Wiara poddawana próbom

Swojego przyszłego męża poznałam w grupie studentów, która się spotykała na codziennej mszy św. Chcieliśmy być małżeństwem żarliwie katolickim i rzeczywiście nim byliśmy. Okazuje się jednak, że czas zrobił swoje. Przyszły dzieci i całe związane z tym zabieganie, szara praca zawodowa, kłopoty w rodzinach naszych braci i sióstr, choroby wszystkich czworga naszych rodziców, nie kończące się trudności finansowe. Cały ten kołowrotek bardzo nas oddalił od Boga. Niedawno uświadomiłam sobie, że nam, którzyśmy na mszę św. biegali codziennie, zdarza się czasem nie być w kościele nawet w niedzielę. O tym w kazaniach się nie mówi. A gdyby tylko czasem głośno powiedzieć o tym, że takie procesy się dokonują, niejednego z nas by to poruszyło. My z mężem musieliśmy to sobie uświadomić sami.

Chwała Bogu, że w końcu z tej próby wyszliście zwycięsko. Ale swoim listem daje mi Pani okazję do zwrócenia uwagi na wiele innych prób, w których może się znaleźć nasza wiara. Dla Państwa taką próbą było zatonięcie w codziennych obowiązkach i kłopotach. Zapewne w okresie Waszej młodzieńczej gorliwości w wierze nie przejęliście się dostatecznie tym, że Bóg chce być obecny w całej naszej codzienności, również w tej szarej i trudnej. Kiedy więc przyszło tak zwane dorosłe życie, młodzieńcza fascynacja wiarą minęła i okazało się, że była ona podobna do krótkiego, wiosennego deszczu, po którym wnętrze gleby pozostało jednak suche. Ufajmy, że teraz zaczął się dla Was okres wiary naprawdę głębokiej, czas przenikania wiary w każdy wymiar i w każdy dzień Waszego życia.

Próby, jakim podlega nasza wiara, mogą być bardzo różne. Taką próbą może być wejście w nowe środowisko, gdzie wiara jest postrzegana inaczej niż w moim środowisku dotychczasowym. Są środowiska, w których wiara jest czymś oczywistym. Otóż jeśli ktoś pochodzący z takiego środowiska znajdzie się wśród ludzi niewierzących lub mało wierzących, musi się bardzo wewnętrznie zmobilizować, ażeby nie ulec atmosferze tego nowego środowiska. Wiara wielu nie wytrzymuje tej próby i ulega częściowemu lub nawet całkowitemu załamaniu stosunkowo szybko po przeniesieniu się do nowego miasta lub kraju, czy w jakieś nowe środowisko zawodowe lub towarzyskie. Za to ci wszyscy, którzy pilnują wówczas wiary jak swego najcenniejszego skarbu, wychodzą z takiej próby z wiarą umocnioną i odnowioną.

Dla niektórych ludzi próbą, w której ich wiara ulega rozbiciu niby okręt podczas burzy morskiej, jest możliwość osiągnięcia jakiegoś atrakcyjnego dobra za cenę nieprzyznawania się do Chrystusa lub złamania Bożych przykazań. W obliczu takiej pokusy okazuje się nieraz, że wiara nie jest dla kogoś czymś najważniejszym i że taki powierzchowny chrześcijanin niewiele się przejmuje słowem Pana Jezusa o tym, iż nawet zapanowanie nad całym światem nie zrównoważyłoby człowiekowi szkody poniesionej na duszy (Mt 16,26).

Owym dobrem, które ktoś może wybrać wbrew Chrystusowi, bywa niekiedy drugi człowiek (Mt 10,37). Dziś zdarza się to wręcz często, że katolik wiąże się małżeństwem z osobą, która jest mężem lub żoną kogoś innego. Osobiście najtrudniej mi zrozumieć taką decyzję u osoby, która odznaczała się przedtem żywą pobożnością. Zawsze przypominają mi się wtedy słowa Pana Jezusa z przypowieści o siewcy, słowa o tym człowieku, który „słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje, ale nie ma w sobie korzenia, lecz jest niestały” (Mt 13,20n).

Rzecz jasna, nie brakuje Bogu prawdziwych przyjaciół, którzy również w próbach bardzo trudnych niezmiennie przy Nim trwają, a doznawana przez nich próba przyczynia się tylko do tego, że związują się z Bogiem jeszcze mocniej. To właśnie takich ludzi dotyczy obietnica zapisana w Liście Jakuba: „Błogosławiony człowiek, który wytrwa w pokusie, gdy bowiem zostanie poddany próbie, otrzyma wieniec życia, obiecany przez Pana tym, którzy Go miłują” (1,12).

Nie jest moim zamiarem sporządzać wyczerpującej listy prób, jakim może być poddana nasza wiara. Ale wspomnijmy przynajmniej o duchowym trzęsieniu ziemi, jakiego ktoś może doznać, kiedy umiera najdroższa mu osoba, o której ocalenie modlił się bardzo gorąco. Albo kiedy ktoś zbyt często musi słuchać kazań, potwierdzających najbardziej negatywne stereotypy księdza. Albo kiedy ktoś jest świadkiem lub nawet ofiarą jakiegoś nagannego postępowania ludzi Kościoła. Albo kiedy komuś nagle zabrakło człowieka, który stanowił główną podporę w jego życiu duchowym. Nie sądzę, żeby dało się wyliczyć wszystkie przyczyny, mogące spowodować u kogoś zamieszanie w wierze.

O tych doświadczeniach, przez które musi przejść nasza wiara, mówi się w Nowym Testamencie uderzająco często. Raz po raz wzywa się tam nas do wytrwania w wierze, nawet jeśli w oczach ludzi wystawia to nas na śmieszność, izolację lub prześladowanie. „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 10,22; 24,13); „Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie” (Łk 21,19) „Wytrwajcie we Mnie, a Ja [będę trwał] w was” (J 15,4) „Wytrwajcie w miłości mojej!” (J 15,9) „Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec życia” (Ap 2,10) – to najbardziej znane wezwania Nowego Testamentu, aby trwać w wierze również wówczas, kiedy to wymaga szczególnego zmobilizowania się.

Przeczytaj jeszcze  Eucharystia w perspektywie Bożej wszechmocy

„Nic nam nie pomoże cały czas naszego życia i naszej wiary – czytamy w pochodzącym z roku około 130 Liście Barnaby (4,9) – jeśli teraz, w porze niegodziwości i wśród nadchodzących zgorszeń, nie stawimy oporu, jak to przystoi dzieciom Bożym, aby Czarny nie mógł się wślizgnąć”.

Wróćmy do Nowego Testamentu. Znajdziemy tam dwa obrazy, które szczególnie trafnie podkreślają znaczenie trwania w wierze aż do końca, pomimo wszelkich prób, na jakie nasza wiara może być wystawiona. Wspomnieliśmy już o obrazie pszenicy, która nie zrealizuje sensu swojego istnienia, dopóki nie wyda plonu (Mt 13,18-23). Plonem wiary jest życie wieczne. To właśnie dlatego „nic nam nie pomoże cały czas naszej wiary”, jeśli obumrze ona w nas przed wydaniem tego plonu.

Obrazem drugim są zawody sportowe. Sportowcy, którzy nie dobiegną do mety albo biegną byle jak, uczestniczą w nich na próżno (1 Kor 9,24-–27; Flp 3,13n; 2 Tm 2,5; 4,7n). W Liście do Hebrajczyków znajduje się nawet następujące wezwanie: Jeśli chcesz dobiec do mety, musisz się odchudzić, musisz zrzucić z siebie ten ciężar, który ci w biegu przeszkadza; owym niepotrzebnym i przeszkadzającym tłuszczem, którego musisz się pozbyć, jest, rzecz jasna, twój grzech (Hbr 12,1).

Warto wiedzieć, że cały List do Hebrajczyków jest jednym wielkim wezwaniem do wytrwałości w wierze, skierowanym do chrześcijan, którzy niejeden już raz cierpieli za wiarę, ale którzy się w końcu zmęczyli wysoką ceną, jaką wciąż musieli płacić za swoją wierność Chrystusowi. Z Listu wynika, że jego bezpośredni adresaci nie mogli już udźwignąć zarówno społecznej marginalizacji, jak coraz to nowych prześladowań za wiarę.

Przejmująco brzmi słowo Boże zwrócone do tych dzielnych, ale skrajnie zmęczonych ludzi, ażeby mimo wszystko się nie poddawali, tylko jeszcze mocniej przylgnęli do Chrystusa: „Przypomnijcie sobie dawniejsze dni, kiedyście to po oświeceniu wytrzymali wielką nawałę cierpień, już to będąc wystawieni publicznie na szyderstwa i prześladowania, już to stawszy się uczestnikami tych, którzy takie udręki znosili. Albowiem współcierpieliście z uwięzionymi, z radością przyjęliście rabunek waszego mienia, wiedząc, że sami posiadacie majętność lepszą i trwającą. Nie pozbywajcie się więc nadziei waszej, która ma wielką zapłatę. Potrzebujecie bowiem wytrwałości, abyście spełniając wolę Bożą, dostąpili obietnicy” (Hbr 10,32-36).

Takiej samej wytrwałości potrzebuje katolik, bardzo już zmęczony swoją samotnością, przed którym staje trzecia już lub czwarta z kolei szansa ułożenia sobie życia rodzinnego, ale bez kościelnego ślubu. Ponadludzka wytrwałość, możliwa tylko dzięki łasce Bożej, potrzebna jest również człowiekowi udręczonemu nieszczęściami, na którego spada jeszcze jakieś następne nieszczęście. Zarazem błogosławiony ten człowiek, który ludziom tak udręczonym potrafi dodać otuchy i pomóc im w trwaniu przy Jezusie jako naszej jedynej nadziei.

Co dobrego dzieje się w próbach wiary, jeśli staramy się przejść przez nie, mocno trzymając się Jezusa? Najkrócej odpowiada na to pytanie Apostoł Piotr: „radujcie się, choć teraz musicie doznać trochę smutku z powodu różnorodnych doświadczeń. Przez to wartość waszej wiary okaże się o wiele cenniejsza od zniszczalnego złota, które przecież próbuje się w ogniu” (1 P 1,6n).

Tu chciałbym się zwierzyć z mojego niedawnego odkrycia. Mianowicie zauważyłem, że tę słabość wiary, którą my, Polacy, nazywamy wątpieniem i chwiejnością w wierze, nowotestamentalna greka określa jako dwoistość. Człowiek chwiejny w wierze to dla Apostoła Jakuba dipsychos, „ktoś o rozdwojonej duszy” (Jk 1,8; 4,8). „Wątpić” o w Nowym Testamencie diakrinein, czyli „dwójmyśleć”, „dwójsądzić”, wyznawać jednocześnie dwie niezgodne z sobą rzeczy (Mt 21,21; Rz 4,20; Jud 22; Jk 1,6). „Wątpić” to ponadto distazein, czyli „wychylać się w dwie strony” (Mt 14,31; 28,17).

Bo rzeczywiście: Nawet człowiek, który gorąco się stara oddawać całe swoje serce Jezusowi, nieraz zauważa w sobie taką cząstkę, która nie zna Boga i nie chce Mu zaufać. Ta dwoistość, jaką w sobie nosimy, istotnie obniża wartość naszej wiary. Toteż różne próby, przez jakie nasza wiara musi przechodzić, są dla niej szansą. Są jak ogień, w którym może się w nas wypalać to wszystko w naszych poglądach i postawach, co nie jest przeniknięte wiarą. Musimy się tylko gorąco modlić – za siebie i za naszych bliźnich – ażeby w tych próbach nie stało się z nami coś odwrotnego, ażeby sama nasza wiara się w nich nie załamała.

 

O. Jacek Salij OP, Nadzieja poddawana próbom, W drodze – Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów

 

Ciekawe, kontrowersyjne  do rozmyślań.

Print Friendly, PDF & Email

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *