Czy dusza umiera?

Byłam na wykładzie biblijnym u adwentystów. Prelegent cytował liczne wypowiedzi Pisma Świętego, żeby udowodnić, że dusza umiera razem z ciałem. W końcu, żeby pokazać, czym jest dusza, włączył lampę stołową do kontaktu. „Proszę patrzeć – objaśniał – lampa świeci. Świeci dzięki prądowi, który ją ożywia. Prąd jest jakby duszą tej lampy. Teraz wyłączam lampę. Zgasła. Gdzie jest jej dusza? Czy się oddzieliła od lampy? Nie, duszy po prostu już nie ma. Tak samo dzieje się z duszą człowieka w chwili śmierci”. Co Ksiądz by na to powiedział?

 

Myślę, że ten pokaz z lampą bardzo by się spodobał Awerroesowi, filozofowi muzułmańskiemu, który odrzucał nie tylko nieśmiertelność duszy ludzkiej, ale nawet jej indywidualność. Awerroes sądził, że istnieje tylko jedna dusza, wspólna wszystkim ludziom, a kiedy jakiegoś człowieka przestaje ona ożywiać, jest to równoznaczne ze śmiercią. Natomiast nowi ludzie pojawiają się – zdaniem Awerroesa – w ten sposób, że płód ludzki zostaje podłączony do tej jednej, ponadindywidualnej duszy, która ożywia wszystkich aktualnie żyjących ludzi. Krótko mówiąc, pokaz z lampą obrazuje raczej doktrynę Awerroesa na temat duszy niż doktrynę adwentystów, którzy nie posuwają się jednak do głoszenia jakiejś duszy kolektywnej.

Mniejsza jednak o poglądy Awerroesa czy adwentystów. Już starzy logicy mówili, że comparatio non est ratio – porównanie nie jest żadnym argumentem. Przypatrzmy się natomiast, co na temat istnienia człowieka po śmierci mówi słowo Boże. Właśnie na przykładzie pytania o los pośmiertny człowieka można znakomicie pokazać, jak bardzo Stary Testament zwrócony jest ku Chrystusowi. Mianowicie pytanie to jest w Starym Testamencie, a zwłaszcza w jego księgach najwcześniejszych, ledwie zarysowane, odpowiedź zaś na to pytanie – wysoce nieprecyzyjna. I jest to zrozumiałe. Przecież nie czas było głosić ludziom o życiu i szczęściu wiecznym, kiedy osiągnięcie go było czymś zupełnie niemożliwym. Chrystus miał przecież dopiero przyjść.

Czytamy więc w Starym Testamencie, że zmarli przebywają w jakimś szeolu, czyli otchłani, miejscu smutnym, bo dalekim od Boga, toteż w gruncie rzeczy nie jest to prawdziwe życie, tylko jakieś półistnienie. „Czy dla cieniów czynisz cuda? – pyta smętnie Psalmista – Czy w grobie się opowiada o Twojej łasce, a w szeolu o Twojej wierności?” (Ps 88,11n)

Otóż zamiast w tego rodzaju tekstach starotestamentalnych szukać dowodów, jakoby w śmierci dokonywało się unicestwienie całego człowieka, lepiej zauważyć to, co się w nich znajduje rzeczywiście. Teksty te odsłaniają bowiem coś bardzo ważnego z tajemnicy śmierci.

Śmierć, jak wiemy z biblijnego opowiadania o upadku człowieka, stanowi owoc grzechu.

 

Jednakże to jest w śmierci najgorsze, że umieramy cieleśnie. Śmierć wiązała się z oddaleniem od Boga, właściwie na zawsze. Dopóki nie przyszedł Chrystus, szeol był miejscem przede wszystkim smutnym.

Owszem, już w Starym Testamencie docierała do człowieka nadzieja na życie wieczne, rozjaśniająca wyobrażenie na temat szeolu. Oto na przykład fragment Psalmu 73:

Lecz ja zawsze będę z Tobą:
Tyś ujął moją prawicę;
prowadzisz mnie według swojej rady
i przyjmujesz mię na koniec do chwały.
Kogo prócz Ciebie mam w niebie?
Gdy jestem z Tobą, nie cieszy mnie ziemia.
Niszczeje moje ciało i serce,
Bóg jest opoką mego serca i mym udziałem na wieki.
Bo oto giną ci, którzy od Ciebie odstępują,
Ty gubisz wszystkich, co łamią wiarę wobec Ciebie.
Mnie zaś dobrze być blisko Boga,
w Panu wybrałem sobie schronienie,
by opowiadać wszystkie Jego dzieła.

Dla chrześcijanina jest rzeczą oczywistą, że światło tej wspaniałej nadziei płynęło od Chrystusa. On sam mówił: „Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał Mój dzień – ujrzał i ucieszył się” (J 8,56). Słowa te wskazują na to, że Chrystus jest Zbawicielem nie tylko ludzi sobie współczesnych i wszystkich, którzy mieli się urodzić potem, On jest również Zbawicielem wszystkich sprawiedliwych, którzy żyli przed Nim.

Wyraża to starochrześcijańska prawda, którą wyznajemy w Składzie Apostolskim, że po swojej śmierci i pogrzebie Chrystus „zstąpił do piekieł”, czyli do szeolu. Czytamy o tym w Liście Apostoła Piotra: „Chrystus bowiem raz umarł za grzechy, sprawiedliwy za niesprawiedliwych, aby was do Boga przyprowadzić; zabity wprawdzie na ciele, ale powołany do życia Duchem. W nim poszedł ogłosić [zbawienie] nawet duchom zamkniętym w więzieniu, niegdyś nieposłusznym, gdy za dni Noego cierpliwość Boża oczekiwała” (1 P 3,18-20a). Ukrzyżowany poszedł więc z orędziem odkupienia nawet do tych, którzy byli tak bardzo zepsuci, że z ich powodu – jak czytamy w Piśmie Świętym (Rdz 6,6) – Bóg „żałował, że stworzył ludzi na ziemi”.

Przeczytaj jeszcze  Eucharystia w perspektywie Bożej wszechmocy

Zauważmy przy okazji, że w przytoczonej wypowiedzi Apostoła Piotra znajduje się wyraz: „duchom”. Coś jednak przetrwało z tych nieszczęśników, którzy zginęli w potopie, skoro „duchy” ich zdolne były usłyszeć radosną nowinę o odkupieniu! Jako chrześcijanom nie trzeba nam tłumaczyć, dlaczego Ewangelie – w przeciwieństwie do Starego Testamentu – głoszą nadzieję na życie wieczne wyraźnie i często. „Kto we Mnie wierzy – powiada Pan Jezus do Marty, siostry zmarłego Łazarza – choćby i umarł, żyć będzie. A każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki” (J 11,25n). Gdyby było tak, jak nauczają adwentyści czy świadkowie Jehowy – tzn. gdyby człowiek w chwili śmierci umierał cały, razem z duszą, i gdyby dopiero przy zmartwychwstaniu ciał miał wrócić do życia – przytoczone słowa Pana Jezusa zawierałyby nieprawdę.

Otóż w Kościele katolickim wierzymy, iż prawdziwa jest obietnica Chrystusa, że wszystkich, którzy do Niego należą, wskrzesi w dniu ostatecznym (J 6,39n). Ale wierzymy również, że prawdziwa jest Jego obietnica, iż kto wierzy w Niego, „nie umrze na wieki” (J 11,26). Pierwsza dotyczy wskrzeszenia ciał, druga obietnica mówi o tym, że nawet śmierć ciała nie przerywa naszej jedności z Chrystusem, jeśli tylko byliśmy z Nim złączeni w życiu doczesnym.

Przypatrzmy się teraz licznym wypowiedziom Nowego Testamentu, z których wynika, że obietnica Chrystusa: „Kto zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki” (J 8,52) obejmuje również okres między naszym odejściem z tego świata a wskrzeszeniem naszych ciał.

 

Zacznijmy od najstarszego listu św. Pawła – od 1 Listu do Tesaloniczan – w którym czytamy, że Chrystus „za nas umarł, abyśmy – czy to gdy czuwamy, czy gdy zaśniemy – razem z Nim żyli” (5,10). Celowo zaczynam od tego tekstu, bo śmierć ciała jest w nim nazwana zaśnięciem, a zarazem stwierdza się tu wyraźnie, że również po tym zaśnięciu wyznawcy Chrystusa nadal żyją razem z Nim. Prelegent, którego wykładu Pani wysłuchała, prawdopodobnie zatrzymał się szczególnie nad metaforą snu, żeby tekstami, w których śmierć nazywa się snem, uzasadnić swoją tezę, że cały człowiek umiera, a w każdym razie że przez śmierć wpada w stan absolutnej nieświadomości. Jak Pani widzi, Apostoł Paweł sądził inaczej: mówił, że również wtedy gdy „zaśniemy”, będziemy żyli razem z Chrystusem.

W innym miejscu mówi o tym jeszcze wyraźniej: „Wiemy, że jak długo pozostajemy w ciele, jesteśmy pielgrzymami, z daleka od Pana. Albowiem według wiary, a nie dzięki widzeniu postępujemy. Mamy jednak nadzieję… i chcielibyśmy raczej opuścić nasze ciało i stanąć w obliczu Pana” (2 Kor 5,6-8). Śmierć zatem jest tu nazwana „opuszczeniem ciała”. Nie cały więc człowiek umiera. To, co we mnie stanowi o moim „ja”, nie ulegnie zniszczeniu, lecz opuści ciało i stanie w obliczu Pana.

Z kontekstu wynika, że to „opuszczenie ciała” nawet dla żarliwie wierzącego Pawła nie jest samo w sobie czymś pożądanym. Przeciwnie, „udręczeni wzdychamy, pozostając w tym przybytku, bo nie chcielibyśmy go utracić” (w. 4). Skoro jednak nie przyszedł jeszcze czas na ostateczne uwielbienie ciała, to chrześcijanin „chciałby raczej opuścić ciało”, żeby tylko „stanąć w obliczu Pana”. Według adwentystów śmierć ciała wprowadza człowieka w otchłań nieświadomości. Według Apostoła Pawła przeciwnie: po opuszczeniu ciała, a więc jeszcze przed zmartwychwstaniem, wiara ustąpi widzeniu (w. 7). Gdy teraz, chociaż dzięki wierze mamy już jakąś znajomość Boga, jesteśmy „z daleka od Pana”, to wówczas będziemy „z Nim” (w. 6 i 9).

W tym samym duchu wypowiada się Paweł w Liście do Filipian: „Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk. Jeśli bowiem żyć w ciele – to dla mnie owocna praca, co mam wybrać? Nie umiem powiedzieć. Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w ciele – to bardziej dla was konieczne” (Flp 1,21-24; por. Rz 14,8). Toteż Apokalipsa z naciskiem podkreśla, że „już teraz błogosławieni są ci, którzy umierają w Panu” (14,13).

Otóż ludzi, którzy „odeszli z ciała”, w Nowym Testamencie nazywa się niekiedy duszami. Apokalipsa mówi o „duszach zabitych dla Słowa Bożego”, które „donośnym głosem wołały” (Ap 6,9; por. 20,4). Zaś kamienowany Szczepan modlił się: „Panie Jezu, przyjmij ducha mego” (Dz 7,59). Z kolei Apostoł Piotr powiada, że „celem wiary naszej” jest „zbawienie dusz” (1 P 1,9), a czekających na Chrystusa w szeolu nazywa duchami (1 P 3,19).

Przeczytaj jeszcze  Czy ja naprawdę wierzę w życie wieczne?

Nie są to oczywiście wszystkie teksty biblijne, z których wynika, że śmierć nie może istotnie zapanować nad tymi, którzy złączeni są z samym Źródłem życia, z Bogiem. „Dusze sprawiedliwych są w ręku Boga – czytamy w jednej z ostatnich ksiąg starotestamentalnych, w Księdze Mądrości (3,1-3) i nie dosięgnie ich męka. Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju”.

Sam Pan Jezus powiedział kiedyś przypowieść o bogaczu i Łazarzu, której akcja rozgrywa się zaraz po śmierci bohaterów przypowieści, a więc jeszcze przed zmartwychwstaniem. Znaczenie tej przypowieści dla naszego tematu trafnie ujmuje kard. Ratzinger: „Można, rzecz jasna, powiedzieć, że przebywanie ubogiego na łonie Abrahama, a bogacza w miejscu męki nie jest właściwym przedmiotem nauki tej przypowieści. Jej istotę stanowi ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem, płynącym z posiadania bogactw. Niemniej oczywiste jest i to, że Głosiciel przypowieści widzi w występujących w niej obrazach trafne określenie rzeczywistości czekającej człowieka. Tekst paraboli świadczy więc wyraźnie, że wczesne chrześcijaństwo podzielało wiarę Żydów w życie pozagrobowe”1 .

Zresztą czyż Pan Jezus nie obiecał łotrowi, że jeszcze dziś będzie z Nim w raju (Łk 23,43)? Niestety, można być tak przywiązanym do swojego błędu, że jest się gotowym raczej Pismo Święte zniekształcić, byleby postawić na swoim. Głosiciele śmierci całkowitej twierdzą niekiedy, że w obietnicy, jaką Pan Jezus dał dobremu łotrowi, powinno się przestawić interpunkcję: „Zaprawdę powiadam ci dziś: Ze Mną będziesz w raju” – będziesz ze Mną, ale dopiero za setki, a może nawet za tysiące lat. Nie liczy się dla nich to, że fraza ta – tak częsta w Ewangelii – ani razu nie zawiera wyrazu „dziś”. Nie zastanawiają się nad tym, że tą sztuczką nie da się unicestwić wymowy innych tekstów, które dopiero co przytoczyliśmy.

Istota problemu leży jednak gdzie indziej. Chodzi tu mianowicie o prawidłowe odczytanie stosunku między Starym a Nowym Testamentem.

 

Nie wolno bowiem przeciwstawiać sobie obu tych części Pisma Świętego w taki sposób, żeby prowadziło to do pomniejszania bądź Starego, bądź Nowego Testamentu. Pismo Święte stanowi jedną całość: Stary Testament nie tylko prowadzi do Nowego, ale otrzymuje z niego światło Chrystusa, które odsłania w nim nie przeczuwane przedtem głębie.

Otóż doktryna adwentystów oraz świadków Jehowy o materialności i śmiertelności duszy ludzkiej opiera się na niektórych sformułowaniach Starego Testamentu, które nie mają w sobie jeszcze tej jasności, jaką widzieliśmy w przytoczonych wypowiedziach nowotestamentalnych. Tamte niejasne i nieprecyzyjne sformułowania skierowane były jednak ku prawdzie, że jest w człowieku jakiś pierwiastek niematerialny i że nie cały człowiek w chwili śmierci umiera. Nawet duchowość żydowska, która rozwijała się na gruncie samego tylko Starego Testamentu, prawdę tę w nim odnalazła.

Tymczasem głosiciele materialności i śmiertelności duszy zatrzymują się szczególnie nad takimi wypowiedziami, jak przytoczony wyżej fragment Psalmu 88 (w. 11n), ale swoją interpretacją pozbawiają je właściwej im nieprecyzyjności. W ten sposób je zniekształcają, bo precyzują ich sens przez zanegowanie otwarcia tych tekstów na wymiar transcendentny wobec cielesności i śmiertelności człowieka. Tymczasem teksty te są obiektywnie na ten wymiar otwarte, jak na to wskazuje nie tylko rozwój świadomości eschatologicznej, poświadczony w Nowym Testamencie, ale również rozwój duchowości żydowskiej.

Jednakże nawet z czysto ludzkiego punktu widzenia taka próba zatrzymania świadomości na pierwszym etapie rozwoju jest błędem – pozbawia bowiem tę świadomość momentu dynamicznego, który przecież już w pierwszym jej etapie się zawierał. Otóż skłonność do budowania utopii archaizujących, chęć powrotu do samego początku, jest charakterystyczna zwłaszcza dla radykalnych protestantów, którzy każdy rozwój historyczny w dziedzinie wiary gotowi są traktować jako dzieło ducha tego świata. W tym przypadku postawa ta wyraziła się wrogością wobec prawd zawartych w samym nawet Piśmie Świętym. Mentalności tej tak bardzo wstrętny jest rozwój świadomości w dziedzinie wiary, że odrzuca ona niektóre prawdy zawarte w Nowym Testamencie – tylko dlatego, że stanowią one krok naprzód w stosunku do objawienia starotestamentalnego.

[«]  J. Ratzinger, Eschatologia, Poznań 1985, s. 143.

O. Jacek Salij – „Poszukiwania w wierze”

Print Friendly, PDF & Email

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *