Krzyż znakiem rozpoznawczym chrześcijan

Znak krzyża pełny swój sens uzyskuje dopiero dzięki naszemu otwarciu się na tajemnicę krzyża. Swoją zmysłową dotykalnością ułatwia zarazem nam – istotom cielesnym – otwieranie się na tę tajemnicę. Ponieważ zaś tajemnica odkupieńczego krzyża Chrystusa stanowi samo centrum wiary chrześcijańskiej, łatwo zrozumieć, dlaczego znak krzyża stał się znakiem rozpoznawczym chrześcijan i chrześcijaństwa. I więcej jeszcze: stał się symbolem chrześcijańskiego życia.

Tutaj rodzi się trudność. Nie dotyczy ona tego, że chrześcijanie używają znaku rozpoznawczego. Każda społeczność, wyodrębniająca się od innych, ma prawo do znaków tożsamości, nawet jeśli są to znaki umowne. Krzyż zaś nie jest znakiem umownym, źródłem tego znaku jest rzeczywista szubienica, do której przybito Jednorodzonego Syna Bożego, na której dokonało się odkupienie nas wszystkich. Jest zatem czymś oczywistym, że ci, którzy uwierzyli w Ukrzyżowanego Syna Bożego, mają prawo do tego znaku i że jest on dla nich nie tylko znakiem rozpoznawczym, ale i źródłem niezgłębionych treści duchowych.

Trudność jest następująca: na krzyżu zawisło Zbawienie świata, chrześcijanie zaś stanowią jedynie stosunkowo skromną część ludzkości; krzyż Chrystusa jest darem Bożym dla wszystkich ludzi, chrześcijaństwo zaś jest tylko jedną z wielu religii globu ziemskiego. Czy zatem gromadzenie się chrześcijan pod znakiem krzyża nie uruchamia mechanizmów, które utrudniają uwierzenie w Chrystusa? Przecież znak rozpoznawczy stosunkowo łatwo może być użyty przeciwko innym grupom ludzkim. Toteż postawmy sobie pytanie następujące: Jakiego znaku rozpoznawczego chrześcijanom mieć nie wolno? To, że znak krzyża rodzi w niektórych niechrześcijanach odruch odrzucenia, jest poniekąd rzeczą nieuniknioną. My, chrześcijanie, powinniśmy jednak – po pierwsze – starannie unikać używania tego znaku przeciwko komukolwiek (za wyjątkiem jednego tylko szatana, przeciwko któremu krzyż jest bronią najzupełniej stosowną). Niestety, w historii bywało różnie. Najbardziej spektakularnym wydarzeniem, w którym podniesiono krzyż przeciwko innym ludziom, były wyprawy krzyżowe – czy to przeciwko Saracenom, czy to przeciwko albigensom.

Po wtóre, powinniśmy starannie badać samych siebie, czy swoim postępowaniem nie zrażamy do krzyża tych, którzy w Chrystusa nie wierzą. W filmie Shoah znak krzyża pojawia się kilkakrotnie jako symbol świata obcego i nieżyczliwego Żydom. Jeśli ktoś sądzi, że chrześcijanie w żaden sposób nie przyczynili się do tego, iż dla wielu Żydów krzyż tak właśnie się kojarzy, niech sobie przypomni wysuwany przeciwko nim zarzut bogobójstwa czy niektóre – pamiętane jeszcze dziś przez ludzi starszych – ludowe zwyczaje Wielkiego Tygodnia. A jak musiał się kojarzyć krzyż wielu Indianom, do których wyznawcy Ukrzyżowanego Boga przyszli po to, żeby ich ograbić i zabijać?

Jednakże podnoszenie wielkich grzechów historycznych ma również swoje złe strony. Może uśpić wrażliwość na grzechy, jakie my sami popełniamy, grzechy materialnie znacznie mniejsze, którymi jednak równie skutecznie możemy utrudniać bliźnim rozpoznanie w krzyżu znaku zbawienia. Wyobraźmy sobie sytuację wręcz banalną. Oto moje postępowanie obudziło w drugim człowieku uzasadnioną odrazę moralną, a zarazem wie on, że ja jestem chrześcijaninem, może nawet w sposób ostentacyjny. Czy można mu się dziwić, że znak krzyża, do którego ja tak otwarcie się przyznaję, skojarzy mu się raczej negatywnie?

Niespełna półtora tysiąca lat temu św. Cezary z Arles tak oto upominał swoich słuchaczy, aby nie nadużywali znaku krzyża: „Cóż pomoże, jeżeli znak krzyża kładziemy na czole i na ustach, a wewnątrz w duszy mamy złożone zbrodnie i grzechy? Kto bowiem źle myśli, ten i źle mówi, źle czyni, jeśli się nie zechce poprawić, a gdy się żegna, grzech jego nie maleje, lecz się powiększa. Wielu bowiem jest takich, co idąc kraść lub cudzołożyć, jeśli się potkną, żegnają się, a jednak od złego uczynku się nie cofają; i nie wiedzą, nieszczęśni, że raczej zamykają w sobie diabły, niż by je wyrzucali” (Kazanie 131).

Otóż wyobraźmy sobie – tego tematu św. Cezary nie porusza – jak takie zachowanie może wpłynąć na kogoś niewierzącego lub nawet na chrześcijanina, nie utwierdzonego jeszcze w wierze. Ktoś mi mówił o swoim znajomym, który podczas ostatniej wojny utracił wiarę, widząc, jak gorąco ludzie się modlili podczas bombardowania i jak się zachowywali bezpośrednio potem. Niestety, również w sytuacjach znacznie bardziej zwyczajnych można zasłużyć sobie na wymówkę: „Z waszej przyczyny niewierzący bluźnią krzyżowi Chrystusa”.

Powszechne znaczenie zbawcze krzyża Chrystusa zobowiązuje nas jednak do czegoś znacznie więcej, niż tylko do powstrzymania się od używania znaku krzyża przeciwko innym i do uwagi, żeby swoim postępowaniem nie wystawiać krzyżowi złego świadectwa. Przez Chrystusa i „przez krew Jego krzyża”, Bóg „znów pojednał wszystko z sobą” (Kol 1,20). Zatem wiara w Chrystusa zobowiązuje do otwierania oczu na działanie tajemnicy odkupienia wśród wszystkich ludzi, nie tylko wśród chrześcijan.

Nie chodzi o to, żeby niechrześcijanom wmawiać, że choć w Chrystusa nie wierzą, to On i tak w nich działa. Chrystus jest naprawdę Odkupicielem wszystkich ludzi, przez swoją śmierć na krzyżu naprawdę „uczynił jednością” wrogie części ludzkości, „bo zburzył rozdzielający je mur – wrogość” (Ef 2,14). Toteż my, którzyśmy w Niego uwierzyli, winniśmy starać się zauważać i uszanować to Jego działanie poza widzialnymi granicami Kościoła. Czyż nie wolno bowiem nam, wierzącym w Niego, Pana wszechświata, domyślać się, że to właśnie On działa wszędzie tam, gdzie cierpienie i krzywda nie niszczą człowieka, ale przemieniane są w narzędzia dobra, gdzie ludzie jednają się ze swymi nieprzyjaciółmi albo gotowi są płacić bolesne nawet ceny, byleby nie podjąć żadnego uczestnictwa w kłamstwie czy w zadawaniu krzywdy?

Aktywna życzliwość – w imię Chrystusa i Jego krzyża – wobec wszystkich ludzi i wszystkich religii nie może, rzecz jasna, prowadzić nas do utraty naszej chrześcijańskiej i katolickiej tożsamości. Chrystus ukrzyżowany wciąż dla kogoś jest zgorszeniem, a dla kogoś innego głupstwem, dla nas zaś, wierzących w Niego, jest „mocą i mądrością Bożą” (1 Kor 1,23n). Toteż może się zdarzyć, że ta nasza wiara albo samo tylko realizowanie któregoś z ewangelicznych przykazań wzbudzi czyjąś agresję przeciw nam lub że my sami, w obliczu jakichś czysto ludzkich mniemań na temat Chrystusa lub Ewangelii, poczujemy się wezwani do złożenia Jemu i Jego nauce świadectwa naszej wiary. Chodzi jednak o to, żeby nawet wówczas, kiedy ujawnia się nasza inność w stosunku do niewierzących w Chrystusa, ani nawet wówczas, kiedy być może zostanę przez kogoś odrzucony i potępiony z powodu tej mojej inności, nie utracić aktywnej życzliwości wobec wszystkich ludzi, nieprzyjaciół nie wyłączając. Jest to logiczna konsekwencja naszej wiary, że na krzyżu Chrystus umarł za wszystkich ludzi, nie tylko za swoich wyznawców.

Jeśli zatem krzyż Chrystusa jest znakiem rozpoznawczym chrześcijan, to starannie zważajmy na to, aby nie był on znakiem naszego oddzielania się od innych. Przez swoją zbawczą śmierć Chrystus Pan okazał bowiem miłość wszystkim ludziom, a jeśli krzyż Jego ustanawia jakąś granicę, to jest to granica, oddzielająca światło od ciemności, rozłączająca to, co prowadzi do życia, od tego, co zadaje śmierć. Granica ta nie oddziela ludzi od ludzi, oddziela raczej człowieka Bożego od tego wszystkiego, co we mnie bezbożne. Mówił o tym Apostoł Paweł, że dzięki krzyżowi Chrystusa „świat stał się ukrzyżowany dla mnie, a ja dla świata” (Ga 6,14).

Ten uniwersalny wymiar krzyża Chrystusa znakomicie dostrzegł i przedstawił Antoni Słonimski, człowiek, którego trudno przecież posądzić o chrześcijański prozelityzm. W wierszu pt. Dwie ojczyzny pisał:

W ojczyźnie twojej do obcych w wierze
Bóg się nie zniża.
Moja ojczyzna świat cały bierze
W ramiona krzyża.

Nie sposób byłoby zresztą zrozumieć wielorakie dążenia chrześcijan, aby pod znakiem krzyża umieścić każde niemal działanie, wręcz każdą chwilę życia, aby znakiem tym znaczyć każdą naszą przestrzeń, drogie osoby i szczególnie ważne przedmioty – gdyby nie stała za tym wiara, że moc krzyża Chrystusowego ogarnia całą ludzkość i cały wręcz kosmos. W Liście do Kolosan czytamy, że „przez krew Jego krzyża” jedna się z Bogiem i zaznaje pokoju nie tylko „to, co na ziemi”, ale również „to, co w niebiosach” (1,20).

Stąd w najstarszych pismach patrystycznych często wyrażano ideę, że krzyżem obficie naznaczona jest – bez naszego świadomego udziału – naturalna przestrzeń człowieka, zarówno rzeczy stworzone przez Boga, jak przedmioty ukształtowane przez człowieka. „Pomyślcie tylko – powiada św. Justyn Męczennik ok. 160 roku – czy cokolwiek z tego, co jest na świecie, bez tego znaku może istnieć samo w sobie, albo w jakąkolwiek całość się składać? Przecież okręt nie zdoła pruć morza, jeśli nie sterczy w nim dumnie ów znak wyniosły, zwany żaglem. Ziemi nie da się orać bez krzyża. Kopacze i rzemieślnicy nie wykonają swej pracy bez narzędzi o tym właśnie kształcie”. Co więcej, mówi Justyn, w samym kształcie ludzkiego ciała Stwórca umieścił znak krzyża, i to dwojako: „Ludzka postać niczym innym się nie różni od kształtu zwierząt nierozumnych, jak właśnie tym, że człowiek trzyma się prosto i może ręce rozciągnąć, a na twarzy jego, począwszy od czoła, widnieje nos, który zwierzętom służy do oddychania, u człowieka zaś uwydatnia znak krzyża” (Apologia I,55).

Uderza ponadto skłonność Ojców Kościoła do przedstawiania konkretnego krzyża, na którym umarł Chrystus, w wymiarach kosmicznych. I tak na przykład, zdaniem św. Ireneusza (ok. 202), Chrystus Pan, kiedy Mu rozpięto ręce na krzyżu, objął nimi i zgromadził w jedno obie rozproszone części ludzkości (Adversus haereses V,17,4). Z kolei św. Cyryl z Jerozolimy († 386) przedstawia Ukrzyżowanego jako Mocarza, który stanął na samym środku ziemi, a swoimi potężnymi rękami uchwycił jej krańce: „Rozciągnął ręce na krzyżu, aby uchwycić nimi krańce ziemi. Golgota bowiem jest środkiem ziemi. (…) Rozciągnął swe ludzkie ręce Ten, który utwierdził niebo swymi rękami duchowymi” (Katecheza 13,28).

Bliźniaczo podobną intuicję sformułowała w naszym XX wieku – być może niezależnie od Ojców Kościoła – Simone Weil. Krzyż Chrystusa jawi się jej jako kosmiczna dźwignia, mająca moc przemienić sens wszechświata: „Kiedy ciąży nad nami cały wszechświat, nic innego poza samym Bogiem nie może stanowić przeciwwagi – poza Bogiem prawdziwym, bo fałszywi bogowie, nawet nosząc imię prawdziwego, są tu bezsilni. (…) Dlatego właśnie krzyż jest wagą, na której ciało kruche i lekkie, ale które było ciałem Boga, przeważyło ciężar całego świata. Daj mi punkt oparcia, a uniosę świat. Tym punktem oparcia jest krzyż. Innego być nie może. Musi znajdować się on na przecięciu świata i tego, co nie jest światem. Krzyż jest takim właśnie przecięciem”.

Wszechogarniająca moc krzyża wypełnia nie tylko kosmos, ale jest wystarczająco potężna, aby ogarnąć skutecznie każdego poszczególnego człowieka. Św. Augustyn, w swoich kazaniach i wykładach biblijnych wiele razy rozwija alegorię krzyża, który powinien wypełniać wnętrze chrześcijanina. Materią alegorii są wymiary krzyżowej szubienicy: „Krzyż jest szeroki w swojej belce poprzecznej, na której rozciągnięto ręce Wiszącego. Belka ta oznacza dobre czyny, które winna cechować właściwa miłości szerokość. Jest długi w swojej belce pionowej, sięgającej aż do ziemi. Do tej belki przymocowano plecy i nogi. Oznacza ona wytrwałość, która urzeczywistnia się przez długi czas aż do końca. Jest wysoki w swym wierzchołku, który góruje ponad belką poprzeczną. Wierzchołek zaś oznacza najwyższy cel, ku któremu winny być zwrócone wszystkie czyny. (…) Głęboki zaś jest krzyż w tej swojej części, którą jest wbity w ziemię. Jest ona wprawdzie ukryta i niewidoczna, ale właśnie z niej wznosi się to, co widoczne i wysokie. Podobnie wszystkie nasze dobra pochodzą z głębi łaski Bożej, której nie da się pojąć ani opisać” (Homilie na Ewangelię Jana 118,5).

Przeczytaj jeszcze  Prawo karmy

Podkreślmy, że dla św. Augustyna nie jest to alegoria czysto dowolna. W Kazaniu 53 wykład tej alegorii Biskup Hippony poprzedza następującym stwierdzeniem: „Albowiem nie na próżno wybrał taką śmierć – Ten, w którego mocy było umrzeć lub nie poddać się śmierci. Jeśli w mocy Jego było umrzeć lub nie umrzeć, dlaczego nie mógł właśnie w ten sposób umrzeć? Nie na próżno wybrał przeto krzyż, na którym ukrzyżuje ciebie na tym świecie”. Zatem cała ta kosmiczna – a zarazem potencjalnie dogłębna w każdym poszczególnym człowieku – moc krzyża wynika z konkretnej męki, jaką przyjął na siebie Syn Boży. Jest to moc obiektywna, naszą wiarą jej nie kreujemy, ale jedynie ją rozpoznajemy i na nią się otwieramy: „Jeśli znaczymy się krzyżem Pańskim, to nie ze względu na karę, jaka Panu została wymierzona, ale ze względu na powód, dla którego Pan ją poniósł. Albowiem gdyby kara miała taką moc, miałaby ją również podobna kara poniesiona przez łotrów” (Kazanie 285 2). Krótko mówiąc, moc krzyża płynie wyłącznie stąd, że umarł na nim – umarł rzeczywiście, w prawdziwym ciele i w konkretnym momencie historycznym – Syn Boży.

Krzyż jest więc nie tylko znakiem rozpoznawczym dla chrześcijan, jest centralnym symbolem wiary chrześcijańskiej. Stąd różne gesty, działania i przedmioty, określające ten symbol, wyrażają zarazem niezwykle głębokie treści duchowe, jakie w symbolu tym są zawarte.

Logicznie pierwszym działaniem tego typu jest znak krzyża kreślony na czole na samym początku życia chrześcijańskiego, mianowicie podczas udzielania sakramentu chrztu i bierzmowania. Już św. Cyprian († 258) znak ten wiąże z biblijną pieczęcią, oznaczającą przynależność do Boga i przeznaczenie do zbawienia (Do Kwiryna 2,22). Otóż ci, których opieczętowano znakiem krzyża, stali się własnością Chrystusa, toteż winni całe swoje życie umieszczać w przestrzeni Jego łaski. „Najpierw – wyjaśnia św. Cyryl w trzeciej katechezie mistagogicznej – namaszczono was na czole, abyście wolni byli od wstydu, z którym chodził wszędzie pierwszy grzeszny człowiek, i odsłoniętą twarzą jak w zwierciadle odbijali chwałę Pańską. Następnie na uszach, abyście otrzymali uszy, które słuchają Bożych tajemnic, uszy, o których powiedział Izajasz (50,4): I dał mi Pan ucho do słuchania; oraz Pan Jezus w Ewangelii: Kto ma uszy, niech słucha. Potem na nozdrzach, abyście po przyjęciu boskiej oliwy mówili: Jesteśmy wonnością Chrystusa dla Boga między tymi, którzy idą na zbawienie (2 Kor 2,15). Wreszcie na piersiach – abyście przyodziani w pancerz sprawiedliwości, stawili śmiało czoła szatańskim zakusom (Ef 6,11.14)”.

Właśnie ta totalność w oddaniu się Chrystusowi, do jakiej wzywa sakrament chrztu, wyjaśnia fakt, że znak krzyża szybko stał się dla chrześcijan znakiem, mało to nawet powiedzieć, codziennym – wszedł bowiem we wszystkie zakamarki codziennego życia chrześcijanina. Serię świadectw na ten temat otwiera Tertulian: „Przy każdym kroku lub ruszeniu się z miejsca, przy każdym przyjściu i odejściu, przy wciąganiu obuwia, przy myciu się, przy stole, przy zapalaniu świateł, przy układaniu na spoczynek, przy siadaniu i przy każdej czynności dnia codziennego znaczymy czoło znakiem krzyża” (De corona 3). Z tekstu wolno wnioskować, że w chwili jego napisania w roku 211 – tak widoczna obecność krzyża w chrześcijańskim życiu codziennym była zwyczajem utrwalonym, o początkach zapewne już wówczas niepamiętnych.

Żeby nie mnożyć tu podobnych wypowiedzi, przytoczę jeszcze tylko świadectwo św. Cyryla z Jerozolimy: „Nie wstydźmy się wyznać Ukrzyżowanego! Ufnie uczyńmy znak krzyża palcami na czole i na wszystkim, na chlebie, który spożywamy, na kielichu, który pijemy, przy wejściu i wyjściu, przed snem kładąc się na spoczynek, przy wstawaniu, chodzeniu i spoczynku. Jest on wielką obroną. Nie muszą za niego płacić ubodzy, trudzić się słabi. Od Boga jest dany jako łaska. Krzyż jest znakiem wierzących, postrachem szatanów. W krzyżu triumfuje nad nimi wierny, jeżeli się nim znaczy z ufnością. Na widok krzyża przypominają sobie Ukrzyżowanego. Lękają się Tego, który smokowi starł głowę. Ceń tę pieczęć, a ponieważ jest darmo dana, tym więcej czcij Dobroczyńcę” (Katecheza 13,36).

Szczególnie przekonującym dowodem na to, że znak krzyża był bardzo często używany przez starożytnych chrześcijan, są świadectwa Ojców o odruchowym żegnaniu się w sytuacjach zgoła wierze przeciwnych. „Może gdy ich co w cyrku przestraszy – narzeka św. Augustyn na niekonsekwentnych chrześcijan – natychmiast się żegnają i stoją tam, mając na czole to, od czego odstąpili” (Objaśnienia Psalmów 50,1). Natomiast historyk Sozomen zapisał plotkę, jaką powtarzali sobie chrześcijanie, że sam Julian Apostata, „przynaglony odruchem dawniejszego nawyku, całkiem zrozumiałym u chrześcijanina zaskoczonego niebezpieczną sytuacją, sam nie wiedząc jak i kiedy, uczynił na sobie znak krzyża świętego” (Historia Kościoła V,2).

Na koniec dotknąć przynajmniej wypada wielkiego tematu znaku krzyża, uświęcającego przestrzeń chrześcijańską. Chodzi o krzyż znaczący mieszkania wyznawców Chrystusa, miejsca pracy, o krzyże przydrożne, aż po krzyże nagrobne i cmentarne, wyrażające nadzieję na zmartwychwstanie i świadczące o tej nadziei wobec żywych. Otóż wizerunek Ukrzyżowanego jest nie tylko obrazem Odkupiciela, który przez swoją śmierć otworzył nam drogę do życia wiecznego, jest również obrazem Króla, któremu winniśmy z radością poddawać całe nasze życie i przed którym staniemy – po zakończeniu naszych dni jako przed Sędzią. Królewskość Ukrzyżowanego podkreśla zarówno korona (na krucyfiksach romańskich była to wręcz korona królewska), jak umieszczane zazwyczaj na krucyfiksach oskarżenie, które doprowadziło do skazania Go na śmierć (INRI – Jesus Nasarenus Rex Judeorum; Jezus z Nazaretu, Król Żydowski). Sędziowska godność Chrystusa szczególnie wyraźnie podkreślona jest na krucyfiksach wschodnich1 .

Kiedy mowa o znaczeniu krzyżów uświęcających przestrzeń, warto może przypomnieć dwie wypowiedzi Jana Pawła II, wygłoszone podczas jego pierwszej polskiej pielgrzymki. Papież zwraca uwagę na to, że materialne przedmioty wiary są znakiem łączności pokoleń w tej samej wierze, i to znakiem poniekąd aktywnym, mającym swój udział w głoszeniu tej wiary. „Bo przecież – mówił Ojciec Święty na Błoniach Gnieźnieńskich 3 czerwca 1979 – i mury, i wieże kościelne, i krzyże przydrożne, i obrazy święte na ścianach domów i izb – wszystko to w jakiś sposób katechizuje. I od tej wielkiej syntetycznej katechezy życia: przeszłości i teraźniejszości – zależy wiara przyszłych pokoleń”.

Kilka dni później, w swoim przemówieniu w Nowej Hucie, ten aspekt krzyża podkreślił Papież jeszcze dobitniej: „Tam, gdzie stawia się krzyż, powstaje znak, że dotarła już Dobra Nowina o zbawieniu człowieka przez Miłość. Tam, gdzie stawia się krzyż, powstaje znak, że rozpoczyna się ewangelizacja. Niegdyś ojcowie nasi na różnych miejscach polskiej ziemi stawiali krzyże na znak, że dotarła już do nich Ewangelia, że rozpoczęła się ewangelizacja – i że trwa nienaruszona”.

Na zakończenie warto poświęcić chwilę szczególnej uwagi samemu znakowi przeżegnania się. Bez żadnej przesady można powiedzieć, że streszcza się w nim sama istota wiary chrześcijańskiej i aż trudno wyjść ze zdumienia, że w tak prostym i krótkim obrzędzie mogło się zmieścić tak wiele najgłębszych treści.

Zatem – po pierwsze – gest krzyża, który wykonujemy żegnając się, wyraża naszą wiarę w Syna Bożego, który dla nas stał się człowiekiem, a na krzyżu dokonał naszego odkupienia, zaś Jego zmartwychwstanie jest dla nas obietnicą i gwarancją życia wiecznego. Innymi słowy, gest ten wyraża naszą wiarę, że mocą swojej męczeńskiej śmierci na krzyżu Chrystus Syn Boży uzdrawia nas z wszelkich zniszczeń, jakie spowodowały w nas nasze grzechy, i zwraca nas – marnotrawne dzieci swojemu Ojcu. „Za wielką cenę zostaliście nabyci, chwalcie więc Boga w waszym ciele” (1 Kor 6,20).

Po wtóre, gest krzyża wyraża ponadto naszą wiarę, że zło doznawane – choroby, nieszczęścia, krzywdy, niezrozumienie u drugich itp. – nie jest złem ostatecznym i jeśli nie można go uniknąć, należy przemieniać je w krzyż niesiony na wzór Chrystusa (por. Mt 16,24). Mówiąc inaczej, gest ten wyraża wiarę, że nasz Odkupiciel ma moc wypełniać swoją obecnością doznawane przez nas zło i przemieniać je w coś dla nas pozytywnego, w coś, co sprawia w nas dojrzewanie na życie wieczne.

Po trzecie, gestowi krzyża towarzyszy wyznanie Trójcy Świętej. Zatem wyznajemy wówczas naszą wiarę, że Bóg jest Miłością oraz że ostatecznym naszym powołaniem jest przebóstwienie, uczestnictwo w synostwie Bożym Syna Jednorodzonego i wiekuiste zjednoczenie – wraz z Nim i w Jego Duchu z Przedwiecznym Ojcem.

Po czwarte, wyznania Najświętszej Trójcy dokonujemy przez powtórzenie formuły, która została nad nami wypowiedziana w momencie chrztu. Znak krzyża przypomina zatem, że przez chrzest zostaliśmy zanurzeni w Ojcu i w Synu, i w Duchu Świętym, oraz uobecnia nam wezwanie i obietnicę, które stąd wynikają. Ponieważ zaś jest to znak właśnie krzyża, w sposób naturalny uprzytamnia nam prawdę, że „my wszyscy, którzy otrzymaliśmy chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć” (Rz 6,3).

Po piąte, znak ten kreślimy na swoim ciele. Wyznajemy w ten sposób – w każdym razie winniśmy wyznawać – religijny szacunek dla swojego ciała, które Duch Święty chce przemienić w swój przybytek, wprzęgnąć w służbę dobru i doprowadzić do chwalebnego zmartwychwstania. Zwróćmy uwagę na to, że znak krzyża jest szczególnie stosownym środkiem, za pomocą którego mogę okazać swojemu ciału religijny szacunek, mimo że wciąż jeszcze mieszka w nim „stary człowiek”, którego należy wraz z Chrystusem ukrzyżować (por. Rz 6,6.12; 8,23).

Wreszcie – po szóste – znak krzyża jest dla wierzących w Chrystusa skuteczną obroną przeciw szatanowi. „To, co było naszym przeciwnikiem, Bóg usunął z drogi, przygwoździwszy do krzyża. Po rozbrojeniu Zwierzchności i Władz, jawnie wystawił je na widowisko, powiódłszy je dzięki Niemu w triumfie” (Kol 2,14n). Ten apotropiczny sens znaku krzyża bardzo często podkreślali Ojcowie Kościoła, wydobywały go nawet niektóre teksty cytowane wyżej (zwłaszcza św. Cyryla z Jerozolimy). Przywołam tu może jeszcze wypowiedź św. Hipolita Rzymskiego († 235) – nie tylko ze względu na starożytność tego świadectwa. Mianowicie Hipolit bardzo interesująco uzasadnia, skąd się bierze tak wielka moc znaku krzyża przeciwko szatanowi – znak ten bowiem dokonuje niejako uobecnienia chrztu: „Starajcie się zawsze osłaniać swoje czoło znakiem krzyża. Jest to bowiem znak męki, dany przeciwko szatanowi, jeżeli ktoś czyni go z wiarą, a nie dla dogodzenia ludziom, ale żeby przez znajomość używać go jako pancerza. Wróg bowiem, widząc duchową cnotę wychodzącą z serca – tak jakby dokonało się jawne obmycie – drżąc poczyna uciekać, kiedy nie ustępujesz mu, a pobudzasz samego siebie [do Bożej służby]” (Tradycja apostolska 42).


[
«]  „Dolna poprzeczka jest odpowiednikiem suppedaneum, na którym spoczywały nogi Chrystusa, przebite dwoma gwoździami. Poprzeczka ta na greckich ikonach jest horyzontalna, natomiast na rosyjskich jest najczęściej pochyła. To pochylenie, przechodzące od prawej strony Chrystusa ku lewej, zawiera pewien sens symboliczny – oto sąd: usprawiedliwienie dobrego łotra i potępienie złego” (W. Łosski, „Krzyż”, Novum 1981 nr 1-2, s. 35).

O. Jacek Salij – „Poszukiwania w wierze”

 

Print Friendly, PDF & Email

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *