Polemiką z tekstem Jerzego Sędziaka pt. Wierzyć czy myśleć?

 

Niniejszy tekst jest polemiką z tekstem Jerzego Sędziaka pt. Wierzyć czy myśleć?[1], opublikowanym w Serwisie Racjonalista. W tekście tym Sędziak próbuje zdyskredytować przekaz ewangeliczny i wiarę chrześcijańską za pomocą różnych (najczęściej dość infantylnych) argumentów. Z poniższego tekstu J. Sędziaka nic nie wycinam, poza dwoma jego drobnymi uwagami o esseńczykach i Królestwie Bożym w przepowiadaniu Jezusa, z którymi polemizowałem już w debacie o Qumran (która na niniejszej stronie www była publikowana w poprzednich częściach niniejszego cyklu polemik z Racjonalistą). Robię to po to, aby nie powielać w sposób zbędny nadmiaru omawianego już z Sędziakiem materiału. Przechodzę więc do polemiki. Dla ułatwienia rozróżnienia moich wypowiedzi od wypowiedzi Sędziaka jego wypowiedzi zaznaczam kursywą, zaś moje wypowiedzi pozostawiam bez zmian formatu czcionki. Na samym początku swego tekstu Sędziak pisze:

 

 

Prokurator rzymski Piłat zadał Jezusowi pytanie: „Co to jest prawda?” (Ew, Jana 18, 38) i nie czekając na odpowiedź wymknął się z pomieszczenia w którym Jezus był przesłuchiwany. Jeśli Jezus naprawdę był „Logos”, Słowem Wcielonym, drugą osobą Trójcy Świętej, to należałoby dojść do wniosku na podstawie tej sceny, że albo Piłat był tego dnia pijany, albo autor ewangelii zwyczajnie zakpił sobie z czytelników. Bo co mogłoby być dla nas ważniejsze aniżeli znać odpowiedź na pytanie które dręczy ludzkość od wieków? Gdyby świat dowiedział się raz na zawsze co to jest prawda, problem religii zostałby raz na zawsze rozwiązany. Ale Piłat wszystko popsuł, zaprzepaścił historyczną szansę jaka nadarzyła się ludzkości; szansę usłyszenia z ust Syna Bożego definicji prawdy.

 

Odpowiedź:

 

Dziwnie Sędziak „czyta” Ewangelie, skoro przegapił tyle wyjaśnień Jezusa odnośnie prawdy, szukając tych wyjaśnień dopiero w sytuacji gdy Jezus stoi przed Piłatem (czyli de facto wtedy, gdy już nie było czasu na jakiekolwiek szczegółowe wyjaśnienia).   

 

Wydaje się jednak, że to nie Piłat zawinił, lecz autorzy ewangelii. Grecki filozof Celsus, według relacji Orygena, powiedział lub napisał do Ojców Kościoła w II wieku: „Wy już kilka razy przeredagowywaliście wasze ewangelie.” On wiedział najlepiej, że Jezus opisany w ewangeliach to nie wizerunek Boga, lecz postać stworzona na wzór i podobieństwo kapłanów, i że ten główny „bohater” ewangelii ma niewiele wspólnego z Jezusem historycznym, który żył około sto lat wcześniej.

 

Odpowiedź:

 

A skąd Celsus miał niby wiedzieć jaki Jezus był naprawdę, skoro nie był Żydem tylko Grekiem i urodził się ok. 100 lat po Nim? Po drugie, przeredagowywanie Ewangelii, nawet jeśli miało miejsce, nie musi świadczyć o zmianie ich treści. Każdy autor danego dzieła przerabia coś w nim jeszcze nim ostatecznie je wykończy. Powinien o tym wiedzieć zwłaszcza Sędziak, który jest publicystą. Zmiany i przeredagowywanie może być czysto stylistyczne, nie musi ono ingerować w treść. Tym samym powyższy cytat Celsusa, póki nie dotyczy jakichś namacalnych konkretów nie jest żadnym dowodem na to, że w Ewangeliach dokonywano istotnych zmian treściowych.

 

Gdybyśmy chcieli zgodzić się z tym, że Jezus był Bogiem, to logicznie rzecz biorąc, musiałby on spełnić pewne podstawowe warunki; a mianowicie, musiałby być wzorem mądrości, nieomylności, a przede wszystkim musiałby być oryginalny, skoro przyniósł światu nową, dotychczas nieznaną naukę, prosto z nieba od samego Boga. Autor ewangelii Jana włożył w jego usta następujące słowa: „Mówię tak, jak mnie mój Ojciec (czyli Bóg) nauczył” (8, 28).

 

Odpowiedź:

 

Mądry, nieomylny – to rozumiem. Ale skąd Sędziak wytrzasnął sobie, że Jezus musiałby nauczać czegoś „oryginalnego”? Chodziło raczej o wskazanie na to, co jest właściwe. Oryginalność chrześcijaństwa polega na tym, że jest ono oryginalne jako jedyny w swym rodzaju komponent elementów, które choć występowały już w innych systemach światopoglądowych, to jednak w żadnym z nich nie układają się dokładnie w taki sam unikalny sposób jak w chrześcijaństwie.

 

Tymczasem Jezus opisany w ewangeliach nie spełnia żadnego z tych warunków, czego chrześcijanie na ogół nie widzą lub nie chcą widzieć. Bo czy człowiek obdarzony wielką mądrością oraz boską władzą nad naturą przeklinałby drzewo figowe?

 

Odpowiedź:

 

Jeśli miało służyć to dobitnej ilustracji pewnych prawd wiary (a wszystko wskazuje na to, że tak właśnie było – polecam dokładną lekturę Ewangelii w tym temacie, lub lekturę komentarzy[2] biblijnych odnośnie tego tematu) to jak najbardziej Jezus mógł tak zrobić. Czemu Sędziakowi tak trudno pojąc tak proste sprawy? Nie wiem, widocznie nie pasują mu do tezy, to jedyne wyjaśnienie jakie przychodzi mi do głowy. Innymi słowy, w swym rozpaczliwym szukaniu kija przeciw Jezusowi Sędziak chwyta się wprost wszystkiego, włącznie ze stwarzaniem sztucznych problemów. „Racjonalistom” wydaje się, że coś jest „w sposób oczywisty nierozsądne” tylko dlatego, że to jest z punktu widzenia ich subiektywnego ego nierozsądne (!).

 

Tym bardziej, że była to pora roku gdy figi na drzewach nie owocowały w Palestynie.

 

Odpowiedź:

 

Jak widać, Sędziak nie wie, że drzewa figowe owocują dwukrotnie. W czasie gdy Jezus podszedł do drzewka figowego (było to tuż przed Paschą, pod koniec marca, 6 tygodni przed pojawieniem się fig) na drzewkach figowych pojawiają się tzw. taqsh (nazwa arabska), tzn. takie małe jadalne gałeczki, które zwiastują późniejsze pojawienie się fig. Jeśli nie znajdziemy taqsh na danym drzewku, to wtedy wiemy już, że drzewko nie wyda fig kilka tygodni później[3]. W tym wypadku staje się zupełnie zrozumiałe, czemu Jezus podszedł do drzewka figowego aby znaleźć „coś” (Mk 11,13) na nim, w czasie gdy nie było jeszcze pory na figi. Był to czas w którym można już było orzekać o tym, czy dane drzewko wyda figi. Autor Mk zdaje się również nie wiedzieć o taqsh, stąd zauważa, że Jezus nic nie znalazł na drzewku figowym, „gdyż (gar – przyp. J.L.) nie był to czas na figi” (Mk 11,13). Sugeruje to, że Jezus szukał fig na drzewie w okresie, gdy fig tam jeszcze być nie powinno. Jednakże, dzięki analizie wewnętrznej wiemy, że autor Mk nie był semitą. Bardziej obeznany z semickimi realiami geograficznymi autor Ewangelii Mateusza nie czyni już tej samej uwagi, gdy opisuje tę samą sytuację (por. Mt 21,19). Sprawa jest jak widać do wyjaśnienia przy odrobinie nieco większej ilości wiadomości, niż te wiadomości, które prezentuje Sędziak.

 

Przypomina to nie działanie Boga, lecz tanie sztuczki szarlatańskie. W tym miejscu przychodzi mi na myśl wiersz Mickiewicza „świsnął szablą (Twardowski) koło ucha, już z żołnierza masz zająca”.

 

Odpowiedź:

 

Jak wyżej. 

 

A czy mądrym może wydać się myślącemu człowiekowi Bóg, w przejściowo ludzkiej postaci, który przeklina i wysyła do piekła faryzeuszów, którzy jak uczy historia, odegrali pozytywną rolę w dziejach judaizmu?

 

Odpowiedź:

 

Jezus temu nie przeczył. Powiedział bowiem:

 

„Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią” (Mt 23,2-3, BT).

 

Widać więc, że Jezus potępiając faryzeuszy nie negował w rzeczywistości ich zasług teologicznych, skoro zalecał posłuszeństwo ich naukom. Czemu Sędziak to już przemilczał? Jezus potępił jednak faryzeuszy za konkretne złe uczynki, Ewangelie obfitują w konkrety na ten temat. Więcej: Mt 15,3n.; Mk 7,9n.

 

Na temat świątyni Salomona wypowiedział się, że „nie pozostanie z niej kamień na kamieniu, który by nie został rozwalony”, chociaż wiemy, że po dziś dzień stoi spory jej fragment – Ściana Płaczu pod którą modlą się Żydzi.

 

Odpowiedź:

 

Nie wiem jak dorosły człowiek może formułować tak infantylny zarzut, oparty na aż takim przesadnie dosłownym odczytaniu tekstu (ten sam błąd co „racjonaliści” w tym miejscu popełniają różnej maści sekciarze wypaczający za pomocą takiego dosłownego rozumienia Pismo – jak widać jedni i drudzy mają ze sobą więcej wspólnego, niż komuś mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka). Przecież nikt na serio nie odczytuje dosłownie pewnych potocznych zwrotów. Weźmy np. stwierdzenia: „zapadł się pod ziemię” i „rozpłynął się w powietrzu”. Używamy tych zwrotów wtedy, gdy chcemy wyrazić myśl, że ktoś zaginął. Czy jednak używając takich zwrotów jak „zapadł się pod ziemię” i „rozpłynął się w powietrzu” mamy na myśli dokładnie to, że jest on gdzieś pod ziemią, lub że rozpłynął się w powietrzu jak eter? Oczywiście, że nie, nikt nie odczytuje dosłownie takich stwierdzeń. Podobnie nikt poważny nie będzie interpretować dosłownie słów Jezusa „nie pozostanie z niej kamień na kamieniu, który by nie został rozwalony”, zarzucając Mu, że gdzieś jakiś kamień z muru Świątyni jerozolimskiej nie pozostał zwalony.

 

Zburzenie tej świątyni Jezus wiązał, nie wiadomo dlaczego, z końcem świata, o czym czytamy w trzech ewangeliach – Mateusza (24), Marka (13) i Łukasza (21).

 

Odpowiedź:

 

Niekoniecznie. Na ten temat napisałem już kiedyś obszerny i szczegółowy tekst pt. Czy Jezus przepowiedział Apostołom koniec świata za ich życia?, który popełniłem w ramach niniejszego cyklu (patrz tekst pt. Koniec świata na niniejszej stronie www). Odsyłam niniejszym do tego tekstu, aby niepotrzebnie nie rozszerzać tej dysputy.

 

Weźmy pod uwagę dwie inne jego wypowiedzi. „Zaprawdę powiadam wam, gdybyście mieli wiarę (tak małą jak) ziarnko gorczycy, to powiedzielibyście tej górze: Przenieś się stąd tam, a przeniesie się, i nic niemożliwego dla was nie będzie” (Ew. Mat. 11, 20). Nie słyszano o kimś kto miałby tę „maleńką” wiarę i przenosił dzięki niej góry z jednego miejsca na drugie. (Nawet cyganie, którzy ponoć potrafią kręcić słońcem nie służą pomocą w pracach melioracyjnych lub geodezyjnych nad wyrównywaniem terenu).

 

Odpowiedź:

 

Kolejne zbyt dosłowne odczytanie perykopy biblijnej, bez jakiegokolwiek uwzględniania semickich kategorii literackich. Wzmianka o „przenoszeniu gór” jest tylko przenośną ilustracją tego, że dla wierzących „nie będzie nic niemożliwego”, tzn. dzięki wierze będą w stanie przejść przez niejedną trudność. My też czasem używamy podobnych literackich przenośni, gdy np. mówimy – „musiałem stawać na rzęsach i beczkę soli zjeść, żeby tę sprawę załatwić”. Nikt przecież nie rozumie słów „stawać na rzęsach” i „beczkę soli zjeść” w tym wypadku dosłownie. Jest to literacka przenośnia, taka sama jak ta mówiąca o „przenoszeniu gór”. Nie znam nikogo prócz Sędziaka, kto nie zrozumiałby tej literackiej subtelności i odczytałby dosłownie słowa Jezusa o „przenoszeniu gór”.

Przeczytaj jeszcze  CZY NAUKA O PIEKLE JEST NAUKĄ BIBLIJNĄ

 

Innym razem Jezus mówi: „Każdy kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki” (Ew. Jana 11, 26). Co chce przez to powiedzieć? Wynikałoby z tego dość jasno, że chce powiedzieć, iż człowiek który wierzy w niego staje się nieśmiertelny za życia.

 

Odpowiedź:

 

Nonsens. Tu podobnie jak wyżej, nie spotkałem jeszcze nikogo kto tak dziwacznie zinterpretowałby tę wypowiedź Jezusa. Sędziak wyrwał zresztą ten tekst z kontekstu i nadał mu wyssane z palca znaczenie jakiego tekst ten w rzeczywistości nie posiada. Wystarczy jednak przeczytać zaledwie jeden wers wcześniej przed tekstem przytoczonym przez Sędziaka, aby przekonać się, że Jezus wcale nie zakładał, iż „człowiek który wierzy w niego staje się nieśmiertelny za życia”, bowiem Jego zdaniem żyć wiecznie będą ci, którzy wierzą w Niego a mimo to umrą:

 

„Rzekł do niej Jezus: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (J 11,25, BT).

 

Jezus nie uczył więc, że sama wiara w Niego daje komuś „automatycznie” i od razu życie wieczne, skoro zakładał, że ci co w Niego wierzą umrą i dopiero potem będą żyć wiecznie. Tekst przytoczony przez Sędziaka nie uczy więc o tym, że kto wierzy w Jezusa nie umrze, jak Sędziak sugeruje. Sama głoszona przez Jezusa idea zmartwychwstania ludzi do życia wiecznego również przeczy powyższej interpretacji Sędziaka, zgodnie z którą Jezus „chce powiedzieć, iż człowiek który wierzy w niego staje się nieśmiertelny za życia”.

 

 

Nie widziałem i nie słyszałem dotąd w swoim życiu, aby któryś chrześcijanin został zabrany żywcem do nieba jak Eliasz, Enoch, lub Mahomet. Wszyscy umarli śmiercią naturalną lub tragiczną. Można więc powiedzieć, że w jednym i drugim przypadku Jezus mówi rzeczy absurdalne.

 

Odpowiedź:

 

Jest raczej dokładnie odwrotnie, to Sędziak wypisuje rzeczy absurdalne. Nie widziałem jeszcze nikogo, nawet wśród racjonalistów, kto tak dosłownie i infantylnie interpretowałby Biblię jak on.

 

Poza tym, jaki był stosunek tego Boga w ludzkim ciele do systemu niewolniczego? Był to przecież problem numer jeden w ówczesnym grecko-rzymskim świecie, w którym żył także Jezus.

 

Odpowiedź:

 

Skąd Sędziak wytrzasnął sobie wniosek, że system niewolniczy był „problemem numer jeden” w ówczesnym świecie grecko rzymskim? Sędziak chyba nie wie jakie były rzeczywiste problemy starożytnego świata antycznego, skoro wypisuje takie rzeczy. Niewolnictwo w starożytności wyglądało nieco inaczej niż my to sobie dziś najczęściej wyobrażamy. Św. Paweł zalecał niewolnikom pogodzenie się z dotychczasowym status quo, zalecając nawet wyciągnięcie z niego możliwie jak największych korzyści dla siebie (por. 1 Kor 7,21). Wynika z tego, że status ówczesnych niewolników nie był tak żałosny, jak wydaje się dziś nam, którzy nasze pojęcie o niewolnictwie zawdzięczamy filmom pełnym drastycznych scen, ukazujących ogrom nieludzkiego traktowania i represji stosowanych wobec niewolników przywożonych do Ameryki z kontynentu afrykańskiego. W czasach dominacji kultury amerykańskiej nasze wyobrażenia o niewolnictwie są więc ukształtowane na bazie wyjątkowo brutalnej wersji niewolnictwa nowożytnego. Niewolnictwo starożytne było jednak inne niż to w Nowym Świecie.

 

Sam fakt niewolnictwa z jednej strony sam w sobie urągał godności niektórych (etycznie należy właśnie tak jednoznacznie to ocenić), jacy co gorsza trafiali też czasem na złego pana, jednakże istniała też druga i pozytywna strona tego zjawiska, bowiem niektórzy nawet dobrowolnie zostawali niewolnikami, skoro to często umożliwiało im osiągnięcie prestiżowego i wysokiego stanowiska społecznego, dobrego wykształcenia, czy dochodowej pracy. Przypuszcza się np., że wspomniany w Rz 16,24 Erast, „skarbnik miasta” Korynt, został nim dlatego, aby zdobyć tą dochodową posadę. Niektórzy niewolnicy mogli nawet zarządzać wielkimi majątkami ziemskimi i stać ich było na własnych niewolników (!). Dzięki byciu niewolnikami u panów rzymskich można było uzyskać cenione wówczas obywatelstwo rzymskie. Dozwolone było zgromadzanie się niewolników. W ówczesnym greckim świecie starożytnym niewolnictwo stało się tak poważaną klasą społeczną, że nawet ówcześni wielcy moraliści i filozofowie stoiccy, tacy jak Epiktet[4] i Epikur[5], nie widzieli w nim nic złego.

 

Także Seneka akceptował niewolnictwo[6] a w jednym ze swych listów do swego przyjaciela Lucyliusza ukazywał, że ten po przyjacielsku traktował swych niewolników:

 

„Z przyjemnością dowiedziałem się od tych, którzy cię odwiedzili, że odnosisz się do swoich niewolników po przyjacielsku”[7].

 

Jednocześnie, Seneka potępiając nadużycia we współczesnym mu niewolnictwie wspominał, że niegdyś panowie unikali „złego obchodzenia się z niewolnikami” i nawet nazywali ich „domownikami”[8]. Seneka wspominał, że nawet „Ustanowiono święto, w które panowie nie tylko wraz z niewolnikami zasiadali do stołu, ale im usługiwali. Pozwalali im na sprawowanie godności w domu, na uchwalanie praw, tworząc jak gdyby małą rzeczpospolitą”[9].

 

Okazuje się zatem, w czasach Jezusa instytucja niewolnictwa nie była czymś aż tak strasznym, i sam fakt, że Jezus nie sprzeciwiał się stanowczo niewolnictwu nie stawia go w negatywnym świetle. Pozostawał on w zgodzie z wyżej naszkicowanymi realiami społecznymi. Aby dojść do tego wniosku musieliśmy jednak przeanalizować ówczesny stan społeczny w tej kwestii. Oczywiście takiej analizy nie dokonał wyżej już Sędziak, nic dziwnego, gdyby to zrobił, nie mógłby już postawić Jezusa w skrajnie negatywnym świetle, a o to przecież mu tylko chodzi. Nie chodzi mu o ukazywanie pełnego obrazu omawianych zagadnień, czy prawdy o nich.

 

Czy próbował walczyć, jako Syn Boży, ze złem jakim było niewolnictwo? Oczywiście, nie.

 

Odpowiedź:

 

Zarzut chybiony, bowiem Jezus nie przyszedł na ziemię aby realizować cele polityczno społeczne, tylko aby dokonać religijnego zbawienia. Sędziak w ten sam opaczny sposób rozumie misję Jezusa co uczniowie z Emaus, którzy również myśleli, że Jezus przyszedł po to aby obalać panujący ustrój polityczno społeczny:

 

„A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Tak, a po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało” (Łk 24,21, BT).

 

Zapomnijmy na chwilę o samym Jezusie i zwróćmy uwagę na sprawę kultu maryjnego. Katolicy sami przyznają, że wziął się on z tradycji, a nie z Biblii. Ale tradycja nie może być rażąco sprzeczna z Biblią. Autor ewangelii Jana, opisując wesele w Kanie Galilejskiej, włożył w usta Jezusa takie oto słowa w scenie jego rozmowy z matką: „Co ja mam z tobą, kobieto?” (2, 4) Jak Jezus mógł przyganiać Matce Kościoła w taki sposób – martwili się przez wiele lat katolicy. Wreszcie znaleźli rozwiązanie. W katolickiej Biblii Tysiąclecia wydanej w 1966 roku czytamy: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, niewiasto?”

 

Odpowiedź:

 

Owo „co mnie i tobie” (ti emoi kai soi) może mieć po prostu znaczenie pytające. Np. Septuaginta za pomocą tego zwrotu tłumaczy pytanie wdowy do Eliasza – „czego chcesz ode mnie?”, zamieszczone w 1 Krl 17,18. W tekście hebrajskim który Septuaginta tłumaczy tu za pomocą ti emoi kai soi mamy tu mah-lli walak, co dosłownie tłumaczone znaczy: „co (mah) mnie (li) i (wa) tobie (lak)”. Pytanie to (jego ewidentnie idiomatyczny charakter jest wyraźnie widoczny) jak widać nie musi być przesiąknięte agresją, ani uczuciem wyższości w stosunku do kogoś, może co najwyżej pobrzmiewać w nim uczucie pewnego żalu, ale i zarazem zwyczajnej próby porozumienia się z kimś. Czy do tak zwyczajnych i ludzkich reakcji oraz uczuć nie ma już prawa Jezus w stosunku do swoich bliskich? Czy to przekreśla ostatecznie tych bliskich? Oczywiście, że nie, przecież tak samo zadane pytanie wyżej wspomnianej wdowy do Eliasza również nie neguje jego doniosłej roli, jaką odegrał on w planie Bożym. Niniejszym, sposób w jaki zwrócił się Jezus do swej Matki na przyjęciu w Kanie galilejskiej nie przynosi Jej żadnej ujmy. Zdaniem biblistów i językoznawców pytanie: „Czyż to moja lub Twoja sprawa?” – nie oznacza „Odczep się” lecz jest to hebrajski idiom znaczący „Nie wystąpiłbym z tym, o co prosisz, ale przychylę się do twojej prośby”.

 

Słowo ‚niewiasto’ miało być tutaj wyrazem szacunku syna dla matki, uczą księża. Ja jednak wcale nie jestem pewien, czy zwracanie się do matki per „kobieto” było modne w owych czasach i należało do dobrych obyczajów dobrych synów.

 

Odpowiedź:

Jeśli Sędziak „nie jest pewien”, to po co się rozpisuje w ogóle na ten temat? Powinien to sprawdzić, tymczasem nic takiego nie następuje w jego przypadku (nie mówiąc o choćby elementarnej i tak wymaganej w tym przypadku egzegezie tekstu – zjawisko nie występujące nie tylko u Sędziaka ale w ogóle sporadyczne na Racjonaliście). Zwracanie się do matki „kobieto”, czy „niewiasto” (gr. gynai) nie jest żadnym objawem niegrzeczności. Jezus wypowiadał się w ten sposób także do innych kobiet, wobec których nie żywił jakiejś wrogości, czy niechęci. Tak mamy w J 4,21; 8,10; 20,15; Łk 13,12. Warto też zwrócić uwagę na pewien tekst z Septuaginty, w którym to samo słowo gynai pada w bardzo życzliwym kontekście:

 

„A Holofernes rzekł do niej: Odwagi, niewiasto [gynai – przyp. J.L.]! Niech się nie lęka twoje serce! Ja nigdy nie uczyniłem nic złego człowiekowi, który postanowił służyć Nabuchodonozorowi, królowi całej ziemi” (Jdt 11,1, BT).

 

Również apokryficzna 4 księga Machabejska, zawarta w Septuagincie, używa terminu „niewiasto” w pochlebnym znaczeniu:

 

„O jedyna kobieto [gynai – przyp. J.L.] pobożność doskonałą rodząca!” (4 Mch 15,17).

 

„[…] kobieto [gynai – przyp. J.L.], wytrzymałością nawet tyrana zwyciężyłaś, a w czynach i słowach mocniejszą się okazałaś niż mężowie” (4 Mch 16,14).

 

Mamy zatem w tych starożytnych semickich tekstach jawne przykłady zastosowania słowa „kobieto” i „niewiasto” w bardzo życzliwych kontekstach, zatem wiemy już, że zwracanie się przez Jezusa za pomocą tego słowa do Jego Matki nie musiało mieć w żadnym wypadku lekceważącego wydźwięku. Powyższy zarzut Sędziaka oparty na użyciu przez Jezusa słowa gynai w J 2,4 jest więc zwyczajnie chybiony.

 

Innym razem znów widzimy Jezusa niezbyt skłonnego do wywyższenia swojej matki. Kiedy jakaś kobieta z tłumu zawołała „Błogosławione łono które cię nosiło, i piersi które ssałeś”, Jezus odpowiedział jej: „Błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają słowa Bożego i strzegą go” (Ew. ¸uk. 11, 27). Wydawać by się mogło, że tymi słowy Jezus zadał śmiertelny cios kultowi maryjnemu. Protestanci, którzy nie wierzą w Matkę Boską często dokuczali katolikom tym przykładem. Ale tłumacze Biblii Tysiąclecia i na to znaleźli sposób i napisali „Owszem, ale przecież błogosławieni ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je”.

Przeczytaj jeszcze  Polemika z tekstem Mariusza Agnosiewicza "Metoda poznawcza racjonalizmu"

 

Odpowiedź:

Tu mamy sytuację podobną jak wyżej. Jezus nie przeczy przecież w tych słowach temu, że Maria jest błogosławiona. Byłoby to sprzeczne z tym, co mówi Duch święty o Marii przez Elżbietę, a także sama Maria o sobie (por. Łk 1,42-48). W powyższych słowach Jezusa możemy się nawet dopatrywać przyznania racji kobiecie, która się do niego zwraca. Jezus mówi bowiem w Łk 11,28 menoun – które może zostać przetłumaczone m.in. jako „owszem”, „zaiste”, „faktycznie”. Menoun może też mieć czasami znaczenie przeciwne, jednak w tym wypadku kontekst nie rozstrzyga jednoznacznie, czy tak jest. Z drugiej strony, jeśli owo menoun nie odnosi się do słów kobiety, będąc potwierdzeniem tych słów, tylko do słów Jezusa z Łk 11,28, to jasne jest, że w tym wypadku słówko to nie zaprzecza słowom kobiety zapisanym w Łk 11,27, które mówią o „błogosławieństwie” Marii. Skoro bowiem coś do czegoś się nie odnosi, to nie może zaprzeczać temu. Św. Augustyn pisał (Kazanie 25, 7-8) o błogosławieństwie Marii: „Maryja w doskonały sposób wypełniała wolę Ojca. Dlatego ważniejszą sprawą było dla Maryi, że stała się uczennicą Chrystusa, niż to, że była Jego matką. A zatem Maryja była błogosławioną, ponieważ zanim zrodziła Nauczyciela, wcześniej nosiła Go w swoim łonie […]. A zatem Maryja jest błogosławiona, ponieważ słuchała słowa Bożego i strzegła go. Bardziej strzegła prawdy w sercu niż ciała w łonie […]. Być w sercu, znaczy więcej niż być w łonie”.

 

Podałem tylko dwa przykłady ewidentnych przeinaczeń, to jest dowodów nieuczciwości tłumaczy Biblii, a jest ich znacznie więcej. Wyliczanie ich wszystkich zajęłoby mi wiele czasu, ale nie będę tego robił, bo nie o to mi głównie chodzi.

 

Odpowiedź:

 

Jeśli Sędziak ma zamiar „obalać” tak ogromny dokument jak Biblia to powinien znaleźć trochę więcej przykładów, niż dwa, trzy dyskusyjne problemy (które przy odrobinie wiedzy większej niż ma Sędziak są już do wytłumaczenia). W sumie warto zwrócić uwagę na ten stary trik racjonalistów, który polega na tym, że za pomocą często jedynie dwóch czy trzech wątpliwych przykładów jeden z drugim próbuje od razu „obalać” wiarygodność całej Biblii, orzekając potem na podstawie tych paru drobiazgów w sposób jednoznacznie negatywny o całości (!) jej wiarygodności. Jest to ewidentny błąd logiczny rzecz jasna (błąd pars pro toto), który na zasadzie bezpodstawnego uogólnienia stosuje tu właśnie Sędziak. Dalej zwrócę jeszcze na to uwagę.

 

Chcę tylko wykazać, jak licznym manipulacjom poddawano Biblię, jaką masę fałszerstw i przeróbek wprowadzono w jej tekście na przestrzeni wieków, aby nagiąć teorię do praktyki. Na przykład, Dzieje Apostolskie są księgą tak mocno zmanipulowaną, że wycięto z niej cały ‚ogon’. Jest to księga bez zakończenia. Czytamy na końcu, że Paweł został odesłany do Rzymu jako więzień pod eskortą i pozostał tam pod nadzorem pewnego żołnierza jako więzień. Nie wiadomo jakie były jego dalsze losy i jaki przebieg miało jego przesłuchanie przed cesarzem.

 

Odpowiedź:

 

Kolejne założenie Sędziaka wzięte z sufitu, które nie świadczy tak naprawdę o żadnej przeróbce Biblii. Nikt bowiem nie wie, dlaczego Dzieje Apostolskie kończą się tak jak się kończą. Są różne wyjaśnienia tej kwestii, jedni wyjaśniają to w ten sposób, że autor Dz nie dokończył swego dzieła, bowiem musiałby opisać śmierć Pawła jaką poniósł on z rąk Rzymian. Jednakże ze względu na chęć utrzymania dobrych stosunków z nimi nie napisał o tym[10]. Choćby takie jedno inne wyjaśnienie wyklucza już wyjaśnienie zaproponowane przez Sędziaka, bo w tym wypadku nikt niczego nie „wycinałby” z Dz. Sędziak nie ma żadnego dowodu na to, że ktoś wyciął końcówkę z Dz. To jedynie jego wzięte właściwie znikąd założenie

 

Autorzy ewangelii, a raczej późniejsi ich kopiści, nie byli do tego stopnia niedbali i wymyślili swoje własne zakończenia kilkadziesiąt lat po zaginięciu lub zniszczeniu oryginałów. Wiadomo dzisiaj, dość powszechnie, że to nie apostoł Jan, uczeń Jezusa, był autorem Ewangelii Jana, chociaż na jej końcu czytamy: „A to jest właśnie uczeń który składa świadectwo o tych rzeczach i to napisał; a wiemy, że świadectwo jego jest prawdziwe.” Wszystkie cztery ewangelie kanoniczne mają zakończenia podopisywane co najmniej kilkadziesiąt lat po zniszczeniu lub zaginięciu oryginałów.

 

Odpowiedź:

 

To jakiś wymysł. Wcale nie wiemy tego na pewno, wszystko zależy od konkretnej interpretacji tekstu. Pisanie, że „wszystkie” kanoniczne ewangelie mają dopisany koniec jest grubą przesadą, bo np. Ewangelia Łukasza ma bez dwóch zdań oryginalne zakończenie. W przypadku innych Ewangelii też sprawa nie jest taka pewna, wszystko zależy jak wspomniałem od konkretnych kryteriów literackich, które przyjmie dany egzegeta. Dla „racjonalistów” końcówka Mt jest dopiskiem, ale dla innych egzegetów już nie. Jedyny empiryczny fakt, który poświadcza nam, iż do jakiejś Ewangelii dodano zakończenie, to świadectwo rękopisów w przypadku Mk. Egzegeci katoliccy mówią o tym, że w pewnych kodeksach greckich brak mówiącego o wniebowstąpieniu zakończenia Mk 16,9-20, co nie musi równać się od razu tezie o „sfałszowaniu”. W jednym z komentarzy biblistycznych do NT czytamy, że choć wspomniany fragment najprawdopodobniej nie wyszedł spod ręki Marka, to jednocześnie „Nie ma racji przemawiających za tym, że tekst ten nie pochodzi z czasów apostolskich”[11]. Niektórzy uważają, że uczniowie Marka będący jego słuchaczami mogli na jego prośbę (lub za jego aprobatą) i zgodnie z tym, co im opowiadał o Jezusie, dokonać ostatecznej redakcji końca tekstu jego Ewangelii[12]. Znane są przypadki, gdy pisarze NT zlecali napisanie czegoś swym uczniom. Tak czynił św. Piotr i św. Paweł (por. 1 P 5,12; Rz 16,22) i nikt z tego powodu nie mówi o fałszerstwie. Jest to logiczne, skoro fragment z Mk 16,9-20 był w Kościele uznawany za kanoniczny.

 

Jest też możliwe inne wyjaśnienie. Wskutek uszkodzenia ostatniej karty Ewangelii Mk niektórzy kopiści nie zdążyli przepisać wspomnianego fragmentu z Mk 16,9-20. W cytowanym komentarzu do NT czytamy: „jest rzeczą możliwą, że bardzo wcześnie została uszkodzona ostatnia karta Ewangelii i dlatego tekst zaginął. Najczęściej ulegają uszkodzeniu pierwsze i ostatnie karty kodeksu, początek i zakończenie zwoju. Ciekawym przykładem są teksty qumrańskie: w Regule wspólnoty brak początku, w rękopisie zaś Iz i Dokumentu damasceńskiego – zakończenia. Coś podobnego mogło się stać z rękopisem Mk”[13].

 

Może to zostać dodatkowo potwierdzone przez okoliczność, zgodnie z którą wiadomo, że Kodeks watykański również nie zawiera zewnętrznych kart z powodu zniszczenia się ich[14]. To wyjaśnienie jest dość prawdopodobne, bowiem Mk jest najstarszą Ewangelią i najwidoczniej pewni kopiści nie byli już w stanie przepisać jej w całości z powodu zniszczenia części oryginału (ostatnia jej karta mogła ulec zniszczeniu). Warto też dodać, że choć pewni pisarze i kopiści starochrześcijańscy nie znają zakończenia z Mk 16,9-20, to posiadają go tak znakomite kodeksy jak kodeks aleksandryjski[15] (V wiek), który obok pochodzących z tego samego okresu kodeksów watykańskiego i synaickiego (oba z IV wieku) jest uważany za jeden z najstarszych i najlepszych tekstów NT[16].     

 

Tak przedstawia się „wiarygodność” Nowego Testamentu – księgi uznawanej przez chrześcijan za Słowo Boże. Wcale nie lepiej przedstawia się wiarygodność tekstów starotestamentowych.

 

Odpowiedź:

 

Co Sędziak „udowodnił” za pomocą kilku pożal się Boże „przykładów”. Jak pisałem wyżej, orzekanie o wiarygodności całej Biblii na podstawie kilku pozornych problemów, jak to zrobił wyżej Sędziak, nie jest w  żadnym wypadku poważnym postępowaniem.

 

Dlaczego mit o Biblii jako prawdziwym Słowie Bożym przetrwał dwa tysiące lat? Jest to czymś bezprecedensowym w historii ludzkości. Ktoś wyraził się: „To, że teksty obfitujące w sprzeczności i fałszerstwa są ciągle prezentowane jako Słowo Boże jest czymś graniczącym ze schizofrenią”. I rzeczywiście, te wszystkie karkołomne egzegezy teologów zapewniających nas, że mają klucz do rozwiązania tych zagadek, czyli „gorącą linię z Bogiem” dzięki której mogą na poczekaniu wyjaśnić nawet najbardziej ewidentne sprzeczności w Biblii, są pożałowania godne. Nie ma chyba na świecie księgi w której można wykryć tyle śladów nieuczciwej roboty co w Biblii. Nawet prosty chłop potrafi gołym okiem dostrzec wiele z nich.

 

Odpowiedź:

 

Gdyby był mniej prosty to zamiast dopatrywać się wszędzie „śladów nieuczciwej roboty w Biblii” pewnie poszukałby mądrzejszych wyjaśnień, niż prostackie krytykanctwo. Pierwszy lepszy „chłopek roztropek” potrafi się czepiać i wszędzie doszukiwać „sprzeczności”, malkontenctwo to żadna sztuka, zwłaszcza wielu Polaków jest w tym dobrych. Czy malkontenctwo to jest w ogóle jakaś sztuka? Nie, żadna sztuka, z narzekania nic nikt nie ma. Dopiero wysiłek intelektualny, połączony z wnikliwością i znajomością języków oryginalnych Biblii pozwala wyjaśnić wiele trudności w Biblii, których wyszukiwanie jest w mniemaniu „racjonalistów” rzekomo dowodem na ich niby nie wiadomo jaką „mądrość” i „spostrzegawczość”. W rzeczywistości nie jest to żadna mądrość. Nie jest żadną sztuką ani dowodem na jakąkolwiek mądrość i „oświecenie rozumu” wskazać na jakąś trudność w Biblii a potem w nieskończoność mnożyć problemy. To potrafi każdy malkontent i właściwie każdy kto ma problemy z rozumieniem czytanego przez siebie tekstu. Prawdziwą sztuką jest uzyskać w sposób często bardzo żmudny dalszą wiedzę, która pozwoli rozwiązać tę trudność. Nie jest żadną sztuką burzyć, sztuką jest budować.

 

Dotarcie do oryginałów i naprawienie tych wszystkich błędów jest już dzisiaj niestety, niemożliwe, a skoro tak, to najwyższy czas zapomnieć o Biblii i zająć się ciekawszą lekturą.

 

Odpowiedź:

 

Czy owa „ciekawsza lektura” to może teksty na Racjonaliście?

 

Jan Lewandowski, czerwiec 2004

[1] Jerzy Sędziak, Wierzyć, czy myśleć?, www.racjonalista.pl/kk.php/s,3400 .

[2] Por. F.F. Bruce, Wiarygodność pism Nowego Testamentu, Katowice 2003, str. 95-96.

[3] Tamże, str. 94-95.

[4] Por. Encyklopedia biblijna, Warszawa 1999, str. 834-835.

[5] Por. A. Robertson, Pochodzenie chrześcijaństwa, Warszawa 1960, str. 182.

[6] Por. R. J. Wipper, Rzym i wczesne chrześcijaństwo, Warszawa 1960, str. 36.

[7] Seneka, Ep. 47,1, cyt. za R. J. Wipper, Rzym i wczesne chrześcijaństwo, dz. cyt., str. 39.

[8] Seneka, Ep. 47,14, cyt. za R. J. Wipper, Rzym i wczesne chrześcijaństwo, dz. cyt., str. 39.

[9] Tamże.

[10] Por. A. Robertson, Pochodzenie chrześcijaństwa, dz. cyt., str. 174.

[11] Wstęp do Nowego Testamentu, Poznań 1996, str. 134.

[12] Por. tamże, str. 133-134.

[13] Tamże, str. 134 i przypis.

[14] Por. Wstęp ogólny do Pisma Świętego, Poznań – Warszawa 1986, str. 160.

[15] Por. Wstęp do Nowego Testamentu, dz. cyt., str. 133.

[16] Zakończenie z Mk 6,19-20 posiadają też kodeksy: C, L, D, W, Delta, Theta i majuskuła nr 33; por. tamże.

 

Print Friendly, PDF & Email

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *