. Spengler zauważył, że rozpisywanie się nad de-
talami lokomotywy, nad pracą maszyn, nad dymem wydobywającym się z kominów fabrycz-
nych nie jest już tym samym, z czym mieliśmy do czynienia w dawnej literaturze. Zapowiedź

śmierci literatury można zauważyć w powieściach Dickensa. XX-wieczni pisarze sami zresztą

nieraz przyznawali się do tego, że oni nie tworzą już nic naprawdę oryginalnego i
nowego, że jedynie żerują na tym, co stworzyli ich poprzednicy (jak robaki). Przyznaje
się do tego Silitoe w Gawędziarzu, Joyce już samym tytułem Ulisses wskazał, co jest źródłem

jego inspiracji. Cóż jest wzniosłego w Ulissesie, bądź książkach Kafki. Pozbawione są daw-
nego urzekającego piękna. Dawniej czytając książkę można było z przyjemnością wyobrażać

sobie to, co się czyta.

Dzisiejsi kompozytorzy nie potrafią komponować tak, jak w czasach baroku, bądź ro-
mantyzmu. Nawet Dawknis to wie, bo przyznał: „Bardzo smutne, że nigdy nie usłyszymy

Beethovena Symfonii Mezozoicznej czy opery Mozarta Rozszerzający się Wszechświat. I do-
prawdy szkoda, że zostaliśmy pozbawieni Oratorium ewolucyjnego Haydna – choć oczywi-

ście nie przeszkadza nam to zachwycać się jego Stworzeniem świata” (s. 130). Ja natomiast
żałuję, że takie w naszych czasach nie powstają już takie arcydzieła. Nie wyobrażam sobie, by

Händel zamiast Mesjasza stworzył dzieło sławiące dobór naturalny. W tym nie ma nic inspi-
rującego dla artysty.

Dawkins nie ma poczucia piękna. Usiłuje jednak temu zaprzeczyć, bo informuje czytel-
nika, że na bezludną wyspę zabrałby ze sobą Mache dich mein Herze rein z Bachowskiej Pa-
sji według św. Mateusza. Wie, że taką informacją może pozyskać dla swoich poglądów nie-
zdecydowanych więc idzie w zaparte. Wspomniany utwór mówi przecież o nawróceniu.

Mache dich, mein Herze, rein,
Ich will Jesum selbst begraben.
Denn er soll nunmehr in mir
Für und für
Seine süße Ruhe haben.
Welt, geh aus, lass Jesum ein!

Uczyń moje serce czystym,
Chcę Jezusa sobie pochować.
Bo to musi teraz we mnie
Dla i dla
Swego słodkiego pokoju posiadania.
Świecie odejdź precz, niech Jezus pozostanie!
Zachwycać się utworem wzywającym do nawrócenia, a jednocześnie kpić z religii i
Boga. Konsekwentny ateista nie będzie zachwycał się muzyką Bacha, ani Händel’a. Czy
można o większą przewrotność? Załóżmy jednak, że Dawkins będzie słuchał tego w nieskoń-czoność. Czyż nie nawróci się w końcu końców? Ja też lubię ten kawałek z Bachowskiej Mat-
thäuspassion i miałem nawet raz wizję pod wpływem tego właśnie kawałka (to było w czerw-
cu 1999), jednak wyżej sobie cenię Sind Blitze, sind Donner in Wolken verschwunden, O
Mensch, bewein dein Sünde groß, albo Wir setzen uns mit Tränen z tejże Matthäuspassion.
Gdyby Dawkins się nawrócił z pewnością upodobałby sobie inny kawałek.
Dowód z osobistego doświadczenia (ss. 130-137)
To dobrze, że Dawkins zechciał wspomnieć ten tak ważny argument, ale czy uczciwie
go przedstawi i uczciwie będzie zwalczał? Czy wspomni, kto propagował ten argument, kto
był jego najwybitniejszym zwolennikiem? Niestety nie. A należało tak zrobić. Zamiast
tego odwołuje się do nocnych strachów, z którymi miał do czynienia w dzieciństwie.
s. 131
Ktoś twierdzi, że osobiście doświadczył obecności Boga? Cóż – są tacy, co twierdzą,
że widują różowe słonie, ale jakoś nikt nie zwraca uwagi. (…) W szpitalach dla
psychicznie chorych znaleźć można wielu różnych pacjentów: jedni uważają się za
Napoleona…
Dokładnie ten sam zarzut stawiali komuniści. Cieszę się, że Dawkins staje z nimi w
jednym szeregu. Wyobraźmy sobie świat, w którym tylko niektórzy posiadają wzrok, więk-
szość ludzi go nie ma, a Dawkins jest wśród owej upośledzonej większości. Co by mówił o
widzącej mniejszości? Że są nienormalni, że są chorzy psychicznie. Dokładnie w taki sposób
postępuje oceniając przydatność zmysłu religijnego. On chce być ograniczony. Ale nie każdy,
kto twierdzi, że miewa wizje lub bywał w niebie, rzeczywiście to robił. Można to zweryfiko-
wać dopiero przy dłuższej rozmowie stawiając szereg szczegółowych pytań.

s. 135
Ludzki mózg jest naprawdę wyjątkowo sprawnym narzędziem do konstruowania
modeli. Kiedy śpimy, nazywamy je snami, gdy jesteśmy świadomi – wyobraźnią, a
modele wyjątkowo sugestywne to halucynacje.
Należało jeszcze wspomnieć o hypnagogiach – to nie są sny – są one badane przez

współczesną naukę i o wizjach (człowiek, który tego nie miał nie wie co to jest). W hypnago-
giach ma się – w przeciwieństwie do snów – pełną świadomość. Natomiast różnica między

wizją a hypnagogią jest mniej więcej taka jak między hypnagogią a snem.
s. 136-137

Więcej chyba o „osobistym doświadczeniu” Boga czy innych religijnych objawie-
niach mówić nie trzeba. Jeżeli ktoś przeżył coś takiego, ma święte prawo, by wie-
rzyć, że było to doznanie jak najbardziej autentyczne, ale nie powinien oczekiwać,

że inni uwierzą mu na słowo…
Pełna zgoda. Wiara każdego chrześcijanina powinna bazować właśnie na osobistym
doświadczeniu, jeżeli tego nie ma, pozostaje albo szukać tego doświadczenia, albo zakład
Pascala. Ostatnie rozwiązanie jest jednak pożałowania godnym. Tak samo pożałowania god-
nym rozwiązaniem jest bazowanie na cudzych doświadczeniach religijnych. Ci ludzie, gdy
staną u kresu swojej drogi, przeżyją rozczarowanie. Ktoś, kto nie ma żadnych doświadczeń
religijnych jest martwy duchowo. To oczywiste.

Reporter Cincinnati Inquirer pisał 27 stycznia 1904 roku:
„Prawie trzy miesiące minęły od kiedy ten człowiek przyjechał do Galena, a już
w tym czasie uzdrowił ponad 1000 osób i więcej niż 800 nawrócił (…). Ludzie, którzy
od lat chodzili o kulach, przed ołtarzem prostowali się. Tutaj wierzący otrzymują coś,
co nazywają „zielonymi świętami” i to umożliwia im mówienie językami, tzn. mówie-
nie w obcych językach, które są im bez tej mocy Ducha zupełnie me znane. To mówie-
nie językami jest uważane za jedną z ważniejszych rzeczy na tych zgromadzeniach. W
poprzednim tygodniu podczas nabożeństwa wstała pewna niewiasta i mówiła około 10
minut, nie będąc – jak się wydawało – przez nikogo rozumianą. Pewien Indianin, który
tego dnia przyszedł tam z rezerwatu Pawnee, aby wziąć udział w Zgromadzeniu,
stwierdził, że mówiła ona w języku jego plemienia i że rozumiał on każde słowo…”
(…) a zwłaszcza ci, którzy mają choćby minimalną wiedzę o funkcjonowaniu mó-
zgu i o niewiarygodnych możliwościach tego narządu.
Z tego co wiem możliwości mózgu są wciąż niezbadane, a psychologia jest nauką, która

jeszcze nie doszła kresu swoich możliwości. W tej sytuacji twierdzenie, że „minimalna wie-
dza o…” zakrawa na zwykłą ignorancję. William James był psychologiem i interesował się

doświadczeniami religijnymi, zostawił po sobie wspaniałą książkę: Doświadczenia religijne.
Dawkins zna tę książkę, a przynajmniej słyszał o niej, tutaj zaś nieoczekiwanie ją przemilcza.
Nie chciało się przeczytać? Nie zgłębił tematu? To po co wypowiada się o sprawach, o któ-

rych nic nie wie. A jest to jedna z najwspanialszych książek XX wieku. A może najwspanial-
sza. Już Kant wypowiadał się przeciwko zinstytucjonalizowanemu chrześcijaństwu. To samo

powtórzył William James.
Podczas dotknięć Ducha Świętego w jednej chwili zmienia się osobowość człowieka,
zmienia się spojrzenie na świat, rozumuje się zupełnie innymi kategoriami i pragnie innych
rzeczy. Nagle ogarnia nas miłość do wszystkich i do wszystkiego. Nieważne są dogmaty, tra-
dycja, niewiele nam pomoże posiadanie wiedzy o Bogu, z Bogiem należy być, Boga należy
mieć, a najlepiej być w Nim. Wtedy żaden Filistyńczyk nas nie przestraszy, bez względu na to
czy nazywa się Goliat, czy Dawkins.
Tak samo jest z wizjami. Dopóki pozostaje się w ciele można nie wierzyć w piekło,
można powątpiewać w istnienie Boga, można nie wierzyć w wiele innych takich, czy innych
rzeczy. Jednak wystarczy, że tylko na chwilę znajdziemy się poza ciałem, a natychmiast
wszystko staje inne. W jednej chwili. Również nasze zdanie o owych rzeczach, w które wąt-
pimy, gdy jesteśmy w ciele się zmienia.

Kiedyś, gdy byłem daleko od Boga, lubiłem udowadniać, że piekła nie ma. Wyszukiwa-
łem wszelkich możliwych dowodów, dowodów z Pisma przede wszystkim, także dowodów
„zdroworozsądkowych”. Przynajmniej dwie osoby udało mi się przekonać. Wdawałem się w
dyskusje, czasem niemal kłótnie (z baptystami przede wszystkim). Jednego razu zasypiam,
sen nie chce jakoś przychodzić. Nagle jakieś niewiedzione usta zbliżają się do mego
lewego ucha i mówią: „Piekła nie ma. Piekła nie ma. Ha, ha, ha”. Trochę dało mi to do
myślenia, ale tylko na chwilę, bo już następnego dnia udowadniałem, że piekła nie ma. Wiem
co to jest iść w zaparte w tego typu sprawach. Jakiś czas potem ktoś, kto tylko przypadkowo
przysłuchiwał się dyskusji o piekle, powiedział: „Hulaj duszo, piekła nie ma,”. Dało mi to
jeszcze więcej do myślenia i na dłużej. Nigdy nie zapomnę wyrazu jego twarzy.
Dowód z Pisma
s. 137

Począwszy od XIX wieku wykształceni teologowie uznają istnienie poważnych do-
wodów na to, że Ewangelie nie są wiarogodnym zapisem historycznych zdarzeń za-
chodzących w realnym świecie.

Po pierwsze nie wszyscy, po drugie XIX-wieczny sceptycyzm został ostudzony w XX
wieku. Nikt już nie twierdzi, że Ewangelie powstały w II wieku. Daty powstawania Ewangelii
są wciąż przesuwane wstecz pod naporem nowych faktów. Dlaczego Ewangelie nie są przez
niektórych uważane za wiarygodne źródło? Ze względu na cuda w nich zawarte. Jednak cuda
Jezusa uzyskują nieoczekiwane wsparcie ze strony Flawiusza oraz Talmudu. Poza tym nie
żyjemy już w wieku XIX aby całkowicie odrzucać jakiekolwiek cuda. „W realnym świecie” –
jakbym czytał Spenglera.
Wszystkie powstały długo po śmierci Jezusa, a nawet po Pismach Pawła, któryzresztą praktycznie nie wspomina o żadnych faktach z życia Chrystusa przywoły-
wanych w Nowym Testamencie.

Długo po śmierci Jezusa? W 1972 roku O. Callaghan znalazł cztery fragmenty Ewange-
lii Marka w Qumran, a to oznacza, że musiały tam dotrzeć przed rokiem 68. Paweł wielokrot-
nie powołuje się na fakt śmierci i zmartwychwstania Jezusa, a także na fakt, że po swym
zmartwychwstaniu ukazał się Piotrowi i innym „braciom” (1 Kor 15, 6-7), kilkakrotnie cytuje
słowa Jezusa (1 Tes 4, 15; 1 Kor 7, 10; 9, 14; 11, 23 n).
Różnica pomiędzy oryginałem a pierwszym zachowanym tekstem jest mniejsza niż dla
innych pism starożytnych. Najstarszy rękopis dzieł Ajschylosa (525-456) pochodzi z około
1000 roku. Okoliczności przekazywania tekstu są więc wyjątkowo korzystne i nie mogą
usprawiedliwiać nadmiernego krytycyzmu ze strony takich ludzi jak Dawkins. Ich wątpliwo-
ści mają zupełnie inne podłoże.
s. 140

Mateusz, wywodząc pochodzenie Jezusa „z rodu Dawidowego” doliczył się dwu-
dziestu ośmiu pokoleń, Łukasz natomiast czterdziestu jeden? Gorzej – tylko jedno

imię występuje na obydwu drzewach genealogicznych sporządzonych przez
ewangelistów! Co skądinąd i tak uznać należy za mało istotne, bowiem jeśli

Jezus narodził się z dziewicy, to raczej dla spełnienia starotestamentowego proroc-
twa nie ma wielkiego znaczenia, czy przodkowie męża jego matki istotnie pocho-
dzili z królewskiego rodu.

Nie dwudziestu ośmiu, tylko dwudziestu siedmiu i nie czterdziestu jeden, tylko czter-
dziestu dwóch. Dawkins jak zwykle jest niedokładny. „Tylko jedno imię występuje na oby-
dwu drzewach genealogicznych” – zgaduję, że ma na myśli Dawida. A Salatiel i Zorobabel?

Występują zarówno u Mateusza jak i Łukasza – więc trzy imiona, nie jedno. Brak dokładno-
ści, to nieodłączna cecha Dawkinsa. Przyzwyczailiśmy się już do tej jego cechy. Dawkins nie

napisał nic nowego, ta sprawa dyskutowana była już przez starożytnych. Już Justyn Męczen-
nik (zm. 165) napisał:

„Chrystus to Syn Boży, który był przed „jutrzenką” i „księżycem”, który stał się ciałem
i narodził się z owej Dziewicy rodu Dawidowego”10
.

Orygenes (185-154) pisał:
„Ewangeliści nie jednakowo przestawiają rodowód Jezusa i fakt ten mocno niepokoi

niektórych ludzi”. Łukasz „przedstawia genealogię Zbawiciela w linii męskich przod-
ków”. Mateusz natomiast podaje genealogię Marii. „U Mateusza przy każdym imieniu

podano określenie oznaczające pochodzenie; u Łukasza słowo to całkowicie pominięto.

W Ewangelii Mateusza (…) aż do końca powtarza się słowo „zrodził”; w Ewangelii Łu-
kasza natomiast, (…), napisano: „Był jak mniemano, synem Józefa”11

Innego wyjaśnienia udzielił Augustyn (354-430):

„A jeśli kogoś zastanawia, że innych przodków wymienia Mateusz wychodząc od Da-
wida aż do Józefa, a innych Łukasz wstępując od Józefa aż do Dawida, łatwo znajdzie

odpowiedź jeśli zwróci uwagę, że Józef mógł posiadać dwóch ojców, jednego przez
którego został urodzony i drugiego, przez którego został zaadoptowany”12
.

Gdyby Łukasz i Mateusz rzeczywiście zaprzeczali sobie, i gdyby taka była opinia, że

sobie zaprzeczają, którejś z tych Ewangelii (np. Łukasza, bo nie ma apostolskiego pochodze-
nia) nie wciągnięto by do kanonu.

s. 142
W opisującej dzieciństwo Chrystusa Ewangelii Tomasza…

10 Justyn Męczennik, Dialog z Żydem Tryfonem, I, 54, 4.
11 Orygenes, Homilie do Ewangelii św. Łukasza, homilia 28, 1-3.
12 Augustyn, O zgodności ewangelistów, księga II, 3, 5.

Ewangelia Tomasza, to zbiór logiów Jezusa, natomiast Ewangelia Dzieciństwa
Tomasza zajmuje się dzieciństwem Jezusa (powstała w IV wieku) i chyba to o nią
chodzi Dawkinsowi. W takich sytuacjach należy wykazać się dokładnością.
Ktoś mógłby powiedzieć, że nikt przecież nie wierzy w takie bajkowe opowieści,
jakie można znaleźć w Ewangelii wg św. Tomasza. Ale przecież na dokładnie tej
samej zasadzie nie mamy żadnych powodów, by wierzyć czterem kanonicznym
Ewangeliom.
Kanon czterech Ewangelii został ustalony już na początku II wieku. Natomiast bajeczne
ewangelie, do których czytania chciałby nas zachęcić powstały w latach 150-400. Nie Tylko
bajeczność zadecydowała o tym, że nie weszły do kanonu, powstały one w czasach gdy kanon
czterech Ewangelii już istniał. Ale o tym Thomas Jefferson – Dawkins lubi go cytować – nie
mógł wiedzieć, ale Dawkins może, gdyby chciał.
Rzekomy błąd tłumaczy „almah”, co znaczy „młoda kobieta”, na greckie „parthenos”,
czyli dziewica. Znawca hebrajskiego się znalazł. Kiedy to Żydzi doszli do wniosku, że „al-
mah” z Iz 7, 14 nie znaczy dziewica? Dopiero wtedy jak chrześcijanie zaczęli to wykorzystali
w swoich z Żydami polemikach. Termin ten występuje również w Rdz 24, 43; Wj 2, 8; Ps 46,1; 68, 26; Prz 30, 19; Pnp 1, 3; 6, 8; 1 Krn 15, 20. Nie była to jedyna zresztą poprawka. Prze-
kład Akwili (około roku 130) oprócz zamiany „parthenos” na „neanis” w Iz 7, 14, zamienił
również termin „diatheke” (przymierze, testament) na „syntheke” (układ) w Wj 24, 1 nn. O
tym Dawkins nie raczył się dowiedzieć. Mało ważny szczegół? Skoro wypowiada się na te-
mat okoliczności powstania chrześcijaństwa, powinien był poznać wszystkie możliwe szcze-
góły.

Dowód z uczonego (144-152)
s. 150

Chcąc przekonać tych, którzy jeszcze nie zostali przekonani, Dawkins sięga po argu-
ment, iż im lepiej jest się wykształconym i inteligentniejszym tym większe prawdopodobień-

stwo bycia ateistą (s. 150-151). Bo przecież każdy chce być mądrym. O czymś jednak najwy-
raźniej nie chce wiedzieć. Rozwój jednej tylko cechy prowadzi do zaniku innych. Od staro-

żytności zaleca się, by rozwijać zarówno sprawność fizyczną, jak i intelekt. Ale czy tylko do
tych dwóch zdolności ogranicza się człowiek?13 Co z intuicją? Czy zawsze i w każdej sytuacji
intelekt jest ważniejszy od intuicji? Można wyliczyć wiele sytuacji, w których intelekt jest
mniej przydatny od intuicji. Np. w warunkach zagrożenia, w pracy policyjnej, w archeologii,
o literaturze i sztuce nie wspominając. Może też być źródłem inspiracji. Dzisiaj postawiliśmy
na intelekt i efekt jest taki, że małe dziecko ma lepszą intuicję niż dorosły człowiek. Intelekt

13 Platon mówił o triadycznej strukturze ludzkiej duszy. Arystoteles mówił tylko o dwóch częściach: materii i formie. W końcu średniowiecza poszliśmy za Arystotelesem i to był błąd.

jest nadmiernie rozwinięty, a pozostałe właściwości w zaniku – karykatura człowieka.
To dlatego nie powstaje dzisiaj wielka literatura, wielka sztuka, wielka muzyka,
pomimo iż ludzi mamy więcej niż kiedykolwiek przedtem. Przerost intelektualny pociąga za
sobą wiele negatywnych skutków, których nie uświadamiamy sobie do końca.

A uczeni? Człowiek uczony lubi różnić się od ogółu, zwłaszcza w kwestiach światopo-
glądowych. Już w starożytności mędrcy mieli inne zapatrywania na religię i szczycili się tym.

Celsus już około roku 180 pisał, że filozofów odstrasza od chrześcijaństwa tłum jego wy-
znawców. Mędrcom zawsze się wydawało, że właśnie oni i tylko oni mają rację, zawsze jed-
nak wychodziło na to, że tylko niektórzy z nich. Mędrzec niejako z obowiązku musi mieć

inne poglądy niż otaczający go tłum.
Zakład Pascala (ss. 152-154)
Zakład Pascala całkiem słusznie bywa nazywany hazardem. Żyć przez całe życie w

niepewności odnośnie tak ważnej sprawy, jaką jest życie pośmiertne, to naprawdę pożałowa-
nia godne. Odnoszę jednak wrażenie, że zakład Pascala pomyślany został w trosce o ludzi

słabych w wierze, ludzi którzy nie mają głębszych doświadczeń religijnych, a którzy wierzą
tylko dlatego, bo ich tak nauczono. W takim przypadku „zakład” może spełniać pozytywną
rolę. Co jeszcze ma nam Dawkins do powiedzenia?
A teraz załóżmy na odmianę, że Bóg, przed którego obliczem przyszło nam stanąć

po śmierci, to Baal, i przyjmijmy też, że Baal jest nie mniej zawistny niż Jego daw-
ny rywal Jahwe. Czy w tej sytuacji nie byłoby dla Pascala lepiej przyjąć, że żaden

Bóg nie istnieje, niż postawić na nie tego Boga?
Dawkins jest więc w lepszej sytuacji od Pascala? Myśli sobie, gdzieś w zakamarkach
duszy, że wystarczy żyć moralnie, a wówczas po śmierci jeżeli nawet – nie daj Boże – się
okaże, że istnieje Bóg, nie spotka go krzywda.
Dowód z twierdzenia Bayesa (154-160)
s. 159
Można na przykład przyjąć koncepcję Boga złośliwego (taki właśnie wychyla się z
każdej stronicy Starego Testamentu).

Zacznijmy od początku. Czy Bóg był złośliwy wypędzając pierwszego człowieka z ra-
ju? Chodziło wprawdzie o drobiazg, ale człowiek nie dotrzymał warunków (Rdz 3, 3). Czy

zachował się złośliwie wobec Kaina kładąc na nim znak po zabójstwie brata (Rdz 4, 15). Czy
potop był wynikiem złośliwości? Każdy, kto przeczytał uważnie ST bez większego trudu mo-
że zadać kłam Dawkinsowi.

s. 160
„kto stworzył Boga?”
Pytanie to powtórzy jeszcze kilkakrotnie14

. Do kogo jest zwrócone? Do wyznawców
hinduizmu, wyznawców politeistycznych religii starożytnego Sumeru, Akkadu, Grecji, czy
też Rzymu? Bo jeżeli ma to być argument przeciwko chrześcijaństwu, to Dawkins odsłonił
bardzo wstydliwą część swego intelektu. Najwyraźniej ma jakieś ciągotki politeistyczne. Za-
łożenie, że Bóg powstał, bądź został stworzony zakłada, że nie jest ponad czasem. Czas istniał
przed Bogiem. Kto go stworzył? Nikt? Powstał samoistnie? A może jest odwieczny? W takim
razie czas winien być Bogiem, albo jednym z bogów Dawkinsa.

Słowa ‘powstał’, ‘istnieje’, ‘został stworzony’ z góry zakładają, że ktoś lub coś ograni-
czone jest czasem, nie można ich odnosić do kogoś, kto jest poza czasem. Bóg jest ponad cza-
sem i ponad przestrzenią. To z Niego, z Jego treści wyłoniły się czas, przestrzeń i wszelkie

byty. Od największego do najmniejszego – gradualizm ontyczny. Gdyby Bóg był tylko abs-
trakcją, niczego nie mógłby stworzyć, zawsze musiał być pojęciem substancjalnym. Ateizm,

wbrew sobie, prowadzi swoich wyznawców do wiary w cuda, bo jakim cudem podczas big-
bangu z niczego powstało wszystko. Wiara zaś w odwieczność materii przez samo to jest nie-
dorzeczna, że daje czasową nieograniczoność temu, co ograniczone jest przestrzennie. Coś, co

jest ograniczone przestrzennie, musi też być ograniczone czasowo.
Autor obiecał nam: „nim przejdę do wyjaśniania powodów, dla których sam nie wierzę
w istnienie Boga, mam obowiązek rozprawić się z dowodami na jego istnienie, które do tej

pory nam proponowano” (s. 115). Niestety nie dotrzymał obietnicy. Obalając dowody wybie-
rał głównie średniowieczne wersje tych dowodów15

To tak, jakby ktoś obalał teorię ewolucji
w oparciu o to, co napisali Lamarck i Darwin, a nie chciał zaznajomić się z tym, co zostało

dokonane przez ich następców. Nie byłoby to uczciwe, nie byłoby też naukowe. Taką to me-
todę stosuje Dawkins, który dopuścił się jeszcze jednego niedociągnięcia, obalając dowody

nie zawsze wiernie je przytaczał, nadawał im Dawkinsowskie brzmienie, nie zawsze zgodne z
intencją ich twórców.
Znaczenie dowodów
Dowody są potrzebne dla osób które nie znają Boga, bądź są od Niego bardzo daleko.
Ktoś, kto jest blisko nie potrzebuje dowodów, również żadne argumenty przeciwko istnieniu
Boga nie są w stanie nim zachwiać. A wiara? Wiara jest wtedy, gdy jest się daleko od Boga,
gdy jest się przy Nim, albo w Nim, mamy do czynienia z czymś więcej niż wiarą. Najpierw
jednak trzeba uwierzyć, trzeba zaufać. Bóg pozwoli znaleźć się każdemu, kto rzeczywiście
chce Go znaleźć.

14 Na s. 223 napisał: „kot zaprojektował projektanta”.
15 We Wstępie napisał „są to argumenty bardzo wątpliwej jakości” (s. 11).

La Mettrie stwierdził, że jedynie w stanie choroby lub podczas zbliżania się
śmierci zaczynamy szukać Boga. Wystarczy jednak, by stan zdrowia się poprawił, a
natychmiast przestajemy wierzyć w Boga. Według niego to ma być dowód przemawiający za
nieistnieniem Boga.
Dawkins lubi cytować Thomasza Jeffersona (1743-1826), trzeciego amerykańskiego

prezydenta i wynalazcę krzesła obrotowego, ja zacytuję innego Amerykanina, Williama Ja-
mesa (1842-1920), tym razem filozofa i psychologa, współtwórcę nowego systemu filozo-
ficznego, pragmatyzmu, założyciela pierwszego psychologicznego laboratorium eksperymen-
talnego w 1875 roku (jeszcze przed Wundtem):

„Nie lękajcie się życia. Wierzcie, że warto żyć a wasza wiara dopomoże realizacji tego

faktu. „Dowód naukowy” że wy macie rację przyjść może dopiero w dniu sądu osta-
tecznego. Ale odważni wojownicy mogą zwrócić się do ludzi słabego serca, którzy od-
mówili pójść z nimi, słowami któremi powitał Henryk IV spóźniającego się Grillona po

wielkim zwycięstwie: „Powieś się, dzielny Grillonie! Myśmy się bili pod Arques, a cie-
bie tam nie było!”16

Rozdział czwarty
Dlaczego Dawkins się myli (ss. 161-224)

Na argumenty teistów, że musi być jakaś przyczyna powstania wszystkich bytów, Daw-
kins odpowiada przewrotnie, że istnienie Boga jest statystycznie biorąc jeszcze bardziej nie-
prawdopodobne niż nasze istnienie.

Nieredukowalna złożoność (170-179)
Dawkins atakując kreacjonistów dobiera sobie łatwych przeciwników – Strażnica. Na

stronach 170-172 jest nim Strażnicy. Nie lubię słabych przeciwników, ani słabych sojuszni-
ków, możemy więc to sobie bez żadnej straty odpuścić.

s. 176

„Przypuszczenie, że oko ze wszystkimi niezrównanymi jego urządzeniami dla na-
stawiania ogniskowej na rozmaite odległości, dla dopuszczenia rozmaitych ilości

16 Por. W. James, Czy warto żyć?, przeł. W. Kosiakiewicz, Warszawa 1901, s. 62.

światła oraz dla poprawienia sferycznej i chromatycznej aberracji mogło
zostać utworzone drogą naturalnego doboru, wydaje się – zgadzam się na to
otwarcie – w najwyższym stopniu niedorzeczne”. Kreacjoniści z lubością powołują
się na ten cytat, ale nie muszę chyba dodawać, że nigdy go nie rozwijają. „Otwarta
zgoda” Darwina jest bowiem jedynie chwytem retorycznym. To klasyczny podstęp
– warto podpuścić przeciwnika bliżej, żeby potem trafić go celniej. A tym celnym
trafieniem jest proste wyjaśnienie, jak mogły wyglądać kolejne etapy ewolucji oka.
Podając ten przykład, Dawkins chce pokazać czytelnikowi jaki jest odważny, nie boi się
żadnych wyzwań, nawet tych najtrudniejszych. Problem jednak w tym, że nawet nie próbuje
odpowiedzieć. Sądzi że samą tylko uwagą, iż przykład ten służy rozzuchwaleniu, by bliżej

podeszli, a wtedy łatwiej będzie ich ustrzelić, przerazi każdego kto odważyłby się mu to wy-
tknąć. Zrobiłby lepiej, gdyby się uczciwie przyznał, iż nie wie, bądź odesłał do jakiegoś opra-
cowania, które wyjaśnia tę kwestię. Nie robi tego, bo chce udawać wszechwiedzącego.

Skoro Dawkins nie chce rozwinąć myśli Darwina, zajrzyjmy doń sami. Oto w jaki spo-
sób Darwin do nas strzela:

„Kiedy po raz pierwszy powiedziano, że słońce jest nieruchome, a ziemia się dookoła
niego obraca, zwykły ludzki rozsądek uznał tę teorię za błędną; lecz stare przysłowie:
vox populi vox Dei, jak każdemu filozofowi wiadomo, nie może znaleźć zastosowania w
nauce”17
.
Argumentem z Kopernika posługiwał się już Holbach (1723-1789). A zdrowy rozsą-

dek? W pierwszej połowie XIX wieku większość systemów filozoficznych głosiła, że wraże-
nia zmysłowe – a na nich to opiera się zdrowy rozsądek – są bądź mogą być błędne, wprowa-
dzają nas w błąd, a świat który widzimy nie jest rzeczywistym światem. Jedynym pewnym

oparciem jest myśl. Takim to argumentem posłużył się Darwin, bo darwinizm to w istocie
jeszcze jeden system filozoficzny, roszczący sobie pretensje do tego, że jest tym jedynym

prawdziwym. Jednak wiara, iż Bóg jest stwórcą wszechrzeczy nie opiera się właśnie na zdro-
wym rozsądku, ponieważ nikt z nas nie widział nigdy Boga, a zwłaszcza podczas stwarzania

czegokolwiek. Wiara ma inne źródło niż zdrowy rozsądek. Do tzw. „zdrowego rozsądku” ci,
którzy nie chcą wierzyć, że cokolwiek może istnieć poza materią.
W stwierdzeniu Darwina można też zauważyć ślad przekonania, iż nowe wyjaśnienie
jest bardziej prawdopodobne, wiarygodne – i naukowe – niż stare. Chciałbym zauważyć, że
religie politeistyczne w istocie rzeczy propagują ewolucjonizm. Ewolucyjny rozwój świata,
nowe pokolenia coraz to doskonalszych bogów i innych istot, w miejsce dawnych potworów,

widzimy to w mitologii japońskiej, hinduskiej, sumeryjskiej, greckiej i wielu innych. Polite-
izm jest największym sojusznikiem ewolucjonizmu. Z czymś zupełnie nowym mamy do czy-
nienia w religiach monoteistycznych – i tutaj mamy rzeczywisty postęp. Ewolucjonizm to

17 K. Darwin, O powstawaniu gatunków, przeł. Sz. Dickstein, J. Nusbaum, Jirafa Roja, Warszawa 2006, s. 162.

powrót do dawnej koncepcji, wtedy wyrażanej językiem mitycznym, teraz naukowym.
Co jeszcze napisał Darwin:
„Pytanie, w jaki sposób nerw stał się wrażliwy na światło, nie obchodzi nas bardziej niż
to, w jaki sposób powstało samo życie”18
.

Inaczej mówiąc: Są ważniejsze rzeczy niż oko, gdy te wyjaśnimy, do oka wrócimy. Za-
chodzi więc pytanie, czy Dawkins zaglądał do tego tekstu. A może Darwin wyjaśnia to w

dalszych partiach. Proszę bardzo:
„Trudno uniknąć porównania oka z teleskopem. Wiemy, że narzędzie to udoskonalone

zostało wskutek długotrwałych usiłowań najznakomitszych umysłów. Stąd wnioskuje-
my naturalnie, że i oczy utworzone zostały w analogiczny sposób. Czy jednak wniosek

podobny nie będzie zbyt śmiały? Czy mamy prawo przypuszczać, że Stwórca działa
przy pomocy intelektu podobnie jak człowiek?”
Stwórca, czyli Dobór Naturalny, to obiekt czci Darwina, a także pewnego innego pana,
którego nazwisko również zaczyna się na D.
„U żywych organizmów zmienność będzie powodowała drobne odchylenia, które w
pokoleniach będą mnożyły się w nieskończoność, a dobór naturalny będzie wyławiał z
nieomylną sprawnością każde ulepszenie. Przypuśćmy, że proces ten będzie postępował
przez miliony lat i że w każdym roku dotknie on miliony różnorodnych jednostek. Czyż
nie możemy spodziewać się, że wytworzy się tą drogą żywe narzędzie optyczne o tyle
doskonalsze od szklanego, o ile dzieła Stwórcy są wyższe od dzieł człowieka?”19

Czy ktokolwiek został ustrzelony? A może przytoczyłem niewłaściwe partie tego roz-
działu? Więc proszę wskazać na te właściwe, w których Darwin rzeczywiście ustrzela wątpią-

cego w jego teorię. Tak więc Dawkins nie jest uczciwy wobec swego czytelnika, czytelnika
na którym zarabia i to nieźle. Wprowadza go w błąd. Ujawnia się tutaj cynizm Dawkinsa,
który aż nadto dobrze wie, że większość jego czytelników nigdy nie sięgnie po XIX-wieczny

tekst Darwina. Wie również i o tym, że jego koledzy ewolucjoniści nigdy mu tego nie wy-
tkną. Dlatego może sobie pozwolić na takie zachowanie.

Dawkins nie przytacza nam, jak Darwin odpowiedział na to prowokujące pytanie, ale
próbuje go w tym wyręczyć – sądzi, że zrobi to lepiej – od swego mistrza i rozwodzi się przed
swoim czytelnikiem, że zanim doszło do powstania [pełnego] oka, najpierw musiało powstać
pół oka (odkrywcze). Szkoda, że myśli tej nie rozwinął, bo gdyby chciał być konsekwentny,

musiałby powiedzieć, że pół oka powstało z 1⁄4 oka, 1⁄4 z jeszcze mniejszej części i tak w nie-
skończoność. W efekcie tego powstałby nowy paradoks, już nie Zenona, lecz Dawkinsa.

18 K. Darwin, O powstawaniu gatunków, przeł. Sz. Dickstein, J. Nusbaum, Jirafa Roja, Warszawa 2006, s. 162.
19 K. Darwin, O powstawaniu gatunków, przeł. Sz. Dickstein, J. Nusbaum, Jirafa Roja, Warszawa 2006, s. 165.

„Jakiż jest pożytek z połowy oka?” albo „Jaki jest pożytek z połowy
skrzydła?” to klasyczne wersje „dowodu z nieredukowalnej złożoności”.
Dawkins wychodzi z założenia, że większość jego czytelników nigdy nie zada sobie
trudu, by dociec o co chodzi w „nieredukowalnej złożoności”. Porównuje do połowy oka,
bądź połowy skrzydła, tymczasem dotyczy to biochemii i biologii komórkowej. Zajrzyjmy do
Behe’go:

Nieredukowalna złożoność (…) to pojedynczy system, złożony z kilku dobrze dopaso-
wanych, oddziałujących ze sobą części, którym przypisuje się podstawowe funkcje,

gdzie usunięcie jakiejkolwiek z tych części powoduje, że system przestaje sprawnie
funkcjonować

W układzie nieredukowalnym nie chodzi o różnice ilościowe – połowa oka, połowa
skrzydła – lecz jakościowe. Idea Behe’go jest taka, że systemu nieredukowalnie złożonego
nie można wytworzyć w procesie ewolucji – musi zostać stworzony od razu w całości, aby

mógł się do czegokolwiek nadawać. Behe jako przykłady biologicznych mechanizmów niere-
dukowalnie złożonych podaje wić bakteryjną, rzęskę, kaskadę krzepnięcia krwi, transport

międzykomórkowy czy proces widzenia. To nie połowa oka i nie połowa skrzydła są klasycz-
nymi wersjami dowodu na nieredukowalną złożoność. Wygląda na to, że albo nie odróżnia

„oka” od „procesu widzenia”, albo sobie kpi z inteligencji swego czytelnika.
s. 179
Argument „nieredukowalnej złożoności” obala w taki oto zabawny sposób:
[…] Jeżeli taka rzeczywiście nieredukowalna złożoność istnieje, obala to teorię

Darwina. Sam jej twórca powiedział zresztą: »Jeśliby można było wykazać, że ist-
nieje jakikolwiek narząd złożony, który nie mógłby być utworzony na drodze licz-
nych, następujących po sobie drobnych przekształceń – teoria moja musiałaby ab-
solutnie upaść. Wszelako takiego przykładu nie znalazłem«. Nie znalazł go Darwin,

ani nikt, kto próbował później, mimo, wierzcie mi, iście desperackich wysiłków.

Było już wielu pretendentów do tytułu Świętego Graala kreacjonizmu – jednak ża-
den długo się nie ostał.

A dlaczego wśród biologów, w ostatnich czasach, jest tak wielu agnostyków. Wielu
innych nie przyznaje się do swoich wątpliwości nawet jeżeli je mają. Silna jest presja w tym

środowisku. Obawa przed utratą pracy. Dawkins chce ich wszystkich zmusić do bycia konse-
kwentnym.

Poza tym, gdyby nawet kiedyś udało się znaleźć jakikolwiek przykład niereduko-

20 M.J. Behe, Darwin’s Black Box: The Biochemical Challenge to Evolution, The Free Press, New York 1996, s.

walnej złożoności obalający teorię ewolucji, czyż nie zagroziłby on również
podstawom teorii inteligentnego projektu. Czy zresztą już jej nie podważył?

Mówiłem nieraz (i wracać do tego będę wielokrotnie) – jakkolwiek mało wiedzieli-
byśmy o Bogu, jednej rzeczy możemy być pewni. Bóg musiałby być bytem o nie-
prawdopodobnej wręcz złożoności. Zaiste nieredukowalnej!

Dawkins nie potrafi myśleć o Bogu inaczej jak tylko w kategoriach ewolucyjnych. Jeże-
li Bóg powstał w wyniku ewolucji, to po pierwsze nie może i nigdy nie będzie mógł być Bo-
giem wszechpotężnym, nieograniczonym, wszechwiedzącym itd. Bóg taki ciągle się rozwija,

ale nigdy nie uzyskuje absolutnej doskonałości i w takiego to boga Dawkins wierzy, napisał
przecież „wszechmoc i wszechwiedza to atrybuty wzajemnie się wykluczające” (s. 118). I

tutaj, po raz kolejny, popada w sprzeczność z samym sobą – chce boga ograniczonego, a jed-
nocześnie chce, by był nieprawdopodobną złożonością.

Bóg ewoluujący nie zasługuje na oddawanie mu czci i nie w takiego Boga wierzymy.

Bóg ewoluujący, to bóg zmienny, może zmieniać swój stosunek do ludzi i nie może być gwa-
rantem wiecznego zbawienia.

Kult luk (179-192)
Na stronach 179-192 zarzuca kreacjonistom „kult luk”. A przecież sam ucieka się a to
do „rusztowania”, „dźwigu” „żurawia”, do wiary, że nauka w przyszłości wyjaśni te kwestie
ewolucjonizmu, których jeszcze nie potrafimy wyjaśnić. Uprawia więc nic innego jak kult

luk, tyle tylko, że w inny sposób. Z jego też książek najwyraźniej wynika, że nie lubi zajmo-
wać się sprawami, które obalają ewolucję. Nie lubi też o nich myśleć. A jednocześnie potrafi

powiedzieć, że nie zna żadnych dowodów obalających ewolucję.
s. 180
Przyznanie się do niewiedzy jest zasadniczym składnikiem uprawiania nauki. Wię-
cej – ignorancja jest źródłem radości, gdyż każe zadawać pytania prowadzące do

przyszłych odkryć. Mój przyjaciel Matt Ridley napisał kiedyś: »Większość uczo-
nych jest znudzona tym, co już wie. Tym, co ich napędza, jest niewiedza.

A jak było z tzw. „śmieciowym DNA” stanowiącym aż 98% ludzkiego genomu. Ewo-
lucjoniści uznali, że to są pozostałości po naszych zwierzęcych przodkach, „ewolucyjne śmie-
ci” które teraz do niczego nie służą. W wyniku takiego założenia przez ćwierć wieku nikt nie

badał „śmieciowego DNA”. Był to klasyczny przypadek ignorowania faktów przez dominują-
cy trend w nauce.
„Jedną ze złych stron religii jest właśnie to, że uczy ona, iż cnotą jest trwanie w

niewiedzy”.
Niewiedza jest dobra gdy dotyczy uczonych ewolucjonistów (sto lat temu nie
chciano słyszeć o genetyce, do niedawna jeszcze nie chciano badać „śmieciowego DNA”),

jest natomiast szkodliwa, gdy dotyczy ludzi religijnych. I w taki to sposób sam sobie zaprze-
czył, nie po raz pierwszy zresztą.

s. 182

Micheael Shermer z właściwą sobie ironią zauważył kiedyś, że ilekroć uda się zna-
leźć jakieś skamieniałości z połowy takiego dotychczas „pustego” okresu ewolucyj-
nego, kreacjoniści natychmiast z radością oświadczają, ze odtąd mamy „dziur”

dwa razy więcej.
Nigdy nie spotkałem się, by jakikolwiek kreacjonista tak mówił, bądź pisał. To kolejny

przykład złej woli i przypisywania swoim przeciwnikom słów, jakich oni nigdy nie wypowia-
dali. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, przecież ateista nie ma żadnych moralnych hamul-
ców powstrzymujących go przed kłamaniem. Dla niego cel uświęca środki.

s. 183
Doniesienia kreacjonistów o ludzkich czaszkach odkrytych w osadach karbońskich

czy odciskach stóp humanoidów wśród śladów dinozaurów okazały się czystą baj-
dą.

„Nature” już w 1986 roku pisał o odciskach ludzkich stóp w rejonie Glen Rose, ale

uznał je za fałszerstwa („Nature”, 320/1986, 308). Jednak w kolejnym numerze ich auten-
tyczność została potwierdzona przez doktora Johna Morrisa, geologa z Institute for Creation

Research w El Cajun w Kalifornii („Nature” 321/1986, 722). Spór w tej materii trwa nadal.
W parku narodowym Yellowstone na stoku wzgórza na wysokości ponad 2000 m
n.p.m. zachowała się skamieniała sekwoja21

. Wystaje 5 m ponad powierzchnię ziemi.

s. 185
Chcąc wyjaśnić czym jest, bądź czym nie jest nieredukowalna złożoność Dawkins daje
nam naiwny przykład stosu ułożonego z kamieni. Zapomina – świadomie bądź nieświadomie
– że o stosie decydują jeszcze takie czynniki, jak grawitacja i podłoże, na którym kamienie
spoczywają. Na dodatek kamienie to zbiór nie różniących się jakościowo elementów.
(…) Istnieje wiele struktur nieredukowalnych w tym sensie, że usunięcie dowolne-

21 Dzisiaj ze względu na warunki klimatyczne drzewo to nie mogłoby tam wyrosnąć. Sekwoje rosną w wilgot-
nym i ciepłym klimacie, takim jak na przykład na kalifornijskim wybrzeżu.

go elementu bezpowrotnie je niszczy, mogły one jednak powstać dzięki
istnieniu rusztowania, które potem zostało zdemontowane i nie pozostał po

nim żaden ślad. Kiedy określona struktura już stoi, rusztowanie przestaje być po-
trzebne i można je usunąć.

Rusztowanie! Łatwo jest zwalić przyczynę na coś, czego nie da się dokładnie opisać.
Takie sobie, bliżej nieokreślone „rusztowanie”. Każdy niech je sobie wyobrazi tak jak chce.
Jednak wiara w „rusztowanie”, jakkolwiek może wyjaśnić powstanie dowolnego organu w
oparciu o to „rusztowanie”, nie wyjaśnia zupełnie w jaki sposób powstało to „rusztowanie”.

Ale bardzo proszę, niech nikt nie dorabia do tego kolejnego jeszcze rusztowania, bo to wymu-
si następne i tak regressum infinitum.

Podobnie dzieje się w toku ewolucji – jakiś organ lub struktura wyewoluowały w
oparciu o istniejące u przodków „biologiczne rusztowanie”, które później zanikło.
Potrzeba dużo wiary, by w coś takiego uwierzyć. Czyż nie łatwiej byłoby przyjąć, że to

Bóg w odpowiednim momencie stworzył to „biologiczne rusztowanie” i w odpowiednim usu-
nął.

s. 186
Behe’emu przypisuje się powszechnie zasługę (…) wprowadzenia kreacjonizmu na
nowe obszary biologii – biochemię i biologię komórkową, gdzie, jak zapewne uznał,
łatwiej będzie zapolować na „dziury” niż w świecie oczu i skrzydeł. Najlepszy z

odnalezionych przez Behe’ego przykładów (choć nadal nic nie wart) to wić bakte-
ryjna.

Wcześniej – na stronie 176 – twierdził, że oko i skrzydło używane są jako przykłady
nieredukowalnej złożoności, teraz sam sobie zaprzeczył. Nie wiem jak wielu czytelników
zauważyło niekonsekwencję. Następnie rozpisuje się dość szczegółowo nad rolą wici i nagle
oświadcza:
s. 187
Dobrze, ale darujmy już sobie dalsze szczegóły.
Niesamowite. Zamiast powiedzieć na czym polega nieredukowalna złożoność wici,
mówi o samej wici. A gdy powiedział wystarczająco dużo, uznał że nie już sensu dłużej o tym
mówić. Pozwolił sobie na więcej:
Ważniejsze, że Behe praktycznie bez słowa wyjaśnienia i bez żadnej argumentacji
oświadcza, iż wić bakterii jest organem nieredukowalnie złożonym. Ponieważ nie
stara się podeprzeć swojego twierdzenia żadnymi dowodami, można podejrzewać,

Przeczytaj jeszcze  Czy teologia nie jest "naukowa"?

iż po prostu brak mu naukowej wyobraźni.
Myślę, że 99,9% czytelników tej pseudo-książki nie zauważyło podstępu jaki
zastosował Dawkins. Ja zresztą też nie zauważyłem przy pierwszym jej czytaniu, jakkolwiek

zdziwiło, że kilka stron wcześniej Dawkins mówił o połowie oka i połowie skrzydła, a tu na-
gle o wici bakteryjnej. Gdy sięgnąłem do Behe’go byłem zaskoczony. Aż tak kłamać. Aż tak

kpić ze swego czytelnika. Świadomie wprowadzać go w błąd. Ateiści oraz pseudo-wierzący

lubią stosować zasadę „cel uświęca środki”. A jakież to szczegóły Dawkins pominął milcze-
niem?

Do wytworzenia funkcjonalne wici bakteryjnej potrzeba 30-40 białek. Połowa z nich

stanowi ukończoną strukturę wici, a pozostałe są konieczne przy jej konstruowaniu. Przy bra-
ku choćby jednego z tych białek, nie można zbudować funkcjonalnej wici. I to są właśnie owe

szczegóły, o których Dawkins nie chce mówić, nie chce myśleć i nie chce pisać

Jedno muszę mu przyznać, do perfekcji opanował sztukę przeskakiwania na kwestie

poboczne. Do złudzenia można nawet odnieść wrażenie, że mówi na temat, on jednak rozwo-
dzi się na tematy poboczne, używa wielu słów, słuchacz – bądź czytelnik – ma wrażenie, że

zachwalę otrzyma odpowiedź, ale on swym gadulstwem chce zanudzić słuchacza (czytelnika)
tematem poruszonej kwestii. I to mu się udaje.
Jednak na następnej stronie doszedł do wniosku, że chyba niezupełnie rozprawił się z
wicią bakteryjną, bo powołał się na badania Kennetha Millera, który próbował udowodnić, że
Behe nie ma racji23

. Jednak Miller dopuścił się błędu w badaniach, a Behe mu to szybko wy-
tknął24

. Dawkins milczy o tym wszystkim. Przekracza to jego możliwości intelektualne?
s. 189
(…) komunikat, jaki zwolennik teorii inteligentnego projektu ma do przekazania

prawdziwemu naukowcowi, brzmi: „Jeśli nie rozumiesz, jak coś działa, nie przej-
muj się – machnij ręką i powiedz »Bóg to zrobił«”.

Zacznijmy od tego, że zwolennicy inteligentnego projektu nie zawsze wierzą w Boga.
Oni zakładają, że życie na ziemi pojawiło się za sprawą, jakiejś nie znanej nam inteligencji i
nie należy mylić jej z Bogiem. Dawkins sam wielokrotnie powtarzał, że pierwszą przyczyną
nie musiał być Bóg, że Bóg sam musiałby wyewoluować. Zwolennicy teorii inteligentnego
projektu wierzą właśnie w to, w co zdaniem Dawkinsa teiści powinni wierzyć. Jednak dla

22 Nie lubi on też mówić o mutacjach, które byłyby korzystne. Jeżeli jakiś dziennikarz zapyta go o to, daje za-
stępczą odpowiedź rozwodząc się nad tym, że nasze wyobrażenia ewolucji są bardzo uproszczone, że pewnych

rzeczy nie jesteśmy w stanie przynajmniej na razie wytłumaczyć itd.
23 K.R. Miller, Finding Darwin’s God: A Scientist’s Search for Common Ground Between God and Evolution,
Cliff Street Books, New York 1992, s. 129-164.
24 Behe, The Modern Intelligent Design Hypothesis: Breaking Rules, w: Neil A. Manson, God and Design: The
Theological Argument and Modern Science, s. 282-286.

teisty teoria ta nie wystarcza.
s. 217
Bóg (…) musi być istotą niezmiernie złożoną, a zatem, statystycznie rzecz biorąc,
nieprawdopodobną.
Powtarza ten błędny pogląd już nie wiem po raz który.
s. 219

Nie tylko naukowcy burzą się na myśl, że jedyne, co można zrobić, to milcząco za-
akceptować taką nieprawdopodobną spontaniczność, zwykły, zdrowy rozsądek na

to nie pozwala.
Cieszymy się, że od czasu do czasu jest szczery przed swoim czytelnikiem.
Twierdzić jednak, iż owa pierwsza przyczyna, wielkie nieznane, odpowiedzialne za
to, że istnieje raczej coś niż nic, to istota, która potrafiła zaprojektować Wszech-
świat i przemawiać do miliardów ludzi równocześnie, to nic więcej niż ucieczka od
odpowiedzialności, od odpowiedzialności za znalezienie prawdziwego wyjaśnienia.

No proszę! Dawkins z góry wie, co jest prawdą. Nie jest więc, wbrew swoim nieustan-
nie powtarzanym deklaracjom, zainteresowany znalezieniem prawdy. A przecież we Wstępie,

na stronie 28, napisał:
Gdyby wszystkie dowody świata przemawiały za kreacjonizmem, przyznałbym to
jako pierwszy i natychmiast zmieniłbym poglądy. Tak jak dziś rzeczy się mają,

wszystkie świadectwa (a jest ich nieprzebrana ilość) przemawiają jednak za ewolu-
cją.

To tylko taka czcza, nic nie znacząca deklaracja.
s. 221
(…) własne wierzenia uzasadniał, jak sam określił, historyczną autentycznością

Nowego Testamentu. A przecież właśnie w XIX wieku teologowie (głównie niemiec-
cy) tę rzekomą „historyczność” bardzo mocno podważyli, posługując się zresztą

metodami nauk historycznych.

W XIX wieku liberałowie z Tybingi wyliczyli cały szereg „błędów” Biblii. Argumen-
towano, że nie było Hetytów, nie było Niniwy, nie było króla Sargona, zarzucano błędy histo-
ryczne Łukaszowi. Dziś niemal wszystkie owe zarzuty zostały obalone, pozostało niewiele z

nich. Zostało bardzo niewiele, więc również i one mogą zostać któregoś dnia obalone. Dzisiaj

taki zarzut należy stawiać z wielką ostrożnością.
s. 223

Potrzebny nam „żuraw”, a nie „hak z nieba”, gdyż tylko żuraw może sobie pora-
dzić ze stopniowym i możliwym przejściem od prostoty do nieprawdopodobnej w

każdym przypadku złożoności.
Dawkins chce nam wmówić, że wierzymy w „hak z nieba”. „Żuraw” czy „hak” jest to
tylko kwestia perspektywy. Żadne nie dowodzi Boga, ani go obala. Dawkins woli „żuraw”, bo

patrzy z dołu i taką ma perspektywę. Gdyby patrzył z góry z pewnością wybrałby „hak”. Jed-
no i drugie z teoretycznego punktu widzenia poradziłoby sobie z przechodzeniem od prostoty

do złożoności. I jedno i drugie byłoby nieprzydatne zanim nie osiągnęłoby odpowiedniej zło-
żoności. Jedno i drugie musiałoby się rozwijać na wskutek działania ślepych i przypadkowych

praw natury, zostać użytym w odpowiednim momencie, a następnie zniknąć nie pozostawia-
jąc po sobie śladu.

Jest jednak coś, co nie chce przyjść na myśl ograniczonemu Dawkinsowi, mówienie o
„żurawiu” (skoro nie lubi „haka”), dowodzi, że podświadomie wierzy w projektanta. Wierzy

w to, choć ciągle temu zaprzecza i ciągle popada w sprzeczność z samym sobą. Teoria Dar-
wina, jeżeli jest prawdziwa, powinna wszystko wyjaśnić, a takie uciekanie się a to do „rusz-
towania”, które w odpowiednim momencie się pojawiło i w odpowiednim zniknęło, a to do

„żurawia”, którego dzisiaj nie ma, wyjaśnia wprawdzie w jaki sposób mogły ewoluować ży-
we organizmy, nie wyjaśnia jednak w jaki sposób powstało owo „rusztowanie” albo „żuraw”.

To jest nowa mitologia. Tym razem już nie religijna, bo naukowa. I kto tutaj jest niekonse-
kwentny? Dawkins podświadomie myśli o projektancie, choć tego sobie nie uświadamia.

A może Dawkins zechce teraz nam tłumaczyć, że kiedyś mogły być inne warunki,
więc… Trzeba powiedzieć jakie warunki i odtworzyć je. Dopóki tego nie zrobi będziemy
mieć do czynienia tylko z wiarą, tym razem pseudo-religijną.
Mieliśmy już „rusztowanie” (s. 185), mieliśmy „dźwig” (s. 220), teraz otrzymaliśmy
„żurawia”, przydałaby się jeszcze „drabina”. Kto jednak stworzył owo „rusztowanie”,
„dźwig” i „żurawia”? Nawet nie zauważa, że jest niekonsekwentny.

Rozdział piąty
Korzenie religii (ss. 225-286)
s. 226

Religia jest tak ekstrawagancka i rozrzutna, tak marnotrawna, a dobór
naturalny nie toleruje marnotrawstwa.

Zwykła obserwacja życia wskazuje, że człowiek prawdziwie religijny jest – statystycz-
nie rzecz biorąc – bardziej oszczędny. To bezbożnicy są rozrzutni. Zastanówmy się na chwilę

nad znaczeniem słów „dobór naturalny nie toleruje marnotrawstwa”. Tak powinno być. Jeżeli
to dobór naturalny jest odpowiedzialny za życie w przyrodzie, to istotnie powinien być
oszczędny i wymuszać oszczędność. To jest logiczne. Skoro tak to dlaczego ewolucjoniści
98% DNA nazwali śmieciowym. Takie marnotrawstwo. Bądź co bądź, ale 98% to naprawdę
za dużo, i to już by była rozrzutność. Należało więc badać owe 98%. Oni jednak nie jednak
uznali, że to są śmiecie ewolucyjne i przez ćwierć wieku nie badali tego.
Przyroda to bardzo skąpy księgowy, istny liczykrupa, który karze za wszelkie
przejawy rozrzutności.
Podobnie jak Darwin, a wcześniej Holbach i La Mettrie, ubóstwia przyrodę i nadaje jej
cechy osobowości. Przyroda według Dawkinsa działa świadomie. Przyroda zmusza wszystko
do rozwoju, a tego kto nie chce się rozwijać karze. Przy tak życzeniowym sposobie myślenia
łatwo jest uwierzyć w wizję Darwina. To już jest bóg. W świecie przypadku przypadkowe
zmiany prowadzą do dezorganizacji i rozkładu niż organizacji, a dobór naturalny musi być
bardzo silny, by wymuszać taki rozwój.
Dlaczego więc w małych zamkniętych populacjach geny degenerują się tak szybko, że
jesteśmy w stanie to zauważyć. Dowodzi tego przykład hemofilii w rodach królewskich. Żubr
białowieski jest zagrożony ze względu na degenerację genów. Mówi się nieraz o Amiszach,
że potrzebują dokonać wymiany genowej ze światem zewnętrznym. Darwin natomiast pisał,

że w małych populacjach ewolucja może zachodzić szybciej. W większych populacjach de-
generacja zachodzi wolniej, więc jeszcze jej nie zauważamy.

Przyroda nie toleruje marnotrawstwa. Chodzenie w pozycji pionowej to właśnie przy-
kład marnotrawstwa bądź rozrzutności. Gdyby przyroda stworzyła człowieka, nie pozwoliła-
by mu chodzić w pozycji pionowej, to wskazuje na Stwórcę. Tylko Stwórca może być hojny

czy rozrzutny. Bóg zawsze dawał człowiekowi więcej niż ten potrzebuje. Daje szczodrze:
„Wszystko, co się rusza i żyje, niech wam służy za pokarm” (Rdz 9, 3).
Dawkins widzi w religii „nieszczęśliwy produkt uboczny jakiejś psychicznej skłonno-
ści, która w innych okolicznościach jest (lub była kiedyś) pożyteczna” (s. 240).
Na s. 241 zaznacza, że u ludzi pokolenie przekazywało swoje doświadczenie dzieciom i
była to „całkiem przydatna zasada dla dziecka, tylko, jak każda zdroworozsądkowa reguła,

czasem może mieć niezbyt przyjemne konsekwencje (obserwowaliśmy to u ciem). Zestawie-
nie z zachowaniem ciem jest niefortunne (na s. 244 ponownie), ćma leci do ognia nie dlatego,

że tak ją nauczyli jej „rodzice”. Mamy tu do czynienia z zupełnie innym sposobem przekazy-

wania wiedzy i umiejętności. Dawkins się gubi.
Szeroko rozwodzi się na temat łatwowierności dziecięcych umysłów (ss. 241-
246). To może być pomocne przy przekazywaniu wierzeń następnym pokoleniom, ale nie

tłumaczy w jaki sposób powstały. Poza tym, dziecko takie, gdy urośnie, będzie mniej łatwo-
wierna i przestanie wierzyć w większość owych rzeczy. Ja, gdy byłem dzieckiem, większość

nieprawdopodobnych historii – z religią miały niewiele wspólnego – usłyszałem albo od swo-
ich rówieśników, albo nieco starszych kolegów (najczęściej). Dorośli natomiast najczęściej

prostowali, lub obalali owe bajki. Jesienią 1975 dzieci, w szkole w której się uczyłem, rozpo-
wiadały o Niemcach jeżdżących czarną wołgą, którzy wyłapują ludzi i wyciągają z nich krew.

Jednemu człowiekowi mieli wyciągnąć czterdzieści litrów krwi. Rodzice kazali mi nie wie-
rzyć tym bajkom. W jakim świecie – chciałoby się zapytać – żył i wychowywał się Dawkins.

Ależ go skrzywdzili dorośli25
.

Zdarzało mi się jednak, że niektóre wypowiedzi dorosłych rozumiałem zbyt dosłownie,
bądź niewłaściwie. Np. że „Ruscy mogą nas napaść” – każdą taką wypowiedź brałem jako

zapowiedź wojny. Jako dziecko nasłuchałem się też wielu idealizujących Amerykę wypowie-
dzi (nie tylko od dorosłych). I dlatego długo, długo idealizowałem Amerykę. Nasłuchałem się

wielu złych rzeczy o Rosji i tu również długo trwało zanim się z tego wyleczyłem26
. Ułatwił mi to roczny pobyt w Holandii – w obu przypadkach – a miałem wtedy 33 lata. Oba te procesy zachodziły równolegle. Jest w nas coś, że kogoś lubimy idealizować, a kogoś innego de-
monizować. W moim przypadku nie miało, ani nie ma to nic wspólnego z religią.

Jako dorosły – po 23 roku życia – sam zacząłem miewać doświadczenia natury religij-
nej, o których nikt przedtem mi nie mówił i które wykraczały poza to, co kiedykolwiek od

kogokolwiek usłyszałem. Raz po raz zdarza się jednak, że usłyszę od kogoś, bądź gdzieś
przeczytam coś, co potwierdza moje własne doświadczenia.
s. 247

Dawkins wylicza szereg stwierdzeń, w które jego zdaniem powinien wierzyć chrześci-
jański teolog. Opisuje jednak katolickiego teologa, nie protestanckiego. Zacytujmy dwie z

nich:
Jeśli mówisz coś do siebie nawet w myślach, to człowiek, który nigdy nie miał ojca,
i jego „ojciec”, który jest nim samym, słyszy wszystkie twoje myśli i może spełniać
twoje myśli. W tym samym czasie słyszy też myśli wszystkich innych ludzi żyjących

25 Marcin Rotkiewicz napisał w Polityce (czerwiec 2007): „Religia jest od najwcześniejszych lat wciskana przez
rodziców w bezkrytyczne umysły dzieci, trudno więc się dziwić, iż potrafi świetnie przetrwać i się powielać. Ta

koncepcja Dawkinsa jest najmniej przekonującą partią książki. Wierzenia religijne są bowiem zbyt stare i powszechne, by traktować je wyłącznie w kategoriach bezużytecznego i złośliwego wirusa umysłu czy produktu ubocznego procesów ewolucji”.

26 Zawsze jednak zakładałem, już jako małe dziecko, że wszystko zło jakie można przypisać Rosjanom nie dotyczy Białorusinów i Ukraińców. Znamienne.

na świecie.
To, że Dawkins nie potrafi uwierzyć w Boga wszechmogącego, raczej nas nie
dziwi. On nie potrafi nawet wyobrazić tego sobie. Odnoszę wrażenie, że czytanie w myślach
bardzo mu przeszkadza, drażni go i nie chce tego zaakceptować. On nie chce takiego Boga.
Człowiek wierzący przeciwnie, jeżeli odda Bogu swoje serce, chce by Bóg zawsze był przy
nim, zawsze znał wszystkie jego myśli i niczego nie chce przed Nim ukrywać. Nie chcemy
Boga ograniczonego. Dawkins widocznie chce. A przy okazji, czy Dawkins chowa w swoich
myślach coś, co chciałby ukryć przed Bogiem. Jego oczy zdają najwyraźniej to sugerują, a
uśmiech na twarzy to dobry kamuflaż.
Jeżeli robisz coś złego (albo dobrego), ów człowiek, który nie miał ojca, widzi to,

nawet jeśli twoich uczynków nie zna nikt inny. Za to, co czynisz, możesz być kara-
ny i nagradzany, i to nawet po śmierci.

To nic nadzwyczajnego dla niczym nieograniczonego Boga. Powstanie czegoś z nicze-
go wymaga jednak nieograniczoności, więc Bóg musi być nieograniczony w swoich możli-
wościach.

Na s. 248 przytacza teorię Blooma, według której my – ludzie, a zwłaszcza dzieci, są
urodzonymi dualistami. Nie będziemy tego obalać, skoro Dawkins – twardogłowy monista –
się nie zgodził. Nawet Dawkins ma czasem rację.

Zwłaszcza u dzieci silna jest skłonność do przypisania wszystkim zjawiskom celo-
wości (s. 249). (…) Dziecięca teleologia prowadzi ku religii… (s. 250)

Można to odwrócić – każde dziecko rodzi się ze zmysłem teleologicznym – bądź reli-
gijnym – zmysł ten można rozwijać, a można też unicestwić, co robią materialiści. Czy to

przypadek, że małe dziecko ma nieraz lepszą intuicję niż człowiek dorosły? Po prostu nisz-
czymy ten zmysł.

s. 276
Jeśli twoja wiara słabnie, pracuj ciężko nad tym, by ją wzmocnić, i błagaj go, by ci
pomógł.
W najmniejszym stopniu nie jest to prawdą. Dawkins pisze tu o kimś, kto nie zna Boga,
a jedynie weń wierzy. On nie wie co to znaczy chodzić w Bogu, on nawet nie wie, że jest to
możliwe.

Na stronach 279-286 rozpisuje się o kultach cargo. Sądzi naiwnie, że kult ten obala reli-
gię. Sytuacja wygląda inaczej, w naszym mózgu ktoś zakodował przynajmniej dwie rzeczy:

1)potrzebę czekania na kogoś
2)gdy ten ktoś przybędzie, jego przybycie będzie się wiązało z wielką dla nas korzyścią

U różnych ludzi, w różnych kulturach, w różny sposób to się przejawia.
Nietzsche na przykład wierzył w prawo wiecznego powrotu.

Rozdział szósty
Korzenie moralności (ss. 287-319)

Dlaczego być dobrym, jeśli nie ma Boga (ss. 309-319)
s. 309
Przyznać trzeba, że w tej postaci jest to pytanie wyjątkowo nikczemne.
Dawkins myśli, że po takiej odpowiedzi nikt już więcej nie odważy się postawić takiego
pytania. Prawda jest jednak taka, że większość ludzi tak właśnie myśli. Kto wymyślił hasło:
„Hulaj dusza, piekła nie ma”, albo: „Pożycz pieniądze, oddam ci w życiu pozagrobowym”.

Tego nie wymyślili wierzący, raczej ktoś, kto miał problemy z wiarą. Tutaj mamy do czynie-
nia z rzeczywistą nikczemnością.

Często można spotkać ludzi którzy mówią: „Ja nie potrzebuję Boga”. „A co mi może
zrobić Bóg”. Czasem nawet przeklinają Boga.
s. 315

Niektórzy filozofowie – najsłynniejszy z nich to oczywiście Kant – usiłowali wy-
prowadzić absolutną moralność ze źródeł niereligijnych. Immanuel Kant, jakkol-
wiek sam był człowiekiem wierzącym (co w jego czasach było praktycznie nieunik-
nione27), próbował oprzeć moralność na poczuciu obowiązku.

27 W przypisie powołał się na opinię A.C. Graylinga, że Kant tak naprawdę był ateistą. Zacytujmy więc „ateistę”: „Zwycięstwo nad wszystkimi zewnętrznymi wrogami, którzy uważani są za jedno państwo, stanowi dodatkowy ostateczny dowód trwałości Państwa Bożego traktowanego jako moc. Gdy, ostatni wróg (dobrych ludzi) – śmierć – zostaje pokonany, wszelkie ziemskie życie znajduje swój kres i po obu stronach zaczyna się

nieśmiertelność – dla jednych na szczęście, dla drugich na zgubę. Kościół w dotychczasowej formie zostaje
rozwiązany, namiestnik ziemski zrównuje się z tymi, którzy jako mieszkańcy niebios zostają wywyższeni i tak

oto Bóg jest wszystkim we wszystkim. Takie przedstawienie dziejowego opowiadania, które samo nie jest historią, to piękny ideał epoki moralnej aż po jej kres, która to epoka zostaje przepowiedziana w wierze i utworzona

przez wprowadzenie prawdziwej powszechnej religii. Jej kresu nie dostrzegamy w sposób empiryczny, lecz
jedynie go wyglądamy, nieustannie posuwając się naprzód i zbliżając się do najwyższego dobra, które jest możliwe na ziemi (nie ma w tym nie mistycznego, lecz wszystko zachodzi naturalnie w sposób moralny), tj. możemy się doń przygotowywać. Zjawienie się antychrysta, chiliazm, zwiastowanie rychłego końca świata, w obliczu rozumu wszystko to może nabierać pozytywnego symbolicznego znaczenia, a koniec świata (tak jak bliski lub daleki koniec życia), przedstawiamy jako nieprzewidywalne zdarzenie, bardzo dobrze wyraża konieczność bycia

W przedmowie do pierwszego wydania Krytyki czystego rozumu Kant tak napisał
o metafizyce: Głos mody epoki każe dziś okazywać jej zupełną pogardę. Kant ukrywał
więc swoje prawdziwe myśli, by nie zostać zbyt wcześnie rozpoznanym w świecie, w którym

podważanie istnienia Boga było niemalże naukowym wymogiem. W przedrewolucyjnej Fran-
cji wielu francuskich filozofów – i nie tylko filozofów – atakowało Boga. W Anglii też sze-
rzyła się niewiara. Nie można więc powiedzieć, że bycie człowiekiem wierzącym było w

owych czasach „praktycznie nieuniknione”. Dawkins nie wie o czym mówi.
ss. 315-316
Sławny imperatyw kategoryczny Kanta mówi tyle: „Postępuj zawsze według takiej
maksymy, abyś mógł zarazem chcieć, by stała się ona podstawą powszechnego

prawodawstwa”. Zasadę działania kantowskiego imperatywu bardzo ładnie uka-
zać można na przykładzie kłamstwa. Wyobraźmy sobie świat, w którym ludzie

zwykle kłamią, gdzie mówienie nieprawdy traktowane jest jako zachowanie dobre
i moralne. Otóż w takim świecie kłamstwo bardzo szybko straciłoby jakikolwiek
sens – warunkiem definicyjnym istnienia kłamstwa jest przecież prawda.
Na początek należy się kopniak tłumaczowi – nie po raz pierwszy zresztą – właściwe
brzmienie imperatywu kategorycznego jest takie: „Postępuj tak, abyś mógł chcieć, aby zasada
twego postępowania była prawem powszechnym”. Teraz przejdźmy do Dawkinsa. Nawet
człowiek który bardzo dużo kłamie, zawsze chce mieć dostęp do prawdy i zawsze chce, by
inni ludzie mówili prawdę. Świat, którego obraz maluje nam Dawkins, to świat w którym
utrudniona byłaby współpraca, a tym samym i rozwój. Żaden z nas w takim świecie nie
chciałby żyć, a kantowski imperatyw kategoryczny mówi o tym, abyśmy tak postępowali, jak
byśmy chcieli być traktowani. Tak należy rozumieć kantowski imperatyw, Dawkins rozumie
go inaczej, ale – nie wiedzieć czemu – dochodzi do prawidłowych wniosków.
s. 316

Jeżeli regułą moralną nazwiemy zasadę, zgodnie z którą ludzie powinni postępo-
wać, kłamanie nie może nią być, bowiem jeśli wszyscy zawsze kłamią, to nic nie ma

znaczenia. Inaczej mówiąc, kłamstwo jako reguła życiowa jest w naturalny sposób
regułą niestabilną.
Chodzi o to, abym już teraz nie robił innym tego, czego nie chciałbym otrzymywać od
innych.
Na tej samej zasadzie egoizm czy ciągłe żerowanie na dobrej woli innych może być

cały czas gotowym na jego przyjście. (I. Kant, Religia w obrębie samego rozumu, przeł. A. Bobko, Kraków
1993, ss. 167-168).

skuteczną strategią dla mnie, jeśli jestem osobnikiem skrajnie samolubnym, i
może nawet sprawiać mi satysfakcję. Nie mogę jednak pragnąć, by
pasożytowanie stało się powszechną regułą moralną, gdyż kogo wówczas sam bym

wykorzystywał. Imperatyw kantowski dobrze sprawdza się zatem przy kłam-
stwach i w kilku jeszcze innych wypadkach, trudno jednak byłoby uogólnić go na

całą sferę moralności.

Zauważmy, że w inny sposób argumentował przy kłamstwie, w inny zaś przy wykorzy-
stywaniu. Odmienność argumentacji jest na tyle różna, że przy pobieżnym czytaniu odnieść

można wrażenie, że sobie zaprzecza. Ale on nie zaprzecza, on cały czas patrzy ze swego

punktu widzenia. Przydałoby się trochę czytania między wierszami. Dawkins jest człowie-
kiem, który nie lubi wykorzystywać innych – chwalimy go za to, potrafi jednak, dla celów

wyższych, okłamywać innych – musimy to zganić. Z jego książek odniosłem wrażenie, że od
czasu do czasu, lubi wprowadzać w błąd swego czytelnika. W jakich sytuacjach zdaniem
Dawkinsa nie sprawdza się imperatyw?
Rozważmy jednak takie oto pytania: Czy skrócenie cierpień śmiertelnie chorego
człowieka na jego prośbę zawsze jest złem?

W takiej sytuacji najpierw zadałbym sobie pytanie: Czy sam chciałbym zostać uśmier-
cony w chwili nieznośnych cierpień?

Czy złem jest uprawianie seksu z osobą tej samej płci?
Zdarzyło mi się kiedyś, że zakochał się we mnie pewien homoseksualista i oczekiwał
ode mnie czegoś, na co żadną miarą nie mogłem wyrazić zgody. Wysyłał jeszcze do mnie

później widokówki z różnych krajów świata, z Pakistanu, Uzbekistanu, Hiszpanii, USA i Ho-
landii. Ale cóż. Jeżeli Dawkins w takiej sytuacji powiedziałby tak, to mogę mu tylko pogratu-
lować konsekwencji. Byłby to zresztą dowód na to, że imperatyw kantowski sprawdza się w

jego przypadku.
Czy wolno uśmiercać embrion?
Czy Dawkins chciałby, by jego embrion został uśmiercony, gdy on jeszcze był w łonie
matki? Powinien być konsekwentny. Ale zacytujmy coś, co sam gdzieś napisał.

Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy po-
tencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie

przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej niż ziaren piasku na arabskiej pustyni.
(…) Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i
ja, całkiem zwyczajnie28
.

28 R. Dawkins, Rozplątanie tęczy, Prószyński i S-ka, Warszawa 2001, s. 7; R. Dawkins, Bóg urojony, Wydawnictwo CIS, Warszawa 2001, s. 31.

Zgódźmy się z Dawkinsem, że przyjście na ten świat jest wielkim darem od
„natury”, to jak los wygrany na loterii. Jeżeli więc my, tak sowicie zostaliśmy
obdarzeni, to czy mamy prawo odbierać to innym? Powinniśmy być bardziej odpowiedzialni.
Tak więc Dawkins nie zdołał podać żadnego przykładu, kiedy to imperatyw kategoryczny się
nie sprawdza.

Są ludzie, którzy tak uważają, i przekonania te uznają za niekwestionowalne, żad-
ne argumenty czy dyskusja nie skłonią ich do zmiany zdania.

Dawkins na pewno jest człowiekiem, którego żadne argumenty czy dyskusja nie skłonią
do zmiany stanowiska.

Rozdział siódmy
„Dobra Księga” i zmieniający się duch czasów (ss. 321-
376)
Za motto do rozdziału siódmego nasz autor obrał sobie: Przez politykę wyrżnięto tysią-
ce. Przez religię – dziesiątki tysięcy – Sean O’Casey. Nietrudno jest wykazać fałszywość tego
zdania. Rewolucje holenderska, angielska, amerykańska, francuska, wiosna ludów, wielka
rewolucja październikowa nie zostały spowodowane pobudkami religijnymi29

. Wojna sied-
mioletnia30

, wojny napoleońskie, I i II wojna światowa również nie. Jakimi pobudkami kie-
rowali się Amerykanie walcząc w Korei, Wietnamie, Iraku? Ktoś może powie: Ale wyprawy

krzyżowe? Religia była tu tylko pretekstem. Papiestwo przegrywało w rywalizacji z cesar-
stwem i chciało w ten sposób umocnić swoją pozycję. Zdaje się, że Dawkins jest Brytyjczy-
kiem, chyba więc wie, że nie pobudki natury religijnej zadecydowały o budowie imperium

brytyjskiego. Tak samo było z wszelkimi innymi imperiami kolonialnymi. W XIX wieku był
to po prostu wyścig potęg europejskich. Religia najczęściej skazywała ludzi na banicję. Ktoś
zaraz jednak powie: „A co z inkwizycją?” Największym nieszczęściem dla chrześcijaństwa

było to, że kościół zaczął się zajmować się polityką. Szacuje się, że w wyniku działań inkwi-
zycji spalono około 3 tysięcy ludzi na stosach. Zginęli oni dlatego ponieważ zagrażali polity-
ce kościoła. Religia wykorzystywana była jako pretekst w dawnych wojnach, albo wytłuma-
czenie, no bo przecież wojna musi być sprawiedliwa. A jak było z najechaniem Iraku w 2003

29 W przypadku rewolucji holenderskiej religia była jedną z przesłanek, wcale nie najważniejsza. Podobnie było z powstaniem Chmielnickiego.

30 Ktoś może zaraz powie, że papież udzielił w tej wojnie błogosławieństwa dla krajów katolickich. To nie papież spowodował wojnę siedmioletnią.

roku, podane wtedy przez administrację amerykańską i brytyjską wyjaśnienie – Irak
posiada broń masowego rażenia – było wręcz zabawne. Czy był to postęp w stosunku
do średniowiecza?
Widzimy więc, że zacietrzewienie Dawkinsa jest tak wielkie, że aż zatracił trzeźwość
myślenia. Pisze nie wiedząc o czym pisze, cytuje nie zastanawiając się, co cytuje. Wystarczy,
że ktoś gdzieś skrytykował religię, a on już musi to zacytować. Żałosne! Nietzsche, pomimo
iż nienawidził chrześcijan bardziej niż Dawkins, miał więcej trzeźwości.

Omawiając ateizm i fakt, że Stalin kształcił się w prawosławnym seminarium, przyjmu-
je taką możliwość, że tam nauczył się „wierzyć w przeznaczenie, ślepo ufać autorytetom i

akceptować zasadę, że cel uświęca środki”. Prawosławiu przypisuje doktrynę kalwińska i

porzuconą już zasadę jezuicką. Przy okazji, zasada „cel uświęca środki” jest bardziej charak-
terystyczna dla ateistów niż ludzi wierzących. Ktoś może zarzuci mi: „Zasadę tę wyznawali

jezuici”. Jezuici doby kontrreformacji nie byli ludźmi wierzącymi. Czy można być chrześci-
janinem, a jednocześnie nie stosować się wskazań Chrystusowych? Ktoś, kto nie naśladuje

Chrystusa, chrześcijaninem nie jest i nie może być.
s. 322

Historia Noego, to „przeróbka mitu babilońskiego, który pojawia się zresztą w wie-
lu innych kulturach”.

W mitologii sumeryjsko-akkadyjskiej mamy dwa mity potopu, różnią się od siebie zna-
cząco. Na którym z nich oparli się autorzy biblijni? Dawkinsa to oczywiście nie interesuje, bo

jest niedokładny. Szczegóły go nie interesują i słusznie, bo by się w nich zagubił. Jeden z mi-
tów potopu – bardziej znany – zawarty jest w Eposie o Gilgameszu (XI tablica), drugi w epo-
sie Athrahasis. Wszyscy się zgadzają, że Athrahasis ma posiada cechy bardziej pierwotnego

mitu, Epos o Gilgameszu wykorzystał albo Atharasis, albo inny podobny doń, już nie istnieją-
cy mit. To drugie rozwiązanie jest bardziej prawdopodobne, ze względu na pewne trudne do
wytłumaczenia różnice między nimi.
W eposie Atrahasis bogowie z powodu przeludnienia ziemi, zsyłają na nią głód, który
trwa sześć lat, siódmego roku klątwa została odwrócona i na ziemię spadł deszcz.
W Gilgameszu Enlil rozgniewał się na ludzi za czyniony przez nich hałas i ukarał ich

głodem, by zmniejszyć ich liczbę. Dokuczał on ludziom przez sześć lat, ale nie zdołał zmniej-
szyć ich liczby, więc w roku siódmym Enlil plagą potopu. Uratował się tylko Utnapisztim,

który – wbrew Enlilowi – w siedem dni zbudował siedmiopiętrową arkę. Miała ona tę samą
długość i szerokość. Do budowy arki wykorzystano materiał uzyskany z rozbiórki domu

Utnapisztima. Deszcz padał „sześć dni i siedem nocy” (XI, 146). Po siedmiu dniach wypusz-
czał swoje ptaki.

Wyrażenie „sześć dni i siedem nocy” jest charakterystyczne dla Gilgamesza, pojawia
się przy ważnych wydarzeniach. Według Athrahasis deszcz padał „siedem dni i siedem no

cy”. Jest to mało znacząca różnica, a jednak wprowadza poważną zmianę. Wyrażenie
„sześć dni i siedem nocy” stosowali Sumerowie, natomiast „siedem dni i siedem nocy”
– Akkadowie.

Jak wiadomo, przy zapożyczaniu mitów zwykle je rozbudowywano. Tymczasem w bi-
blijnym przekazie mamy do czynienia z redukcją. Biblijny przekaz nie mówi i kilku plagach,

lecz o jednej, jednej pladze potopu31

, arka jest trzypiętrowa (nie siedmiopiętrowa), deszcz
padał 40 dni (nie siedem). Noe zbudował arkę na polecenie Boże, nie wbrew. Noe nie został
obdarzony nieśmiertelnością. W Biblii nigdzie nie znajdujemy wyrażenia „sześć dni i siedem
nocy”, a występuje ono w wielu mitach sumeryjskich, w mitach akkadyjskich zamienione
zostało na „siedem dni i siedem nocy”, u Homera mamy „sześć dni i sześć nocy”. Jak więc
widzimy oddziaływanie kultury sumeryjskiej sięgało po Grecję. Biblijna wersja potopu pod
pewnymi względami wygląda na wcześniejszą nawet niż Athrahasis.

s. 338
„Tylko religia może sprawić, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy”. – cytat z Weinberga.
s. 339
[…] napisałem kiedyś artykuł „Ateiści dla Jezusa”32

Wielu ludzi przywłaszczało sobie Jezusa, robił to Nietzsche, robili to komuniści, a teraz
Dawkins.

31 A przecież Biblia wielokrotnie stosuje serie plag, siedmiu plag, plag egipskich było aż dziesięć.
32 Tłumacz przetłumaczył to: „Ateiści za Jezusem”.
biblijna wersja potopu

Athrahasis

Gilgamesz

Nieznane praźródło

s. 340
nauki moralne Jezusa są absolutnie godne podziwu
To, co tu wypisuje o nauce Jezusa, do pewnego stopnia przypomina Nietzschego. Oto
jak pisze Nietzsche: „Jezus usunął pojęcie grzechu” (Antychryst, 41).

„(…) pojęcia „zaświat”, „Sąd Ostateczny”, „nieśmiertelność duszy”, „dusza” sama, są to na-
rzędzia tortur, są to systemy okrucieństwa, których nocą kapłan stał się panem, został panem”

(Antychryst, 38).
s. 345
Baptyści policzyli, ilu mieszkańców Alabamy trafi do piekła. Dawkins z tego szydzi, a
przecież wcześniej – „zastosowawszy sobie tylko znane formuły” – policzył ilu noblistów nie

wierzyło w Boga. Sprawa dotyczy tego samego, jakkolwiek użyto innej terminologii i skon-
centrowano się na innym aspekcie wiary – braku wiary.

Rozdział ósmy
Co jest złego w religii? (ss. 377-414)
s. 381

Wierzymy w ewolucję, ponieważ popierają ją dowody, ale z dnia na dzień porzuci-
libyśmy tę wiarę, gdyby pojawiły się nowe świadectwa empiryczne świadectwa jej

przeczące. Czy jakikolwiek fundamentalista powiedziałby coś takiego?
Czy ktoś w to uwierzył? Przecież na s. 38 napisał:

Ateista jest przekonany, że (…) nie ma żadnych cudów – są jedynie zjawiska natu-
ralne, których na razie nie potrafimy wyjaśnić. Jeżeli natykamy się na zjawisko,

które wydaje się wykraczać poza świat naturalny w jego obecnym, dalece niedo-
skonałym rozumieniu, mamy nadzieję, że pewnego dnia, gdy tylko je lepiej po-
znamy, zaliczymy je do sfery naturalnej.

Dawkins porzuci ewolucję tylko wtedy, gdy wynaleziona zostanie inna teoria zastępują-
ca Boga.
s. 383
Cytuje Wise’a:

Choć starałem się, jak mogłem, i pozostawiałem nawet nietknięte marginesy,
niemożliwym okazało się poprawienie Biblii bez podzielenia jej na dwie
części. Musiałem zatem podjąć decyzję – ewolucja albo Pismo. Albo Biblia mówi
prawdę i teoria ewolucji jest fałszywa, albo ewolucja jest prawdą, a wtedy muszę
wyrzucić Biblię (…) Tej nocy postanowiłem przyjąć Słowo Boże i odrzucić wszyst-
ko, co mu przeczy. Z wielkim żalem pożegnałem się więc z wszystkimi marzeniami

i nadziejami, jakie pokładałem w nauce.
Mamy tu do czynienia z niewłaściwym postawieniem problemu. Ktoś nauczył Wise’a i

wielu innych podobnych mu fundamentalistów, niewłaściwego sposobu interpretowania Bi-
blii. Biblia wcale nie stwierdza – błąd ten popełnia również Dawkins – że wszechświat został

stworzony 6 000 lat temu. To już jest tylko interpretacja – błędna – biblijnych genealogii,
które z zasady nie były pełne, a ograniczały się jedynie do najważniejszych imion. Hebrajskie
„ben” oznacza „syn”, „wnuk”, „potomek”; również słowo „urodził” nie ma tego znaczenia,
jakie uzyskało we współczesnych językach. Ustalanie wieku Ziemi w oparciu o genealogie
biblijne to więcej niż nieporozumienie, to kpiny ze Słowa Bożego. Każdy, kto szczegółowo
przebadał genealogie biblijne prędzej czy później dochodzi do stanowiska, że nie ma tam ani
jednego przypadkowego imienia, każde z nich ma jakieś znaczenie, przekazuje jakąś treść
teologiczną i dlatego nie mogą być pełne. Genealogie nie są do liczenia lat.
Ograniczoność ludzkiego umysłu powoduje, że na wiele spraw nie potrafimy spojrzeć z
właściwej perspektywy, niektórych informacji nie potrafimy z sobą uzgodnić, jeszcze inne

błędnie interpretujemy i w efekcie tych, a także wielu innych przypadkowych czynników po-
padamy w sprzeczności, powstaje konflikt światopoglądowy. Czy ewolucjoniści nie mają z

tym problemów? Dlaczego nie lubią badać rzeczy nie popierających ich teorii. Dlaczego sto

lat temu tak niechętnie odnosili się do genetyki, zanim nie nauczyli się jak można z niej ko-
rzystać? Dlaczego przez ponad ćwierć wieku nie badali tzw. „śmieciowego DNA”? Dlaczego

nie lubią Glen Rose? Jeżeli coś się nie zgadza, jeżeli wyniki eksperymentu są inne od oczeki-
wanych, zawsze argumentują, że musiał być popełniony jakiś błąd, że czegoś nie wiemy, że

dopiero rozwój nauki wyjaśni tę kwestię w przyszłości. A co ze sprawami najważniejszymi?
Przedkładają doczesność ponad wieczność.
Wise uznał wyższość wieczności nad doczesnością.

Rozdział dziewiąty
Dzieciństwo, molestowanie i ucieczka od religii (ss. 415-
459)
s. 418
(…) tylko w religijnym umyśle narodzić się może koncepcja, że kilka kropel i parę
słów zaklęcia mogą totalnie odmienić życie dziecka…
Dawkins jak zwykle się myli, tego typu myślenie właściwe jest tylko i wyłącznie dla

umysłów pseudoreligijnych. Słowa również nic nie znaczą jeżeli nie towarzyszy temu posta-
wa serca. Skruszone serce znaczy więcej niż tysiące słów, choćby najlepiej dobranych. Ob-
rzędy religijne również nic nie znaczą, jeżeli nie uczestniczy w nich nasza dusza. Kilka kropel

wodt? Parę słów zaklęcia? My, ewangelikalni chrześcijanie, nigdy w takie głupoty nie
wierzyliśmy, ani nie zamierzamy uwierzyć. W tym przypadku mamy po prostu do czynienia z
przenoszeniem średniowiecznej mentalności do naszych czasów.

Rozdział dziesiąty
Niezbędna luka? (461-502)
s. 469

Bóg dla wielu ludzi jest pocieszeniem i ostoją, i, jeśli on nie istnieje, coś trzeba zna-
leźć na jego miejsce.

Rozdział jedenasty
Niektóre z blogów internetowych
Blogi internetowe mają to do siebie, że mówią to dokładnie, co ludzie myślą. Tutaj nikt
nie zważa na swoich odbiorców, na to, co ktoś pomyśli. Poprawność polityczna dla nikogo

nic nie znaczy. Inaczej ma się sprawa z recenzjami. Tu, każdy – lub niemal każdy –
zważa na poprawność polityczną, zwraca uwagę na to, co inni pomyślą. Pewnych ludzi

celowo nie chce się urazić, innych zaś z rozmysłem. Recenzje są mało autentyczne, nie zaw-
sze oddają to, co tkwi w sercu człowieka. Inaczej ma się sprawa z blogami internetowymi.

Anonimowość powoduje, że ludzie są przynajmniej szczerzy. Przeczytajmy niektóre z nich.
No, tępią cię na każdym kroku. Nie możesz korzystać z wolności słowa, przekonań, zmuszają cię do chodzenia do kościoła, do nauki religii, mają jakieś zasady i kodeksy, wartości tobie obce i pragną ci je narzucić, księża cię nagabują, zakonnice nie dają spać. Ministranci cię nie tolerują. Minister ci określa, kiedy masz pościć. No, w ogóle jakżeż trudne jest życie niewierzącego w tym totalitarnym kraju.
Więc co, żal ci ich, bo w tym absurdzie świata i egzystencji mają jakiś sens? Że dokądś idą jakąś drogą, choć (to

moja opinia) żadnej drogi nie ma i donikąd. Czy myślisz, że wszyscy potrafią żyć z myślą, iż życie jest bez sensu, że wszystko jest absurdem? Bo jak wytłumaczyć sobie to, że się jest nikim i nic nie ocalę? Żal ci ich, bo mają

jakieś wartości, że większości z nich te wartości jakoś tam nie pozwalają być bydłem. Żal, bo nie chcą pogodzić się z tym, ze są kupą materii, która zgnije bez śladu. Dlatego ci ich żal! Mierzysz ich swa miarą, tak? Ty potrafisz godnie stanąć przed faktem, że jesteś nikim i niczym. Nic z ciebie nie zostanie, bo i z kosmosu nic nie ocaleje? Jeśli masz tę siłę, to ich naucz, przekaż im…

Kreujecie tutaj taką oto tezę, że Polska w jakimś stopniu przypomina teokrację, przynajmniej ja tak to rozumiem.
Wydaje mi się że przesadzacie, i to grubo. Jestem jak wy człowiekiem niewierzącym, nie chodzę do kościoła, nie przyjmuję księdza, bawią a czasami wkurzają mnie moherki od Rydzyka, ale jakoś nikt mi za to ryja nie obił.

Owszem krzyż jest w szkołach czy urzędach, gorliwi urzędnicy czasami ograniczają swobodę wypowiedzi artystów (choć przybicie penisa do krzyża to nie sztuka tylko zwykła fantazja baby co chłopa nie miała), ale czy to wszystko usprawiedliwią waszą tezę że Polska jest duszna od katolickości. Nie wiem kto kogo zmusza do chodzenia kościoła, co lotne brygady chodzą od domu do domu i sprawdzają frekwencję? Przecież Kościół już nawet nie wtrąca się do polityki tak bardzo jak robił to w latach 90-tych. Owszem jest środowisko popierające Rydzola, no ale mamy wolność słowa i każde nawet najgłupsze zdanie można powiedzieć głośno. Sam Kościół przecież też ma swoje problemy. Sprawa Wielgusa pokazała że to środowisko jest skrajnie niechętne do usuwania donosicieli ze swojego grona, co tylko podważa autorytet tej instytucji. Reasumując, myślę że przesadzacinieco z opiniami.
(…) w Polsce (…) cały czas się nas “zmusza” do uczestnictwa w różnych imprezach, święto państwowe zaczyna
się od mszy (!), ktoś z rodziny prosi cię żebyś został chrzestnym dziecka, odmawiasz to cała rodzina patrzy na ciebie z wyrzutem, bo się przecież nie odmawia, śluby kościelne, opłatki w pracy, itd., itp. Religia w szkole, nawet w przedszkolu, oczywiście wprowadzona ukradkiem przy okazji z rożnymi kłamstwami…
Dawkins próbuje udowodnić swoje twierdzenia za pomocą inwektyw i hałasu. Wypowiada się o tym, o czym tak naprawdę nie ma pojęcia i lepiej byłoby dla niego, gdyby zajął się zwierzętami, bo jestem głęboko przekonany, że na tym akurat się zna. Nie próbuje on szukać prawdy, tylko kieruje się uprzedzeniami wobec religii. Sugeruje też „Biblia prowadzi do systemu etycznego, który współczesny cywilizowany człowiek musi uznać za coś wyjątkowo ohydnego”. Czy prosta zasada „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego” jest ohydna? Dawkins w ogóle nie zapoznał się z Biblią, i próbuje z nią walczyć, nie wiedząc o czym ona traktuje.
Wciąż jest 1:0 dla Kreacjonistów, gdyż mamy przewagę, której nigdy nie osiągniecie, bo być ateistą, to tak jakby
przyszły maturzysta nie przystąpiłby do matury(lenistwo). Zawsze Kreacjonista nic nie straci, gdy się okaże, że
Ktoś tam jest i czuwa.
Rzuciłam się na tą książkę z pazurami, złakniona racjonalizmu w opanowanej przez religię rzeczywistości. Pożarłam w szybkim tempie, przetrawiłam, zwróciłam fragmenty zalatujące demagogią, a resztę wchłonęłam i powiem jedno – ja chcę jeszcze!

Rewelacja!! Przekonanych ateistów może jedynie utwierdzić w ich słuszności. Poza tym doskonały język, ciekawe przypisy i odwołania do klasyki filozofii.

(…) świetna książka – zapewne przyczyni się do odświeżenia dusznej, klerykalnej atmosfery w Polsce.
(…) jeden z rozdziałów ma tytuł „Dlaczego prawie na pewno nie ma Boga”. (…) Czy rzeczywiście wszystkie
argumenty obala? Nie jestem pewien, ale wiele z nich, tak. Jak dla mnie (wielbiciela Junga) za mało odnosi się
do psychologii i za bardzo lekceważy psychologiczny wymiar wiary.
(…) obowiązkowa lektura dla miłujących logiczne myślenie.
Wyjątkowy sukces rynkowy nie idzie niestety w parze z jakością. Książka nie wnosi nic nowego poza arogancką
agresywnością. Ta książka nie zmieni poglądów nikogo. Czuję się zrobiony w tutkę, bo wydałem 50 zł za chłam.

Przeczytałam, a właściwie pochłonęłam ją i teraz szukam więcej… (czytam „Rozplątanie tęczy”). W Bogu uro-
jonym znalazłam słowa, które opisują mój światopogląd, a których mi dotąd brakowało.

* * *

Nie sądzę, aby to było to, o co chodziło Dawkinsowi i innym mu podobnym. Przyto-
czone blogi pokazują, że Dawkins poniósł fiasko. Próbuje przekonać ludzi do fikcji, ludzie to

czują i nie dają się nabrać, a jego książkę odczytują w zupełnie inny sposób niż on sam tego
by pragnął. Wykorzystują ją również do innych celów, niż jej autor by pragnął. Człowiek nie
dojrzał? Dawkins został źle zrozumiany? Komuniści lubili kiedyś nam wmawiać, że ich sys-

tem jej dobry, tylko ludzie do niego nie dorastają. Ludzie są źli. Ludzie są winni.
Wszelkie systemy i propozycje powinny uwzględniać możliwości, jak i potrzeby
człowieka. Dawkins tego nie robi.
Uważam, myślę że nie tylko ja jedyne, że obowiązkowa religia – zafundowało nam ją
średniowiecze – była wielkim błędem. Religia wiele na tym straciła. Zresztą, sama już tym

instytucjonalizacja religii może prowadzić do jej wypaczenia. Z tego punktu widzenia, sekula-
ryzacja i laicyzacja jest dobrodziejstwem dla religii i Kościoła. Tak jest, nie będzie już więcej

w naszych szeregach obłudników i karierowiczów (w każdym razie nie na taką skalę)

.

Zakończenie

W końcu września (ewentualnie początek października) 1974 roku odmówiłem krótką
kilkuminutową dziecięcą modlitwę i położyłem się spać. Zaledwie to uczyniłem zbliżyło się
do mnie jakieś ciepło, cudowna, niesamowita energia i ogarnęła mnie. Nie rozumiałem co to

jest, ani o co w tym wszystkim chodzi. Po raz pierwszy doświadczałem czegoś takiego i przy-
szło mi na myśl, że z całą pewnością za chwilę zostanę zabrany do nieba, bo w jakim innym

celu coś takiego miałoby na mnie przyjść i czemu innemu miałoby to służyć. Nie przychodzi-

ło mi na myśl, że można normalnie żyć i mieć to stale. Nikt mnie na taką chwilę nie przygo-
tował. Zacząłem się modlić: „Panie nie zabieraj mnie jeszcze, bo mam chorą mamę, a ona

potrzebuje pomocy”. Po chwili owo ciepło i owa bliskość nieba odeszły. Myślałem, że
wszystko jest w porządku. Nie uświadamiałem sobie wtedy ile straciłem, nie przyszło mi do
głowy, że powinienem chcieć mieć to zawsze. Minęło wiele lat zanim znów czegoś takiego
doświadczyłem.

33 Nawet w warunkach prześladowań wielu ludzi przyłączało się do chrześcijaństwa obłudnie (mówi o tym Justyn Męczennik). Widzieli po prostu, że w tej religii jest „życie” i chcieli być blisko „życia”. Nieraz spotykałem takich ludzi.

Print Friendly, PDF & Email

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *