SKRZYDŁA RADOŚCI – ROZMOWA Z T. HOWARDEM

PO RAZ PIERWSZY W AMERYCE I, JAK SĄDZĘ, PRAWDOPODOBNIE W OGÓLE PO RAZ PIERWSZY OD CZASÓW REFORMACJI, TAK WIELE TYSIĘCY PROTESTANTÓW EWANGELICKICH, OCZYWIŚCIE POSIADAJĄCYCH DUŻĄ WIEDZĘ RELIGIJNĄ, ZNAJĄCYCH CAŁĄ BIBLIĘ, NAWRACA SIĘ NA RZYMSKI KATOLICYZM.


Jak to się stało, że po pół wieku bycia protestantem został pan katolikiem?

Rzeczywiście, zanim zostałem włączony do Kościoła katolickiego przez 25 lat byłem ewangelikiem, a przez 25 kolejnych – anglikaninem. Byłem bardzo entuzjastycznym, gorliwym i silnym typem protestanta, zwanym ewangelickim. W Europie, jak sądzę, ewangelisch czy evangelical znaczy po prostu „protestancki”. W Ameryce oznacza to bardzo konserwatywny typ protestantyzmu, np. Billy Graham jest ewangelikiem. Ewangelicy są „ponownie narodzonymi chrześcijanami”, mówią: „przyjąłem Jezusa jako mojego osobistego Zbawiciela” itd. Byłem wychowany właśnie w tego typu rodzaju religijnej rodzinie. To było cudowne. Do dziś mój ojciec i moja matka (oboje już nie żyją) trwają w mojej wyobraźni, w moich myślach, w mojej pamięci jako ideały pobożnego mężczyzny i pobożnej kobiety. Dawali przykład nam, szóstce swoich dzieci, ponieważ ich życie było zgodne z tym, co mówili. Uczyli nas Pisma. Ewangelicy znają całą Biblię na wyrywki. Otóż spędzają oni całe życie na jej studiowaniu i zapamiętywaniu.

Tak więc wychowany w tej wyjątkowo chrześcijańskiej i pobożnej atmosferze, wiedziałem, że mieliśmy rację. Nie miałem żadnych wątpliwości. Ewangelicy byli prawdziwymi chrześcijanami, liberalnych protestantów nie traktowaliśmy jako chrześcijan, a rzymskich katolików w ogóle nie było na naszej mapie, ponieważ czcili Maryję, mieli koncepcję papieża – „kto kiedykolwiek to słyszał?!” Wiedziałem, że w Kościele katolickim wszystko było złe, ale oczywiście nigdy tego nie zbadałem.

Kiedy byłem młodym człowiekiem uczyłem w szkole w Wielkiej Brytanii i zostałem przyjęty do Kościoła Anglii. Jak wszyscy wiedzą, Kościół anglikański pod wieloma względami wygląda jak Kościół katolicki. Przeszedłem od czysto protestanckiego kultu, z jedynie homilią i śpiewaniem, do liturgii eucharystycznej czyli Mszy. Zaczęło to na mnie oddziaływać i zrozumiałem, że owa liturgia eucharystyczna jest w rzeczy samej starożytnym kultem Kościoła, że my, protestanci z tzw. Wolnych Kościołów, w XVI wieku, w czasach Kalwina Zwinglego w Zurychu, odrzuciliśmy liturgię eucharystyczną i zastąpiliśmy ją nabożeństwem z kazaniem.

Zacząłem się więc interesować Kościołem pierwotnym, Kościołem Ojców, Kościołem św. Ignacego Antiocheńskiego, św. Klemensa Rzymskiego, św. Polikarpa ze Smyrny, św. Justyna Męczennika, św. Ireneusza z Lyonu i innych. Zacząłem czytać ich dzieła. Tym, co odkryłem, był Kościół rzymskokatolicki. On istniał od początku. Kiedy się czyta listy św. Ignacego Antiocheńskiego, który był uczniem św. Jana Apostoła, to już tam jest mowa o Mszy, o episkopacie, o biskupach. Wcześniej nie wiedziałem o tym, nikt mi tego nie powiedział.

Ostatecznie zdałem sobie sprawę, że nawet jako chrześcijanin – członek Kościoła anglikańskiego, w pewnym sensie ciągle trwałem w oddzieleniu od będącego na wyciągnięcie ręki starożytnego Kościoła Apostołów, Męczenników, Ojców. W końcu nie umiałem sobie odpowiedzieć, dlaczego nie jestem rzymskim katolikiem. Kosztowało mnie to wiele wysiłku. Nie sądzę, aby katolicy wiedzieli jak trudno jest protestantowi, poważnemu protestantowi, zostać katolikiem. To jest jak wybrać się w rejs albo polecieć na inną planetę.

Na czym polega ta trudność?

Powiedziałbym, że jest to trudność emocjonalna. Ewangelicyzm jest twoją rodziną, to bardzo ciepły odłam chrześcijaństwa. Mógłbym zabrać Pana, tutaj w USA, na konwencje studentów, gdzie byłoby 20 tysięcy ewangelickich, „nowonarodzonych” studentów, śpiewających modlitwy do Jezusa Chrystusa, wszystkich dzielących się wiarą przy szeroko otwartej Biblii, pełnych entuzjazmu itd. To bardzo ciepła atmosfera. Potem patrzysz na katolików wychodzących rządkiem z mszy, nie rozmawiających ze sobą, albo idziesz na Mszę, gdzie nikt nic do ciebie nie mówi. Wygląda to jak straszna, obca kraina. Moja konwersja była niby opuszczeniem znanych ci rodzinnych stron. Straciłem np. pracę. Byłem profesorem w ewangelickim college’u i w wieku 50 lat znalazłem się na ulicy. Straciłem pracę, ponieważ zostałem katolikiem. Nie wiedziałem, co mam dalej robić. Arcybiskup Bostonu, kardynał Law, usłyszał o tym. Był dla mnie bardzo uprzejmy, porosił bostońskie seminarium, aby znalazło pracę dla mnie. Tak więc od 15 lat nauczam w seminarium w Bostonie.

Czy konwertyci doświadczają z tego powodu również problemów rodzinnych?

O, tak. Ponieważ napisałem kilka książek na ten temat, ludzie znają moje nazwisko i piszą do mnie. Często są to mąż i żona, oboje są „nowonarodzonymi” ewangelikami, mąż jest gotów do przejścia na katolicyzm, ale żona nie może się odnaleźć w tej sytuacji. Ja i moja żona mamy wielu takich przyjaciół. Ona została katoliczką dziesięć lat po mnie. Dla nas nigdy nie było problemu. Moja żona jest cudowną, mądrą kobietą. Po prostupodróżowaliśmy razem. W niedziele udawaliśmy się, można powiedzieć, do dwóch różnych ołtarzy. Jednak ufałem Bogu, że ją poprowadzi. Co też uczynił. Ale w wielu przypadkach rodziny ulegają rozbiciu. Dla ewangelika zostać katolikiem to tak, jak zostać muzułmaninem. Bardzo często dla rodziny jest to taka sama tragedia. Oni myślą, że porzuciłeś wiarę chrześcijańską.

Czy mógłby Pan wskazać jakiś konkretny moment, kiedy zmieniło się panu nastawienie do katolicyzmu?

To był rozciągnięty na wiele lat proces duchowej pielgrzymki, eklezjologicznej peregrynacji, podczas której coraz lepiej poznawałem Kościół katolicki. Były jednak momenty, które podczas tej podróży szczególnie zapamiętałem.

Poczułem, że ziemia obróciła się pod moimi stopami, i że stoję na ziemi katolickiej patrząc wstecz, jakby z zewnątrz, na moja anglikańską liturgię, poczułem, że coś się zmieniło, że jestem już po drugiej stronie (było to raczej przeżycie emocjonalne, jednak bardzo realne), gdy pewnego dnia, w roku 1984, podczas naszej anglikańskiej Eucharystii, moja żona zwróciła się ku mnie i powiedziała: „Już cię tutaj nie ma, prawda?” Przeraziło mnie to. Pomyślałem, że ta dobra i mądra kobieta zobaczyła coś, do czego ja bałem się przyznać: „Już cię tutaj nie ma, prawda?”. Oczywiście było to przerażające i dla niej, i dla mnie, ponieważ wiedziałem, że teraz będę musiał dokonać wyboru. Rozmawialiśmy przez następne kilka tygodni, przy porannej kawie, wylaliśmy wiele łez. Pewnego ranka moja żona powiedział: „Chcę, abyś wiedział, że Bóg uzdolnił mnie nie tylko do tego, aby znieść twoje przejście na katolicyzm, abym otarła łzy, abym zaakceptowała to jakoś tak neutralnie. Chcę, abyś wiedział, że jeśli chodzi o twoje przejście na katolicyzm Bóg dał miskrzydła radości„. Powiedział: „skrzydła radości”! To mnie wyzwoliło. To była cudowna chwila.

A drugi moment?

Myślę, że najważniejszym czynnikiem, który zmusił mnie do podjęcia tego kroku, nie było pytanie: „Kto wykonuje lepszą robotę?”, ale pytanie: „Co jest prawdziwe?”

W pewnym sensie ewangelicy są bardzo kreatywni, energiczni, tworzą różne organizacje świeckich i młodzieży. W wielu dziedzinach sprawiają wrażenie, że w Ameryce wykonują lepszą robotę niż Kościół katolicki. Chodziło jednak o kwestię: „Co jest prawdziwe?” Doszedłem do przekonania, że Kościół rzymskokatolicki jest tym, za co się przedstawia, że jest, a mianowicie że jest Kościołem pierwszych chrześcijan. Nigdy od niczego się nie oderwał, zawsze istniał, nie powstał w XIX, XVIII czy XVI wieku, nie powstał w Wittenberdze, w Zurychu, w Genewie, w Edynburgu czy w Amsterdamie, powstał na Krzyżu wraz z krwią i wodą wypływającą z boku Zbawiciela.

Dodałbym również, że centralnym punktem, komponentem czy też składnikiem tej prawdy, jest kwestia Piotra. Co do tego nie ma wątpliwości. Kościół naucza, a katolicy wierzą, że Piotr jest szczególnym, w boski sposób ustanowionym, rzec można, znakiem, zabezpieczeniem, czy tez sakramentem jedności Kościoła od początku jego historii. Oczywiście Głową Kościoła jest Jezus Chrystus, Zbawiciel ale wypowiedział do Piotra te dziwne słowa o dawaniu mu kluczy, o wiązaniu i rozwiązywaniu: „co będzie związane na ziemi, będzie związane w niebie”, „paś moje baranki, paś moje owce” itd.

Następnie kiedy czytałem historię wczesnego Kościoła, odkryłem, że ostatecznie Biskup Rzymu, który zasiadał, jak to określano, na tronie Piotra, czyli w Rzymie, był coraz wyraźniej uznawany jako właśnie pierwszy biskup chrześcijaństwa. Inni biskupi – w Aleksandrii, Jerozolimie, w Antiochii czy w Atenach – kierowali zapytania do Rzymu. Zacząłem się wtedy przekonywać o „Piotrowej naturze Kościoła”, tzn. że Piotr jest tu decydującym składnikiem.

Myślę, że właśnie tu jest prawdziwy katolicki ekumenizm. Gdyby ktoś mnie zapytał: „Czy jesteś nastawiony ekumenicznie, czy wierzysz, że Kościół powinien być jeden?”, powiedziałem: „Tak”. Jednak potem musiałbym dodać: „Wierzę, że drogą do tego prowadzącą jest powrót wszystkich chrześcijan do posłuszeństwa Rzymowi”.

Myślę, że naraziłby się Pan najgłośniejszym ekumenistom.

Jezus Chrystus modlił się, aby Kościół był jeden. A co zrobił protestantyzm? To przykre, ale w Ameryce jest około 40 tysięcy protestanckich denominacji, 40 tysięcy! Kościół rzymskokatolicki mówi, że wolą Bożą jest aby Kościół był jeden. O to modlił się Jezus przed męką.

Jest sporo osób ignorujących różnice między katolicyzmem a protestantyzmem, ale tak się składa, że inna jest nauka protestancka, a inna katolicka. Słowo „katolicki” znaczy „powszechny”, nie tylko w tym sensie, że Kościół obejmuje cały świat, ale również w innym, głębszym znaczeniu oznacza ono „cały”, „pełny”, owo greckie słowo oznacza pełnię wiary.

Tym, co ostatecznie kazało mi odejść od protestantyzmu, była kwestia: „czym jest Kościół?”. Byłem wierzącym chrześcijaninem, ewangelikiem, bardzo entuzjastycznie nastawionym do wiary. Jednak kwestia: „czym jest Kościół?” – przesądziła o moim przejściu na katolicyzm.

Kościół katolicki wierzy, że Kościół jest jeden, że jest apostolski, że nie jest demokratyczny, że został zbudowany na fundamencie Apostołów. Oni przekazali swoją władzę biskupom. Władza nauczania i rządzenia w Kościele należy do urzędu biskupa, a w najszczególniejszy sposób do Biskupa Rzymu. Kościół nie ma np. władzy, aby pewne nauki zmienić.

To jest to, na co wciąż wskazuje Ojciec Święty, gdy chodzi np. o kwestię kapłaństwa kobiet. Brzmi to jak całkiem dobry pomysł, jeśli mówimy o pewnym rodzaju pracy zawodowej. Kobiety z pewnością umiałyby odprawić Mszę i wiedzą jak robić to, co robią księża. Kościół mówi: „oczywiście, że one wiedzą jak to robić, ale to nie jest kwestia odmiany pracy zawodowej, to kwestia świętej tożsamości„. Jan Paweł II wciąż mówi, że Kościół nie ma władzy, aby wyświęcać kobiety, ponieważ Kościół musi trzymać się apostolskiego nauczania i praktyki.

Albo Komunia. Wiele osób mówi i brzmi to bardzo przyjaźnie, tak po sąsiedzku: „Dlaczego nie idziemy wszyscy razem do Komunii? Dlaczego Kościół katolicki jest taki sztywny, taki dumny? Dlaczego mówi: nasza Komunia jest jedyna, a wy wszyscy jesteście wyłączeni?”. Dla współczesnego umysłu wygląda to bardzo małodusznie. Mój najlepszy przyjaciel jest protestantem i nie mogę sprawić, aby zrozumiał on, że to nie jest tak, że Kościół katolicki mówi: „Nie jesteś wystarczająco dobry”. Kościół katolicki mówi, że Komunia Święta to troszeczkę tak, jak seks w małżeństwie, to znaczy, że jest to wypełnienie, spełnienie, sakrament naszej jedności, to święty akt podążający w ślad za naszą realną jednością i posłuszeństwem wobec pierwotnego Kościoła. Odwrócić ten porządek i powiedzieć: „Przystępujmy do Komunii razem, tak, abyśmy byli jedno”, to trochę jak powiedzieć: „Najpierw współżyjmy razem, a potem zdecydujemy, czy chcemy się pobrać”.

Nie tylko Prymat Piotra budzi sprzeciw protestantów. Także katolickie nauczanie o Maryi.

Problem Maryi jest bardzo trudny dla protestantów, a najbardziej dla ewangelików, ponieważ dla nich wygląda to tak, że Kościół rzymskokatolicki odsunął Jezusa Chrystusa z centrum i umieścił w nim dwie figury, Jezusa Chrystusa i Jego Matki, ponieważ używa on sformułowań takich jak „Współodkupicielka” czy „Współpośredniczka”. Słysząc to protestanci zapominają, że dla katolików Jezus Chrystus nie jest żadnym „Współ-” . Jest On Odkupicielem, Pośrednikiem między Bogiem i człowiekiem.

To interesujące, że prawie każda katolicka dyskusja między teologami na temat pośrednictwa Maryi zaczyna się słowami św. Pawła z Pierwszego Listu do Tymoteusza: „bo jest jeden Bóg, i jeden Pośrednik między Bogiem i człowiekiem, człowiek Jezus Chrystus”. Kościół katolicki nie naucza, że Maryja jest drugą Pośredniczką, lub że Jezus niezupełnie dokończył Swego dzieła. On uczy, że Maryja otrzymała do odegrania unikalną rolę w całym dramacie Ewangelii.

Bóg nie nachylił ku nam brzegu nieba i nie powiedział: „Zbawię was wszystkich”, on zstąpił na ziemię, przyjął nasze ludzkie ciało i stał sięczłowiekiem. Oczywiście rolą matki Bożej było to, że dała Mu to ciało. Tak więc ciało, w którym nasze zbawienie dokonało się na Krzyżu, na Kalwarii, było darem dziewicy Maryi dla naszego Pan. Z tego wypływają wszystkie doktryny maryjne. Na przykład Kościół katolicki wywyższa Maryję, co nie znaczy, że Ją czci jak Boga. Kościół jest tu bardzo konkretny. Boska cześć jest należna tylko Bogu, określa się to słowem latria – uwielbienie należne Bogu. Jest też coś, co nazywa się dulia, co jest rodzajem uszanowania, które okazujemy królowi, prezydentowi czy papieżowi. Matce Bożej okazujemy hiperdulia, nie latria, nie cześć Boska, ale wyjątkowa miłość, nabożeństwo i szacunek, które należą się Dziewicy Maryi, co obwieścił już anioł: „Bądź pozdrowiona pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”. Protestanci zapominają, że rzymski katolicy mówiąc: Ave Maria, gratia plena, Dominus tecum, cytują słowa anioła. Cytują Biblię. Nie wymyślili sobie tego. Nie wymyślił tego jakiś średniowieczny papież.

Przeczytaj jeszcze  REFORMACJA DEFORMACJA – ROZMOWA Z S. HAHNEM

Maryja jako Pośredniczka jest swego rodzaju „chrześcijanka numer jeden”, ale każdy z nas, chrześcijan, został włączony do owego urzędu pośrednictwa Jezusa Chrystusa. Kiedy ja, jako chrześcijanin, pomodliłem się za kogoś, to wziąłem udział w dziele naszego Pana Jezusa Chrystusa, dziele pomagania duszom w dojściu do poznania Boga. Mogę też wyjaśnić komuś ewangelię, mogę dać komuś kubek zimnej wody w imię Jezusa. Wszystko to jest częścią wielkiej, kapłańskiej posługi pośrednictwa Jezusa. On jest Głową, my jesteśmy Ciałem.

Maryja tutaj góruje, jest w tym Ciele jedyna w swoim rodzaju. Aby pomóc zrozumieć Maryję jako Pośredniczkę, często mówię moim protestanckim przyjaciołom: „Nie chcesz, abym prosił Maryję o Jej modlitwy, ale nie przeszkadza ci to prosić mnie o moje modlitwy! Jeśli powiesz mi: Słuchaj, Tom, módl się za mnie, mam przed sobą trudny okres, to nie odpowiem ci: Nie potrzebujesz, bym ja modlił się za ciebie, skoro Jezus jest twoim pośrednikiem. Czyżby nie wykonywał On wystarczająco dobrej roboty?. Odpowiem raczej: tak, pomodlę się za ciebie, ponieważ jestem uczestnikiem posługi pośrednictwa Jezusa Chrystusa”. Zaś Nasza Pani jest „numer jeden”, Ona jest pierwsza spośród nas wszystkich.

Jak ocenia Pan relacje między katolicyzmem a protestantyzmem?

Katolicy powinni wiedzieć, że wielu protestantów jest bardzo pobożnymi, wierzącymi chrześcijanami. Mógłby więc ktoś zapytać, czy wobec tego protestantyzm nie jest w porządku. Myślę, że trzeba, aby zostało to wyraźnie powiedziane przez katolików: „O protestantyzmie można powiedzieć wiele wspaniałych rzeczy, ale to nie jest Kościół”.

Wiele protestanckich denominacji jest bardzo dobrymi świadkami prawdy, wiele z nich bardzo się trudzi dla Pana, istnieją wszelkiego rodzaju organizacje, np. Billy’ego Grahama, który z pewnością obok Jana Pawła II ma dziś największy wpływ na głoszenie światu Ewangelii, jednakże protestantyzm odciął się od źródła, od „korzenia apostolskiego”. Jest to wizja odmienna od tej, z którą utożsamiali się pierwsi uczniowie Chrystusa.

Mówimy, że Kościół jest jeden, święty, powszechny i apostolski. Protestantyzm, ogólnie rzecz biorąc, nie powiedziałby tego. Oni nie wierzą, że Kościół jest jeden właśnie w taki sposób, organicznie i podlegając jednej władz. Sądzę, że gdybyśmy mieli wskazać jakiś jeden podstawowy punkt niezgody, to nie wskazalibyśmy na Mszę, papiestwo czy pełnię nauczania o Maryi, ale właśnie to. Myślę, że to, co najbardziej niszczące czy najtragiczniejsze w protestantyzmie, to brak Magisterium, brak władzy nauczania. Każdy chrześcijanin może rzucać swoje pomysły na podstawie Biblii, mając przy tym tyle samo władzy, co jakikolwiek protestancki biskup, pastor czy teolog. I nikt nie może rozstrzygnąć wątpliwości.

Kiedy więc przychodzi np. do kwestii homoseksualizmu czy kapłanek w Kościele, to nie ma głosu, który mógłby powiedzieć: „To jest wiara apostolska, to jest to, czego uczy Kościół w tej kwestii”. Owce są pozostawione bez pasterza. Jest dużo psów pasterskich, warczących i gryzących je w pięty, ale nie ma pasterza, który by je poprowadził.

Protestanci oczywiście odpowiedzą: „Mamy Jezusa Chrystusa, mamy Ducha Świętego”. Ale trudność z tym związana polega na tym, że oni mają 40 tysięcy denominacji. Czy utworzył je Duch Święty? Kiedy w protestantyzmie pojawia się różnica zdań, dochodzi do rozłamu i wszystko zaczyna się od nowa. Z protestanckiego punktu widzenia – mówię to zupełnie poważnie – ja i mój najlepszy przyjaciel moglibyśmy od nowa założyć Kościół w moim salonie. Mógłbym powiedzieć: „W porządku, ja będę głową Kościoła”. W ten sposób powstały wszystkie denominacje. W Ameryce są ich tysiące i w każdym przypadku jest albo jeden człowiek, albo grupa mężczyzn i kobiet, którzy zainicjowali cos nowego, którzy powiedzieli: „Teraz my założymy Kościół i zrobimy to właściwie”. Są tysiące rodzajów prezbiterianów, tysiące rodzajów baptystów. Nie ma zaś magisterium, które mogłoby rozstrzygnąć jakikolwiek problem.

Dla protestantów, jak mówią, rozstrzygająca jest zasada sola scriptura – tylko Pismo.

Problem z doktryną sola scriptura Marcina Lutra polega na tym, że nie ma jej w Biblii. Nie ma jej nawet w Biblii Lutra! Biblia nie naucza zasady sola scriptura. Kiedy prosi się protestanta: „Pokaż mi tekst w Biblii mówiący: tylko Biblia„, to nie może go znaleźć. Apostołowie, św. Paweł i św. Piotr, ciągle mówią: „Musicie być posłuszni temu, co do Was piszemy, i temu, co wam przekazaliśmy„, dosłownie: „Zachowujcie Tradycję!”. Kościół prawosławny, Kościół rzymskokatolicki i do pewnego stopnia anglikański przyjmują to.

Jeszcze jedno jest dziwne. Jeśli sola scriptura jest doktryną prawdziwą, to dlaczego Duch Święty nigdy nikomu o niej nie powiedział przez 1500 lat? Nikt nigdy o niej nie słyszał, Apostołowie nigdy nie słyszeli o tej doktrynie! Ojcowie Kościoła, św. Augustyn, nigdy nie słyszeli o doktrynie sola scriptura! To Luter ja wymyślił. Jestem pewien, że jego motywacja była bardzo żarliwa i w pewnym sensie może prawidłowa, chciał oczyścić późnośredniowieczny Kościół ze zeświecczenia, przesądów itd. Luter był jednak radykałem powiedział coś, co nie miało żadnego uzasadnienia w Biblii.

Czy zetknął się Pan może z książką „O rozwoju doktryny chrześcijańskiej” kardynała Newmana, który odbył podobną do Pańskiej drogę; od anglikanizmu do katolicyzmu?

Książka ta była największym kamieniem milowym w mojej pielgrzymce, najważniejszym dziełem ukazującym mi jak doktryna rozwija się w sposób organiczny.

W książce tej kardynał Newman stwierdza, że naturalną konsekwencją protestantyzmu jest ateizm. Rzecz jasna, przeraziłoby to gorliwych protestantów, którzy stanowczo by temu zaprzeczali. Jednak kardynał Newmanowi chodziło o to, że protestantyzm jest głęboko indywidualistyczny: „ostatecznie ja jestem swoim własnym sędzią tego, co prawdziwe”. Oczywiście może to prowadzić do niewiary, sceptycyzmu, agnostycyzmu lub ostatecznie ateizmu. Jeśli człowiek staje się swoim własnym papieżem, swoim własnym autorytetem i ostatecznym sędzią prawdy, to do ateizmu prowadzi już prosta droga. Zaczyna szukać dowodów, a oczywiście bardzo trudno jest dowieść, że Bóg istnieje, trudno jest dowieść, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym, trudno jest dowieść, że nasze Zbawienie jest w Krzyżu. Zaczynam więc oddalać się od wiary coraz dalej i dalej, aż odkryję, że nie mam już żadnej wiary.

To bardzo widoczna tendencja protestantyzmu. Zmierza on zawsze w lewo, w stronę liberalizmu. Aby pozostać konserwatywnymi, protestanci ciągle muszą dokonywać coraz to nowych rozłamów. Jednak wielkie protestanckie denominacje i ruchy zawsze przesuwają się w lewo. Jeśli istnieje w ich ramach jakaś grupa, która chce pozostać tradycjonalistami czy konserwatywna, musi się ona odłączyć i zaczynać wszystko od nowa. Myślę, że Newman miał zupełną rację. Zapewne zrozumiał on, że najpierw pojawia się liberalizm, potem sceptycyzm, po nim agnostycyzm, a w końcu ateizm – taki jest kierunek zmian. Wystarczy spojrzeć na dzieje Europy. To przecież protestantyzm wprowadził w XVIII wieku Oświecenie i już w czasach Woltera niewiara stała się modą. Najpierw pojawiło się coś, co nazwano deizmem – „Bóg istnieje, ale Go tu nie ma, jest bardzo odległy” – następnie sceptycyzm itd. Stało się to możliwe dzięki Lutrowi. Myślę, że gdyby wstał z grobu, byłby bardzo nieszczęśliwy, popatrzyłby wokoło i zawołał: „Co wyście zrobili?”. A ci ludzie popatrzyliby na Lutra i powiedzieli: „On nas wyzwolił”.

Z tego, co Pan mówi, wynika najogólniej, że protestantyzm jest rozdwojony: na denominacje „głównego nurtu” ciążące ku liberalizmowi oraz te, które powstają w wyniku coraz to nowych rozłamów, i które są bardziej konserwatywne.

Najsilniejszy ruch w amerykańskim protestantyzmie jest skrajnie liberalny. Wielkie, oficjalne denominacje, ciała kościelne cytowane w gazetach, są w Ameryce liberalne. Mają oni też duży wpływ na katolicyzm, np. modernizm, to, co Pius X nazwał herezja modernistyczną, tkwiło w protestantyzmie zawsze i przeszło do katolicyzmu. Katoliccy teologowie przejęli go w XIX wieku od niemieckich protestantów.

Istnieją jednak dziesiątki milionów protestantów-ewangelików, których amerykańska prasa nazywa teraz „religia prawicy”, chcąc przy tym, aby wszyscy uwierzyli, że ewangelicy są faszystami (naprawdę tak piszą!) albo że są niebezpieczni i dążą do przewrotu. Ewangelicy to najłagodniejsi, najcichsi ludzie na świecie, ale są bardzo konserwatywni, dlatego nazywa ich się niekiedy „faszystowską prawicą religijną”.

A jakie jest dzisiaj miejsce Kościoła katolickiego w Stanach Zjednoczonych?

Kościół katolicki to największy pojedynczy Kościół w USA. Katolik nie uważa go za „denominację”, ale jest to największa, pojedyncza grupa chrześcijańska. Jest więc bardzo widoczny. Przez ostatnie 150 lat często myślano o nim jako o Kościele imigrantów. Pierwsi osadnicy tutaj byli protestantami i Ameryka myślała kiedyś o sobie jako o kraju protestanckim. Teraz jest to kraj świecki, jednak w ciągu ostatnich dwudziestu lat przybyły tu miliony katolików – imigrantów z Europy i Ameryki Łacińskiej.

Myślę, że dziś Kościół katolicki traci szacunek w Stanach Zjednoczonych m.in. z tego powodu, że bardzo często sprawia wrażenie, jakby próbował podążać za „gorącymi tematami” społeczeństwa sekularnego. Bardzo często wypowiedzi biskupów brzmią, jakby mówili: „ja też! Ja też! Ja też jestem nowoczesny. Ja też jestem ten dobry”. Kiedy przyjmują te linię – odnoszę takie wrażenie – sprawiają oni zawód Ameryce, sprawiają zawód Kościołowi katolickiemu i swojemu własnemu biskupiemu posłannictwu. Próba kopiowania społeczeństwa może prowadzić tylko do utraty szacunku u ludzi.

Z drugiej strony jednak wszyscy wiedzą, że jest głos w Rzymie, który mówi dziś pewne bardzo trudne rzeczy. Jest to głos Jana Pawła II. Ortodoksyjni, prawdziwie wierzący katolicy radują się tym , mówiąc, że to, co słyszą z Rzymu, to wiara apostolska, profetyczna, nie rozmyta.

Tak więc mamy do czynienia z dwoma zjawiskami jednocześnie. Z jednej strony jest katolicyzm liberalny, który na wiele sposobów próbuje zmienić apostolską wiarę, praktykę i autorytet Kościoła – bo oczywiście obecne czasy nie lubią autorytetu i Ameryka została „wynaleziona” przez ludzi, którzy chcieli wolności religijnej, dokonywania własnych wyborów, którzy chcieli być swoimi własnymi sędziami. To było bardzo protestanckie. Zatem najbardziej niepopularną rzeczą w Ameryce jest autorytet. Zaś rzymski katolicyzm, jeśli nie jest autorytatywnym Kościołem – jest niczym. Ma on za sobą autorytet Naszego Pana Jezusa Chrystusa. Nie możemy tego zmienić. Tak więc w pewnym sensie liberalny katolicyzm bazuje na owym braku respektu dla autorytetu przez mówienie: „Ja też! Ja też”.

Z drugiej strony zaś mamy prawowierny, apostolski, katolicyzm Jana Pawła II, który uczynił mnie konwertytą. To dlatego zostałem rzymskim katolikiem.

Z pewnością po raz pierwszy w Ameryce i, jak sądzę, prawdopodobnie w ogóle po raz pierwszy od czasów reformacji, tak wiele tysięcy protestantów ewangelickich, oczywiście posiadających dużą wiedzę religijną, znających całą Biblię, nawraca się na rzymski katolicyzm. Z uczciwych pobudek, przede wszystkim dlatego, że dochodzą oni do przekonania, iż jest on prawdziwy. Kiedyś tysiące ludzi przechodziło na katolicyzm, ponieważ poślubiło kogoś z Polski czy z Hiszpanii. Teraz jednak dzieje się coś innego. Ludzie czytają Ojców Kościoła lub nauki Ojca Świętego i mówią: „To jest prawda, to jest pełnia wiary”. Niech Bóg błogosławi moje ewangelickie przygotowanie, jestem za nie wdzięczny, nauczyło mnie ono Biblii, nauczyło mnie ono kochać Jezusa Chrystusa, nauczyło mnie ono podchodzić do wiary poważnie. Jednak to Kościół katolicki jest prawdziwym Kościołem.

Na katolicyzm liberalny nie można nawracać. Bo nie ma na co nawracać.

Dziękuję za rozmowę.

ROZMAWIAŁ RAFAŁ SMOCZYŃSKI
NOWY JORK, LISTOPAD 1998

Print Friendly, PDF & Email

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *