Herezje w nauczaniu Maria Vadii


Niedawno w jednej z dyskusji padł ciekawy argument/zdanie napisane przez użytkownika tego forum które opisywało działanie charyzmatyków. Otóż (przytaczając z pamięci) sposoby charyzmatycznego głoszenia polegający na tym że, aby przemycić jedną herezję , obudowuje się ja licznymi półprawdami , a niekiedy prawdą tak, aby docelowo nikt nie zorientował się finalnie w czym tkwi to błędne nauczanie które właśnie zostało wypowiedziane.
Zapoznając się z niedawną publikacją udostępnioną przez Armię Dzieci z nauczani pani Marii Vadii okazało się że mamy przykład zastosowania tej techniki w praktyce.
Sama konferencja to klasyk. Wstępem do konferencji trzeciej – bo póki co tylko do niej się odniosę – jest radosna modlitwa w rytmie bębnów i akompaniamencie gitary. Sposób ten bardziej przypomina taniec ludów Afryki którzy chcą się wprowadzić w trans jednak większość osób w różnym wieku (w przewadze pań po 50-tce) zupełnie nie przejmuje się tym zachowując się … tak jak na załączonym materiale.

Następnie zaczyna się „spontaniczne słowo poznania”:

Każdy cud , każde uzdrowienie o którym mówi pani Vadia – że się dokonało – jest przyklepywane przez uprzednio rozentuzjazmowany  tłum który bezkrytycznie oklaskuje to co zostaje ogłaszane.
Naprawdę nie wiem jak to opisać … czy po takim tanecznym wprowadzeniu wszelki odruch krytycznej analizy zostaje w momencie odjęty. Wymownym przykładem niech będzie to „proroctwo” :

”ktoś przyszedł z bólem w dziąsłach, bólem zębów – teraz to odeszło”. Następuje wymachiwanie rękami w powietrzu co ma wyrazić przyciąganie łask z nieba które od lat naucza pani Vadia, a następnie zakończenie „WOW sipapa pa kura ma ma ma”.
Dobrze ale przejdźmy do samego nauczania. Wybrałem jedynie kilka fragmentów.

Jesteśmy świątynią Ducha Świętego – oczywiście jest tak napisane (1Kor 3,16). Mamy tu wspomniany element prawdy po którym następuje nauczanie o … ATMOSFERZE Ducha Świętego. Otóż  „rodzajem ATMOSFERY którą lubi Duch Święty jest uwielbienie”, „Atmosfera którą Duch Święty lubi i w której jest wypuszczona Moc Boża”. Czy nauka katolicka mówi o tym, że do tego aby Duch Święty skutecznie zadziałał potrzebna jest ATMOSFERA ? Czy Duch Święty nie działa najskuteczniej poprzez sakramenty święte, które są uzdrowieniem dla każdego katolika ? Cóż jeżeli tą atmosferą jest „taniec” w rytmie gitar i afrykańskich bębnów to mam poważne wątpliwości czy nie jet to już herezja lub nadinterpretacja Słowa Bożego.
Kilka słów w nauczaniu pani Vadii traktuje o autorytecie Boga który według pani Vadii posiadamy (Łk 10,19 ,Ef 2,6):

Zastanawiam się … co będzie z tymi ludźmi kiedy połapią się w tym wszystkim … może nawet po kilku latach , że te wszystkie nadnaturalne wydarzenia które dzieją się w życiu pani Vadii i innych głosicieli, a u innych już nie. Dlaczego pani Vadia zwodzi  katolików sypiąc z rękawa uzdrowieniami których rzekomo była świadkiem namawiając na podstawie własnej bardzo zbliżonej do protestanckiej interpretacji Pisma Świętego do stawiania się w autorytecie Boga. Po takim spotkaniu człowiek wychodzi w takim stanie że naprawdę wierzy że może deptać skorpiony i wszelkie przeciwieństwa losu usuwać stawiając się w autorytecie Pana Jezusa. Jednak gdy emocje opadają , a cuda zgodnie z zapewnieniem ewangelizatora się nie dzieją następuje zderzenie z cierpieniem , zwyczajnością i rozczarowaniem. Wtedy rodzi się potrzeba ponownego spotkania , następnych rekolekcji , wieczoru uwielbienia z gitarkami i perkusja aby „ładować duchowe akumulatory” które tak szybko ulegają wyczerpaniu. 
Następnie pani Vadia przeprowadza zabieg przygotowania zebranych osób do finalnej modlitwy.
Po raz kolejny mówi o cudach jakich była świadkiem. Naprawdę spektakularne rzeczy:

Przeczytaj jeszcze:   Niebiblijne nauczania Billa Johnsona z Bethel Churh

Mowa jest o OCZEKIWANIU uzdrowienia. Otóż absolutnie nie uważam że gdy się modlimy to nie mamy wierzyć w to że Bóg spełni nasze prośby. Jednak pominiecie w tym woli Bożej która może być zupełnie inna często przynosi odwrotne skutki, szczególnie dla psychiki osoby która przyjmie taki sposób myślenia o wierze za właściwy … lub o zgrozo – katolicki.
Osobiście widzę w tym szkołę Ruchu Wiary mianowicie:
Pozytywne wyznawanie – Jedną z głównych nauk Ruch Wiary było „Pozytywne Wyznawanie” oparte na sile wiary jaką posiada dana osoba. Kładzie ona nacisk na wewnętrzną moc sprawczą wypowiedzianych słów które poprzez wiarę dokonują się. Wiara według nauczycieli tego ruchu, stanowi siłę sama w sobie do tego, aby jak Bóg stwarzać rzeczywistość. Używając wiary możemy uwolnić takie rzeczy jak zdrowie, powodzenie i sukces finansowy, natomiast wpuszczając lęk, wątpliwości czy złe myśli, aktywizujemy Szatana i produkujemy niepowodzenie w naszym życiu. Wiara w połączeniu z wypowiadanymi słowami uruchamia siłę sprawczą.
„W miejscu uwielbienia Duch Święty zaczyna do nas mówić , zaczyna wypuszczać poznanie i zaczyna się komunikować. AMEN” , „ W miejscu uwielbienia … Bóg będzie mówił do was…”. Cóż .. jest to wtłaczanie , wręcz programowanie świadomości katolików o tym aby swoją wiarę opierali na nieustannym uwielbieniu w emocjonalnych modlitwach podczas których otwierają się na przekazy z nieba.
Końcowa modlitwa na której początku widać kobietę którą już Duch Święty powalił (do tyłu) na podłogę rozpoczyna się od wzniesienia rąk w górę i powtarzania tego co pani Vadia:

I po raz kolejny aby przemycić herezję obudowuje się ją licznymi prawdami. Zaczyna się od powtarzania prawd wiary jak wyznanie Bóstwa Pana Jezusa , odkupieńczej roli Chrystusowego Krzyża , wyrzeczenia się szatana i grzechu , po czym w okrzykach spontanicznej modlitwy następuje wplatanie treści mówiących o  tym że „zasiadamy już w Królestwie Niebieskim” , „mogę zrobić wszystko przez Jezusa który mnie umacnia” i tutaj następuje chyba kulminacja:

Mianowicie „mam umysł Chrystusa” ! Wszystko przyklepane radosnymi okrzykami bez jakiegokolwiek zastanowienia się nad tym co pani Vadia nakazała właśnie wypowiedzieć zebranym osobom. Alleluja hopsasa.
„Mam umysł Jezusa” – jak żyję nigdzie nie słyszałem o takim sformułowaniu prawdy katolickiej wiary.
Jak widać pani Vadia i jej charyzmatyczna działalność nadal przyciąga setki/tysiące katolików którzy zatracili już katolickie „ratio” pozostając przy samym „fides” i to w wersji mocno zakrapianej protestancką herezją.
Piotr Aksorz

Print Friendly, PDF & Email

3 odpowiedzi do artykułu “Herezje w nauczaniu Maria Vadii

  1. Aleksander

    Uważam, że artykuł mógłby być co najmniej napisany w innej formie. Z tego artykułu da się wyczuć przeważnie zniechęcenie. Jeżeli ktoś mowi w kontekście uzdrowienia i poprawy sytuacji życiowej: „Otóż absolutnie nie uważam że gdy się modlimy to nie mamy wierzyć w to że Bóg spełni nasze prośby. Jednak pominiecie w tym woli Bożej która może być zupełnie inna […]”, to jak dla mnie sugeruje, że Bóg czasami ma wolę, żeby człowiekowi się nie powodziło. Z mojego doświadczenia wynika, że lepsza jest wiara, że niezależnie od sytuacji Pan Bóg pragnie poprawy życia człowieka w każdym możliwym aspekcie (jeśli to jest herezją to chyba już nie rozmawiamy z katolikiem). Fakt – Pan Bóg najwyraźniej wyciąga co się da z trudnych doświadczeń i czasem je dopuszcza (tu się mogę zgodzić), ale z tego co wiem w większości przypadków ma to charakter dydaktyczny (np. Bóg coś chce powiedzieć o sobie albo o człowieku) po to, żeby człowiek ostatecznie żył bliżej Boga. Co do „rozentuzjazmowanych gestów które wyłączają zmysł krytyczny” (parafrazując), uważam, że ciało i dusza są ze sobą powiązane, więc radosne gesty jako odpowiedź na wiarę są i były na miejscu.
    To są tylko dwa przykłady jakie mam czas tu przytoczyć, ale myślę, że one mogą uwydatnić – moim zdaniem – defetystyczny charakter artykułu albo co najmniej interpretowanie bez szerszego kontekstu nauczań Marii Vadii.
    Moje cenne 10 minut poświęcone na pisanie tego komentarza może pomoze komuś czytającemu podnieść się z atmosfery zniechęcenia – mam nadzieję.
    Pozdrawiam!

    1. Marek_Piotrowski

      Polecam gorąco komentarz bp. Siemieniewsiego na ten temat http://analizy.biz/marek1962/_cuda.html .
      Fragment:
      „jak zrozumieć tekst Mk 16,17-18? Jeżeli czyta się ten tekst bez fundamentalistycznych okularów, dostrzeżemy łatwo występujące w nim słowo „znaki”. Cudowne moce uzdrawiania chorych i niepodlegania prawom przyrody nie są nazwane „normą życia”, ale „znakami” [semeia]. Biblijne słowo „znak” [semeion] oznacza cud, który jest wyjątkiem odbiegającym od normy. Na przykład o przemianie wody w wino czytamy: „taki to początek znaków [semeion] uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej” (J 2,11). Nie oznacza to, że od tej pory normalnym sposobem przygotowania posiłków w gronie Jezusa i Jego uczniów było cudowne przemienianie półproduktów w dania obiadowe. Był to „znak”, który od codziennej normy właśnie odbiegał. Jakkolwiek Jezus potrafił uczynić „znak” rozmnożenia chleba (np. J 6,11), to jednak – w powszednim, normalnym życiu – posyłał uczniów, aby kupowali żywność (por. J 4,8). Jakkolwiek św. Paweł mówił o darze uzdrawiania (1 Kor 12), to jednak, kiedy Tymoteusz podupadł na zdrowiu, Paweł poradził mu według najzwyklejszej ludzkiej roztropności: „samej wody już nie pij, używaj natomiast po trosze wina ze względu na żołądek i częste twe słabości” (1 Tm 5,23). Znaki towarzyszące Kościołowi przez dwadzieścia wieków jego historii są bardzo wyraźne: w imię Jezusa wyrzucano i wyrzuca się złe duchy, Duch Święty wzbudzał i wzbudza dar mówienia nowymi językami, zdarzało się – jak z Pawłem – że węże i trucizny okazywały się nieszkodliwe; zawsze wierzono – a dziś ta wiara się na szczęście jeszcze wzmacnia – że Bóg ma moc, aby chorzy odzyskali zdrowie. Są to jednak tylko „znaki” [semeia]. Obok nich istniały – i istnieją – powszednie realia życia. Jak apostołowie, tak i dziś najbardziej nawet wierzący ludzie chorują i umierają; jak apostołowie podlegają nękającemu działaniu szatana; jak apostołowie bywają bezsilni wobec kajdan i więziennych murów. Moc znaków i słabość ciała: jedno i drugie współistniało od czasów biblijnych ze sobą i do dziś współistnieje. Nigdy nie będzie inaczej. Moc bowiem w słabości się doskonali. A zbawieni jesteśmy – dopiero w nadziei. Nie oglądamy więc w naszym życiu wiary zawsze i wszędzie zwycięstwa nad chorobą, śmiercią i szatanem. Czasem tak bywa – jako znak mocy Bożej. Czasem nie – jako przypomnienie naszej słabości. „W nadziei bowiem już jesteśmy zbawieni. Nadzieja zaś, której spełnienie już się ogląda, nie jest nadzieją, bo jak można się jeszcze spodziewać czegoś, co już się ogląda? Jeśli jednak, nie oglądając, spodziewamy się czegoś, to z wytrwałością tego oczekujemy” (Rz 8, 24-25). Napełniony Duchem Świętym chrześcijanin musi za Pawłem powiedzieć: „I my sami, którzy już posiadamy pierwsze dary Ducha, i my również całą istotą swoją wzdychamy oczekując odkupienia naszego ciała” (Rz 8,23). Jeśli czytać będziemy fragment Mk 16, 17-18 przez fundamentalistyczne okulary, to owocem będzie najpierw ślepy na rzeczywistość fanatyzm („nie choruję! to nieprawda! Bóg mnie uzdrowił!), potem frustracja („jeśli to nieprawda, to gdzie jest Bóg i Jego obietnice?”), a wreszcie wypalone zgliszcza oszukanego serca („chyba cała Ewangelia też tyle samo jest warta …”). Jeśli natomiast czytamy Pismo św. zgodnie z Tradycją Kościoła, to obietnica Jezusa o „znakach, które towarzyszyć nam będą”, napełni nas radością. Pełna pokoju radość płynie z tego, ze Bóg jest pomiędzy nami, ze działa pośród swego ludu, ze pozwala nam oglądać znaki swojej mocy. Będziemy cieszyć się tym, ze Jezus żyje, uzdrawia i zwycięża moc szatana. Będzie to dla nas pokrzepieniem nawet wtedy, gdy – jak Paweł, Tymoteusz czy Trofim – będziemy musieli się zmagać z chorobą, a zamiast uzdrowienia, towarzyszyć będzie nam cierpienie. Jezus okaże się Emmanuelem, Bogiem z nami, zarówno w zwycięstwie i uzdrowieniu, jak i w cierpieniu, chorobie – i śmierci. Nawet „zatrzymani chorobą” będziemy umieli „głosić Ewangelie” i „mimo próby, na jaką niedomaganie cielesne nas wystawia” będziemy widzieć możliwość działania Jezusa Chrystusa (por. Ga 4,13-14). Nawet cierpiąc więzienie bez nadziei uwolnienia usłyszymy słowa „Odwagi! trzeba bowiem, żebyś i w Rzymie świadczył o Mnie, jak dawałeś o Mnie świadectwo w Jerozolimie” (Dz 23,11). Wobec braku wskrzeszenia osoby zmarłej będziemy umieli zrozumieć, ze „żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk”, i że „odejść, to być z Chrystusem” (Flp 1,21). Nawet tak ciężkie doświadczenia jak pojawienie się „ościenia dla ciała, wysłannika szatana, aby policzkował”, nawet trzykrotne proszenie Pana – pozornie bez odpowiedzi – może stać się okazja do usłyszenia Jego głosu: „wystarczy ci mojej łaski; moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor 12,7-9). To prawda, ze jesteśmy już zbawieni – ale „w nadziei”.

  2. Zuza

    Dzięki, Aleksander. Też czytając artykuł odniosłam wrażenie, że nie w nim ani solidności, ani miłości. Natomiast jest dużo negatywnych emocji. A ratio wcale nie takie katolickie…

Pozostaw odpowiedź Zuza Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CAPTCHA ImageChange Image