Nieuzasadniona zazdrość o ukochaną osobę

Gnębi mnie chorobliwa niemal zazdrość o kochanego chłopaka. Jesteśmy z sobą już dwa lata i planujemy w najbliższym czasie małżeństwo. Ja jednak zastanawiam się, jak przez kolejne lata będę walczyć z ową zazdrością. Nie mam powodów, aby oskarżać go o niewierność lub nawet inklinacje w tym kierunku, a jednak czasami aż mnie „porywa”. Nie chcę sobie przy tym zdawać sprawy z tego, że ja czasami również rozmawiam z innymi młodymi ludźmi i nie wiążę tego z jakimiś nadziejami i planami na przyszłość. Moje cierpienie łączę z własnym niedowartościowaniem i niewiarą w siebie, ale znać przyczyny to mało. Trzeba umieć temu zaradzić.

W tej zazdrości o ukochaną osobę jest jednak coś pozytywnego. Trzeba to poznać, bo zazdrość chorobliwa żeruje przecież na tym, co pozytywne, tyle tylko, że tego nie rozumie i nie potrafi tego mądrze wykorzystać.

Otóż wydaje mi się, że czymś pozytywnym w przeżywanej przez Panią zazdrości jest zwyczajne pragnienie bycia kochaną. Ten wymiar miłości jest nie doceniany przez moralistów. Oni pouczają nas zazwyczaj, że to my mamy kochać, myśleć o dobru i szczęściu tych, których kochamy, a w razie potrzeby poświęcać się dla nich. I całe szczęście, że ktoś nam o tym wszystkim przypomina, bo dopóki ja nie zacznę naprawdę kochać, nie będę nawet wiedział, co to jest miłość.

Ale nikt z nas zdolności do kochania nie ma sam z siebie. Potrafimy kochać, bo najpierw sami byliśmy kochani. I to nie jest tak, że człowiek dojrzały, który sam potrafi obdarzać miłością, sam już nie potrzebuje być kochanym. Byłaby to zwyczajna pycha i przypisywanie sobie cech boskich. Jeden tylko Bóg ma nieskończoną moc obdarzania sobą innych i nie potrzebuje swojej zdolności do miłowania odnawiać ani uzupełniać. Dojrzałość człowieka, owszem, mierzy się zdolnością do bezinteresownej i ofiarnej miłości, ale kto prawdziwie kocha, temu też zależy na tym, aby samemu być kochanym. Otrzymywanie miłości w sposób istotny odnawia naszą zdolność do obdarzania miłością.

Na szczęście, na tym Bożym świecie da się żyć według programu miłości nawet na duchowej pustyni. W każdej bowiem, nawet bardzo niekorzystnej sytuacji mamy dostęp do Boga. Możemy się zanurzyć w Jego miłości i umacniać w ten sposób naszą zdolność do kochania innych. Nie jest to jednak normalne, jeśli człowiek, starający się przekraczać swój egocentryzm i otwierający się dla innych, może liczyć tylko na miłość Boga. Miłość Boga jest źródłem wszelkiej prawdziwej miłości, toteż wtedy dopiero jest normalnie, kiedy kochając Boga, jesteśmy zarazem powiązani wielorako miłością wzajemną.

Pani przynajmniej nikt nie musi tłumaczyć, jaka to wielka wartość, kiedy człowiek nie tylko kocha, ale jest też naprawdę kochany. Ale zarazem Pani sama czuje, że jest coś chorobliwego w tej zazdrości, jaka Panią męczy. Chce Pani być kochaną, a zarazem coś Panią pcha do tego, żeby utrudnić swojemu chłopcu prawdziwą miłość. Trudno się Pani zdobyć na zaufanie, które jest przecież podstawą prawdziwej miłości. Jako osoba myśląca i głęboka, rozumie Pani, że źródłem tego braku zaufania i tych (słusznie budzących Pani lęk) ciemnych tendencji, aby kochaną osobę przemienić w swoją własność, jest jakaś niewiara w siebie i – niesłuszne przecież, Pani sama o tym dobrze wie! – poczucie swojej małej wartości.

Pyta Pani, co robić. Otóż spontanicznie nasuwają mi się aż trzy rady. Po pierwsze, myślę, że warto głębiej poznać przyczyny, skąd się to wszystko w Pani wzięło. Obecnie zna je Pani tylko powierzchownie. Nie jest to mało, bo właśnie dzięki temu potrafi się Pani mądrze niepokoić swoim stanem ducha. Jest to jednak za mało, żeby ten stan ducha praktycznie przezwyciężyć.

Wielu już ludzi zwierzało mi się z nieuzasadnionych zazdrości o ukochaną osobę. I prawie zawsze okazywało się, że ludzie ci w dzieciństwie przeżyli albo rozwód swoich rodziców, albo mieli ojca alkoholika, albo też rodzice (wyjeżdżając na przykład za granicę) lub samotna matka podrzucali ich na całe miesiące dziadkom lub jakiejś ciotce. Wielkie szczęście mają te dzieci, które w takich sytuacjach przeżywają po prostu żal do swoich rodziców. Znacznie gorzej, jeśli w biednej główce dziecka ukształtuje się przekonanie, że to z jego winy tatuś opuszcza mamusię lub się upija. Albo jeśli opanuje je lęk, iż jest ono tak wielkim ciężarem dla swojej mamusi, że kiedyś już ona nie wytrzyma i porzuci je na zawsze.

Dziecko, sobie przypisując winę, jakiej rodzice dopuścili się przeciwko niemu, rośnie w fałszywej świadomości, że jest okropne, niewdzięczne i nic niewarte. Zarazem całe jest podszyte śmiertelnym strachem, że w końcu rodzice będą mieli go już dość i zupełnie się go wyrzekną. W chorej sytuacji rodzinnej chorobliwie też może się ułożyć stosunek dziecka do swoich rodziców: niewiele jest w nim miłości, dziecko raczej trzyma się kurczowo swoich rodziców, chciałoby ich mieć na własność. Później, kiedy dziecko dorośnie, rana ta – wciąż nie zagojona, bo zainteresowany najczęściej nie zdaje sobie z niej sprawy – lubi objawiać się chorobliwą zazdrością najpierw o narzeczonego, później o małżonka, w końcu o własne dorastające lub dorosłe już dzieci. Jeśli się nie zagoi, człowiek przez całe życie sam wiele się namęczy i wiele krwi napsuje swoim najbliższym.

Przeczytaj jeszcze  Potrzeby seksualne osób z upośledzeniem umysłowym

Z pewnością Pani nosi w sobie jakąś ranę. Bardzo możliwe, że żadna z trzech wymienionych sytuacji Pani nie dotyczy. Ale niech Pani spróbuje uświadomić sobie jasno, co to za rana i skąd się ona wzięła. Niech Pani z góry nie wyklucza tego, że przyczyną tej rany jest jakaś krzywda, za którą Pani fałszywie poczuła się winna – i że tu właśnie jest źródło niepewności co do własnej wartości oraz tej skłonności do kurczowego trzymania przy sobie ukochanej osoby. Nawet gdyby miało się okazać, że zawiniło któreś z rodziców, a więc osób Pani najbliższych i niewątpliwie Panią kochających, warto to sobie jasno uświadomić. Kiedy człowiek zobaczy to wszystko w świetle i bez ukrywania, łatwiej też mu będzie wybaczyć swoim winowajcom, zwłaszcza że prawie zawsze takie krzywdy są zadawane dzieciom bezwiednie i zazwyczaj przez ludzi, którzy sami są jakoś tam poranieni.

Bardzo jednak możliwe, że rana, która Pani utrudnia postawę zwyczajnej, zdrowej miłości, wzięła się skądinąd i że właśnie żadne z Pani rodziców nie ponosi za nią winy. Proszę mnie dobrze zrozumieć. Mówię tylko tyle, że w miarę możliwości powinna Pani tę ranę w sobie rozpoznać i podjąć jej leczenie. Musi Pani wreszcie zobaczyć, z jakiej to rany bierze się tak niesłuszne zwątpienie co do własnej wartości oraz ten irracjonalny lęk przed utratą osoby, na której Pani bardzo zależy. Nie chcę Pani wmawiać, że to rodzice tę ranę zadali. Mówię tylko, że nawet gdyby tak się miało okazać, nie trzeba tego przed sobą ukrywać. Tego rodzaju zaszłości zawsze trzeba sobie jasno uświadomić. Wtedy można będzie także swoją miłość do rodziców oczyścić i pogłębić.

Druga moja rada jest następująca: Niezależnie od tego, czy i w jakim stopniu uda się Pani tę ranę w sobie rozpoznać i coś mądrego z nią zrobić, musi sobie Pani jasno uświadomić swoją wartość. Z pewnością ma Pani sto różnych powodów do tego, żeby cenić samą siebie i dziękować Stwórcy za dary, jakimi Panią obdarzył. Ja tu zwrócę uwagę tylko na powód najważniejszy. Otóż nie jest Pani byle kim. Sam Bóg Panią kocha, a On nie kocha byle kogo. I z pewnością ma dobry gust. Im więcej będzie to Pani rozumiała i im więcej będzie Pani również swoim życiem starała się o to, żeby podobać się Bogu, tym więcej uwolni się Pani od tego poczucia swojej rzekomo małej wartości.

I wreszcie rada trzecia: Gdyby przypadkiem tak się zdarzyło, że mimo zastosowania się do dwóch pierwszych rad nadal będą dokuczały Pani pokusy irracjonalnej zazdrości, trzeba się nauczyć za bardzo się nimi nie przejmować, a wówczas łatwiej Panią opuszczą. Zbyt mocne pragnienie całkowitego uwolnienia się od takich nieprzyjemnych myśli i odczuć może je tylko wzmacniać i przemieniać niemal w obsesję. Między uleganiem takim pokusom (na to Pani stanowczo nie wolno sobie pozwolić) a wolnością od nich (co nie zawsze da się osiągnąć) istnieje jeszcze możliwość ustawienia się wobec nich na dystans. Kiedy człowiek sam w sobie się przekona, że te pokusy wprawdzie mnie nawiedzają, ale nie wyrażają, niepokój z ich powodu samorzutnie zacznie się we mnie zmniejszać.

Ufajmy jednak, że dwie pierwsze rady okażą się na tyle skuteczne, że z tej trzeciej nie będzie już Pani musiała korzystać. Miejmy nadzieję, że zaufanie do najbliższej sobie osoby – zaufanie, na które Pani chłopak przecież zasługuje – stanie się dla Pani czymś oczywistym i spontanicznym.

O. Jacek Salij OP, Nadzieja poddawana próbom,
W drodze – Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów

Print Friendly, PDF & Email

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *